Roz­wój oso­bo­wo­ści dziecka na pod­sta­wie jego rysun­ków — prze­my­śle­nia po zadzi­wia­ją­cej lekturze…

1

Posted by Zosia | Posted in Moja czytelnia, Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem | Posted on 31-05-2011

Tagi: , , , , , , , , , ,

kalbarczyk okładka
Publi­ka­cja okładki za zgodą ibuk.pl

Cał­kiem nie­dawno wpa­dła mi w dło­nie, albo raczej w oczy — bo czy­ta­łam elek­tro­niczną wer­sję tej książki w ibuk.pl — pozy­cja o inte­re­su­ją­cym tytule: “Naj­waż­niej­sze lata, czyli jak rozu­mieć rysunki małych dzieci”. Autor — Anna Kal­bar­czyk. Spoj­rza­łam na tytuł, krótki opis pozy­cji i pomy­śla­łam, że to dobra książka dla mnie — temat bar­dzo inte­re­su­jący i taki “na cza­sie”, jeśli cho­dzi o wiek mojego dziecka. Zaczę­łam czy­tać…
A był to już dość późny wie­czór i trak­to­wa­łam tę książkę jako ostat­nią lek­turę przed snem. Nie­stety, wraz z kolej­nymi stro­nami ciśnie­nie wzro­sło mi na tyle, że o śnie mogłam zapo­mnieć ;)

Do rze­czy. Autorka w książce inter­pre­tuje rysunki i na tej pod­sta­wie wysnuwa tezę na temat roz­woju oso­bo­wo­ści dziecka w wieku od 2 do 6 lat. Zaska­ku­jąca na samym początku (we wstę­pie) oka­zuje się infor­ma­cja, że wszyst­kie rysunki w książce są autor­stwa dziecka Autorki. Pierw­sza więc myśl — jak można napi­sać pracę, z któ­rej tytułu już wynika, że nie jest to bynaj­mniej stu­dium przy­padku, na pod­sta­wie prac jed­nego dziecka? Nawet jeśli autorka chcia­łaby się obro­nić, że jest to stu­dium przy­padku (a nigdzie nie zna­la­złam takiej infor­ma­cji, cała praca wręcz nasy­cona jest uogól­nie­niami odno­szą­cymi się do całej grupy wie­ko­wej dzieci), to czyż tytuł dla prze­cięt­nego czy­tel­nika nie wska­zuje jed­no­znacz­nie, iż w opar­ciu o tę lek­turę możemy inter­pre­to­wać rysu­nek dowol­nego dziecka?

Posu­nię­cie dość nie­pro­fe­sjo­nalne. Nie można (choć w sumie, widać, że można, skoro taka książka zna­la­zła się w druku) na pod­sta­wie prac jed­nego dziecka, czy też na pod­sta­wie obser­wa­cji zacho­wań jed­nej osoby uogól­niać pew­nych cech na całą grupę wie­kową. Nawet jeśli autorka ma doświad­cze­nie w pracy z dziećmi i obej­rzała setki ich prac pla­stycz­nych, to w książce nie zna­lazł się ani jeden rysu­nek innego dziecka, w związku z czym takie gene­ra­li­zo­wa­nie jest po pro­stu nie­do­pusz­czalne. To tak, gdy­bym ja, inter­pre­tu­jąc rysunki mojego dziecka, które w wieku lat 3 i 5 mie­sięcy rysuje sło­neczka z uśmiech­niętą buzią i strzałki, uogól­niła taką tezę: Dzieci w wieku 3 — 3,5 lat uosa­biają słońce (nada­jąc mu ludz­kie cechy) i sil­nie akcen­tują zain­te­re­so­wa­nie stron­no­ścią (bo strzałki dziecko moje rysuje w róż­nych kie­run­kach). Kochani, do wszyst­kiego da się “doro­bić” jakąś teo­rię. Ale cza­sem trzeba się zasta­no­wić nad tym, czy ta teo­ria jest czymś podparta…

Jeśli cho­dzi o inter­pre­ta­cję rysunku małych dzieci, to myślę, że psy­cho­lo­dzy i peda­go­dzy wie­dzą naj­le­piej, ile czasu trzeba się tego uczyć i że taka inter­pre­ta­cja nie może być wyko­nana ot tak sobie. Orze­ka­nie na pod­sta­wie prac jed­nego malca, że dzieci w tym wieku lubią dane kolory lub pisaki czy kredki wydaje się naprawdę mocną prze­sadą. A jeśli nawet, jak już wspo­mnia­łam wcze­śniej, autorka ma doświad­cze­nie i zaob­ser­wo­wała pewne ten­den­cje, to poda­wa­nie takiej teo­rii, w któ­rej bazuje się na rysun­kach jed­nego dziecka, nie ma pod­staw mery­to­rycz­nych, moim zdaniem.

Książka sama w sobie napi­sana jest dość kolo­kwial­nym języ­kiem. Pełno w niej ogól­ni­ków, brak odwo­łań do lite­ra­tury innych auto­rów, by poprzeć jakoś swoje tezy. Tek­sty pokroju, że trzy­la­tek nie rysuje pal­ców u rąk (tudzież rysuje je w nie­od­po­wied­niej ilo­ści), mimo że wie, ile ich ma, nic nie wno­szą do mojej wie­dzy na temat dzieci, ani do mojej wie­dzy na temat inter­pre­ta­cji ich rysunków.

Z zajęć z dia­gnozy peda­go­gicz­nej na stu­diach pamię­tam, jak wykła­dowca bar­dzo zwra­cał nam uwagę, że nie można bez odpo­wied­niego przy­go­to­wa­nia inter­pre­to­wać dzie­cię­cych wytwo­rów. A nawet jeśli ktoś jest do tego przy­go­to­wany, to musi znać cały kon­tekst powsta­nia pracy i wiele innych czyn­ni­ków, bo nie­pra­wi­dłowa inter­pre­ta­cja może być bar­dzo krzyw­dząca. Tutaj, co prawda, jakaś wielka krzywda się nie sta­nie, gdy zaczniemy wni­kać w prace naszych dzieci w opar­ciu o tę książkę, ale może jakaś łatwo­wierna mama wystra­szyć się, że oso­bo­wość jej dziecka roz­wija się w nie­pra­wi­dłowy spo­sób, bo w wieku trzech lat nie rysuje koli­stych wzo­rów na sukience swo­jej mamy, albo uszy jej rysun­ko­wych postaci są mniej­sze od oczu, a wg książki dzieci w tym wieku rysują uszy więk­sze, bo podobno narzą­dem słu­chu głów­nie poznają świat w tym wieku (śmiała teoria).

Kolejna rzecz, przy któ­rej wręcz poku­si­łam się o kon­sul­ta­cję z psy­cho­lo­giem, to ów roz­wój oso­bo­wo­ści. W przy­padku tak małych dzieci trudno jest mówić o oso­bo­wo­ści. Nawet okre­śle­nie “roz­wój oso­bo­wo­ści” w przy­padku dwu­latka wydaje się lek­kim nad­uży­ciem, bo ten pro­ces dopiero się roz­po­czyna. U takich malu­chów mówi się o zacho­wa­niu raczej, jego zabu­rze­niach, zmia­nach itd. Oso­bo­wość to coś, co roz­wija się wsku­tek doświad­czeń czło­wieka i (wg nie­któ­rych teo­rii) cech gene­tycz­nych. Poza tym do bada­nia oso­bo­wo­ści (i jej roz­woju) upo­waż­nieni są w Pol­sce: psy­cho­lo­dzy, psy­chia­trzy i peda­go­dzy, któ­rzy mają do dys­po­zy­cji odpo­wied­nie narzę­dzia.

Brak pro­fe­sjo­na­li­zmu. To kolejny przy­tyk. Nie­pro­fe­sjo­nalne jest bowiem pisa­nie pracy inter­pre­tu­jąc rysunki wła­snego dziecka i roz­po­wszech­nia­nie tego niczym wyroczni. Można podej­rze­wać autorkę o brak obiek­ty­wi­zmu, w końcu to jej rodzina, a w przy­padku osób spo­krew­nio­nych nigdy nie uda nam się być w pełni obiektywnymi.

Zbyt­nie gene­ra­li­zo­wa­nie i brak próby badaw­czej. O tym pisa­łam już wcze­śniej, ale wspo­mnę raz jesz­cze. Gdy się­gam po książkę, którą mam poważ­nie trak­to­wać i która ma wpro­wa­dzić mnie w inter­pre­ta­cję dzie­cię­cych rysun­ków, to nie wyobra­żam sobie, by wnio­ski w niej zawarte nie były poparte przy­kła­dami prac wielu dzieci.

Tyle na ten temat dzi­siaj, moi mili. Nie pamię­tam już, kiedy ostat­nio jakaś książka z zakresu peda­go­giki i wycho­wa­nia wywo­łała we mnie tyle nega­tyw­nych emo­cji. Nie pole­cam Wam jej w żadnym kon­tek­ście. Bo, jeśli choć tro­chę wie­cie o dzie­ciach, oso­bo­wo­ści, pra­cach nauko­wych, inter­pre­ta­cji dzie­cię­cych rysun­ków i ota­cza­ją­cym nas świe­cie, czy­ta­nie tej książki nie­po­trzeb­nie pod­nie­sie Wam ciśnie­nie. No, chyba że zastą­pi­cie nią poranną kawę ;)

Co z tym buntem???

9

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 05-11-2009

Tagi: , , , , , , , , , , ,

W ciągu nie­mal dwu­let­niej kariery rodzi­ciel­skiej, na temat buntu dwu­latka nasłu­cha­łam i naczy­ta­łam się tyle, że zli­czyć się nie da: że taki straszny, że zawsze dopad­nie, że kie­dyś minie, ale swoje trzeba prze­żyć, że dziecko nie­zno­śne, że agre­sywne, że nie słu­cha, że… Że mi ręce opa­dały od samego myśle­nia o tym.

Dzie­cię moje lube za dni kilka koń­czy 23 mie­siące. Rzec by można — ide­alny czas na bunt! Ale sama zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy to aby nie tro­chę prze­re­kla­mo­wane?

Bo jeśli to fak­tycz­nie takie typowe i w ogóle, to skąd te roz­bież­no­ści, które zna­leźć można w lite­ra­tu­rze i innych źródłach na temat owego buntu?

Na ten przy­kład Helen Bee w “Psy­cho­lo­gii roz­woju czło­wieka” okre­śla dwu­latka, jako osobę, która czę­ściej wypeł­nia prośby rodzi­ców, niż się od nich uchyla. “(…)dzieci w tym wieku dość chęt­nie na wiele się zga­dzają. Ich opór jest z reguły bierny, po pro­stu nie wyko­nują pole­ceń. Tylko w nie­wiel­kim pro­cen­cie sytu­acji dziecko mówi “nie” lub czyn­nie sprze­ci­wia się rodzi­com. Przy­padki jaw­nej odmowy nasi­lają się w wielu trzech i czte­rech lat”

Kolejne odnie­sie­nie do tzw. buntu — “Roz­wój psy­chiczny dziecka od 0 do 10 lat” (Fran­ces L. Ilg, L.B.Ames, S.M. Baker): “Choć wielu ludzi mówi bez namy­słu o “strasz­nych dwu­lat­kach”, to jest to nie­po­ro­zu­mie­nie. Przez sześć mie­sięcy około dru­giego roku życia dzieci są w zasa­dzie grzeczne i nie spra­wiają wiel­kich kło­po­tów. Mówiąc ogól­nie, dwa i pół, a nie dwa, to wiek, który słusz­nie można nazwać strasznym”.

Skąd więc to utarte prze­ko­na­nie, że jak dziecko ma dwa lata, to zaraz musi być zbun­to­wane? Prze­cież mię­dzy dwa a dwa i pół roku naprawdę jest róż­nica! Nikt tego nie widzi???

Co nato­miast podają tzw. porady fachow­ców, udzie­lane na zna­nych “oko­ło­dzie­cio­wych” stro­nach internetowych/czasopismach? Kilka losowo wybra­nych przykładów:

  • “Ten pierw­szy okres buntu (będzie następny! w okre­sie doj­rze­wa­nia) przy­pada mię­dzy 18. a 26. mie­sią­cem życia. Ale nie są to sztywne gra­nice. Za to pra­wie każdy rodzic w podob­nym okre­sie skarży się, że dziecko poka­zuje „cha­rak­te­rek”, „staje się zło­śliwe”, „pró­buje rzą­dzić”. (www.babyonline.pl)
  • “Bunt dwu­latka roz­po­czyna się około osiem­na­stego mie­siąca życia malca. Zwy­kle wtedy w dziecku odzywa się indy­wi­du­ali­sta — wszystko chce zro­bić sam, pro­po­zy­cje rodzica są nego­wane, maluch wpada w szał, kiedy chcemy go ubrać, histe­ry­zuje przy jedze­niu lub okłada pię­ściami mamę czy tatę, kiedy coś idzie nie po jego myśli.” (www.benc.pl)
  • “Wraz z ukoń­cze­niem przez dziecko pierw­szego roku życia wiele mam oddy­cha z ulgą: maluch zaczyna cho­dzić, staje się coraz bar­dziej samo­dzielny i nie jest już tak absor­bu­jący, jak nie­mowlę. Nie­stety, po kilku tygo­dniach względ­nego spo­koju może oka­zać się, że bar­dzo pogodne i wesołe dotąd dziecko zaczyna spra­wiać pro­blemy: poja­wiają się nie­kon­tro­lo­wane wybu­chy zło­ści, histe­ryczne pła­cze i krzyki, a nawet prze­jawy agre­sji wobec innych – zarówno doro­słych, jak i dzieci.” (www.dziecko.kobiety.net.pl)
  • “Tak zwany okres buntu roz­po­czyna się około 18. mie­siąca życia i może trwać, z mniej­szym lub więk­szym nasi­le­niem, nawet do pią­tego roku życia.” (www.mamdziecko.interia.pl)

Tro­chę tu roz­bież­no­ści. Jedni mówią (tudzież powta­rzają po innych), że już w wieku 18 mie­sięcy może dopaść twe dzie­cię bunt. Inni nie­malże stra­szą, że z momen­tem nadej­ścia dru­gich uro­dzin w dziecko naj­wi­docz­niej wcho­dzi dia­beł, bo jak ina­czej wytłu­ma­czyć tę strasz­liwą zmianę zacho­wa­nia, która doko­nała się dokład­nie w ciągu jed­nego dnia? ;)

Lite­ra­tura podaje, że same dwa lata nic nie wno­szą jeśli cho­dzi o tema­tykę buntu, i że tzw. “zmiany na gor­sze” to kwe­stia nieco póź­niej­sza — 2,5 roku bardziej.

Wiem, cze­piam się, powie­cie. “Prze­cież dwu-i-pół-letnie dziecko to w końcu też dziecko, które ma dwa lata”. I tak, i nie. Dwa lata miało pół roku wcze­śniej, teraz ma 2,5 a to, w przy­padku takiego szkraba, ogromna róż­nica.
Przez pół roku w życiu doro­słego może się wyda­rzyć mnó­stwo rze­czy, a 6 mie­sięcy w życiu dwu­let­niego dziecka to kawał czasu. Dziecko 2,5 let­nie to nie to samo, co dwu­la­tek. Przez pół roku zdo­było wiele nowych umie­jęt­no­ści, poznało wiele nowych rze­czy, miejsc, zja­wisk. W porów­na­niu do wieku lat dwóch jest zazwy­czaj mądrzej­sze… No, chyba widzi­cie tę różnicę?

Rozu­miem też, że owe gra­nice “buntu dwu­latka” nie są (w więk­szo­ści) uwa­żane za jakąś stu­pro­cen­tową normę, że mogą nastą­pić wah­nię­cia (jak ze wszyst­kim), typu u jed­nego dziecka mie­siąc póź­niej, u innego dwa wcze­śniej…
Ale czy rze­czy­wi­ście warto się nasta­wiać na obec­ność buntu dwu­latka w życiu naszym i naszych pociech? Nie wydaje wam się cza­sami, że ten bunt jest tro­chę przez nas nakrę­cony? Że go sobie cza­sem pró­bu­jemy wmó­wić, by wytłu­ma­czyć swoje nie­do­cią­gnię­cia (albo i nawet porażki) wycho­waw­cze czy po pro­stu taką a nie inną oso­bo­wość dziecka?

Bunt dwu­latka jest okre­ślany cza­sem jako walka dziecka o nie­za­leż­ność. Tak, to nor­malna sprawa w życiu każ­dego czło­wieka. Ale cały czas się zasta­na­wiam, czy to rze­czy­wi­ście jest takie spek­ta­ku­larne, takie straszne, takie naprawdę nie­co­dzienne, że tyle się o tym słyszy?

Obser­wuję moje dziecko codzien­nie. Ma obec­nie 23 mie­siące i, na dobrą sprawę, można by powie­dzieć, że od pię­ciu mie­sięcy (wg powszech­nie dostęp­nych źródeł) ma zupełne prawo do buntu dwu­latka.

I cóż na to mogę wam powiedzieć?

A to, że moje dzie­cię lube przy­naj­mniej od roku ma okres buntu ;) Od bar­dzo, bar­dzo dawna Miko­łaj potra­fił zasy­gna­li­zo­wać (deli­katne okre­śle­nie na wrzask i ryk), że cze­goś nie chce, nie lubi, nie zrobi.

I co, czy w takim razie na przy­kład 14-miesięczne dziecko też prze­cho­dziło już bunt dwu­latka? Do tej pory nie odno­to­wuję spek­ta­ku­lar­nych zmian w owym “zbun­to­wa­niu”.
Co jakiś czas zmie­nia się może tylko zakres zain­te­re­so­wań owego “buntu” — na przy­kład: jed­nego dnie bun­tuje się prze­ciwko wcho­dze­niu po scho­dach, a innego prze­ciwko wycho­dze­niu na spacer.

Czy to, że dziecko pró­buje wyra­zić wła­sną opi­nię, albo nie chce prze­rwać jakiejś zaj­mu­ją­cej czyn­no­ści musi być od razu nazy­wane bun­tem? No ludzie… A wy sami, jak wam prze­rwą M jak Miłość to tacy szczę­śliwi jeste­ście? Albo jak wam zje­dzą całą cze­ko­ladę, którą tak lubi­cie, to tole­ran­cyj­nie i dobro­dusz­nie pokle­pu­je­cie żarłoka po brzuszku?
Pew­nie, nie ryczy­cie zaraz na cały głos i nie kopie­cie wino­wajcy z całej siły, no ale uwa­żam was za doro­słych, więc praw­do­po­dob­nie potra­fi­cie już pano­wać nad swo­imi emo­cjami. Dzieci tego jesz­cze nie potra­fią, stąd zacho­wa­nia okre­ślane mia­nem strasz­nego “buntu”.

Być może kręcę na sie­bie samą bicz. :) Być może za pół roku (gdy Michu będzie miał lat 2 i pół, bo ta wer­sja bar­dziej do mnie prze­ma­wia) będę zała­my­wać ręce i szu­kać pomocy u znaw­ców, bo dzie­cię mi się “zbun­tuje”.
Ale naprawdę wie­rzyć mi się nie chce, że takie coś naprawdę ist­nieje

No dobra, prze­sa­dzam, uznaję oczy­wi­ście cał­ko­wi­cie fakt ist­nie­nia okresu, w któ­rym dziecko zaczyna czuć swoją odręb­ność i zazna­czać swoją nie­za­leż­ność. Broń Boże, nie neguję cze­goś tak pew­nego, bo to nor­malne sta­dium roz­wo­jowe w życiu każ­dego czło­wieka. Musi nastą­pić, jest dużym prze­ło­mem, wiele zmie­nia w poj­mo­wa­niu sie­bie i świata.
Ale ciężko mi uwie­rzyć, że to jest takie straszne, zaska­ku­jące, wido­wi­skowe i cał­ko­wi­cie (z dnia na dzień) odmieni moje dziecko.
(No chyba, że tra­fił nam się od samego początku iście nie­okieł­znany egzem­plarz, w związku z czym ów słynny “bunt” będzie fak­tycz­nie tylko kon­ty­nu­acją zacho­wań już istniejących.)

Nie będę więc na razie mówić o bun­cie, pisać o bun­cie i myśleć o bun­cie. Moje dziecko bun­tuje się od dawien dawna ;) Miało swego czasu napady histe­rii, ataki agre­sji (gdy nas gry­zło, tłu­kło, szczy­pało — pora­dzi­li­śmy sobie z tym), upiera się cza­sem przy swoim, albo nie chce wyko­nać jakie­goś pole­ce­nia, ale naprawdę nie uwa­żam tego za bunt!

Myślę, że wszystko to da się wytłu­ma­czyć w inny spo­sób — na przy­kład: zmę­cze­niem, zde­ner­wo­wa­niem, nową dla dziecka sytu­acją, zbyt dużą ilo­ścią bodź­ców, miej­scem, któ­rego dziecko nie lubi lub obec­no­ścią nie­lu­bia­nej osoby, chę­cią zwró­ce­nia na sie­bie uwagi itd. Owszem, na te wszyst­kie przy­czyny dziecko może zazwy­czaj reago­wać w jeden “zbun­to­wany” spo­sób, ale czy to zna­czy, że od razu trzeba wrzu­cać wszystko do jed­nego worka z napi­sem “bunt dwu­latka”? Bo co? Bo wszystko musi mieć swoją nazwę?

Ogła­szam wszem i wobec, że moje dziecko nie będzie miało cze­goś takiego jak bunt dwu­latka. Bo coś takiego nie ist­nieje :)
Zakła­dam gor­sze i lep­sze okresy w jego życiu.
Uznaję, że będzie wal­czył o swoją nie­za­leż­ność (meto­dami, które będą dopro­wa­dzać mnie pew­nie do szew­skiej pasji) i że będzie sta­rał się posta­wić na swoim.
Przy­pusz­czam też, że w momen­cie, gdy w jego życiu/rozwoju będą zacho­dziły te wszyst­kie ważne zmiany, nie będzie sobie cza­sem z nimi umiał pora­dzić, co może zna­leźć odzwier­cie­dle­nie w jego zacho­wa­niu (matki całego świata, czy w takim razie my nie prze­cho­dzimy co mie­siąc takiego “buntu” pod­czas PMSu? ;) )

Ale liczę, że z każ­dej sytu­acji uda nam się wyjść bar­dziej z suk­ce­sem niż z porażką. A jak nie…? cóż, porażki wpi­sane są w życie — zmo­dy­fi­ku­jemy swoje metody i będziemy szu­kać roz­wią­zań dalej.

Ale roz­wią­za­nia na bunt dwu­latka nie znaj­dziemy, bo nie można prze­cież roz­wią­zy­wać pro­blemu, któ­rego tak naprawdę nie ma :)

Pozdra­wiam was ja, zbun­to­wana matka nie­zbun­to­wa­nego dwu­latka :)

Mamo, włącz mi bajkę!!!

5

Posted by Zosia | Posted in Mały inteligent, Pod mikroskopem | Posted on 28-08-2009

Tagi: , , , , , , ,

Dzie­cię moje — rok i pra­wie 9 mie­sięcy — tele­wi­zją zain­te­re­so­wane było od zawsze. Trudno się dzi­wić — rodzice oglą­dają w nad­mia­rze, to i dziecku się udzie­liło. Logo sta­cji tvn24 Miko­łaj potra­fił poka­zać wcze­śniej, niż mówić “mama” ;)

W każ­dym bądź razie, jakby na to nie spoj­rzeć, tele­wi­zor w domu jest, użyt­ko­wany, a jakże, więc i dziecko zaczęło doma­gać się cze­goś dla sie­bie w tej kwe­stii. Jako że sta­ramy się jed­nak nie być tymi naj­gor­szymi rodzi­cami, co to sami oglą­dają, a dziecku nie pozwolą, odkry­li­śmy cał­kiem nie­dawno kanał CBe­ebies. No bo jak już coś poka­zać, to lepiej, żeby to poży­teczne cho­ciaż tro­chę było. Po kilku testo­wych dniach, które spę­dzi­łam na wni­kli­wej lek­tu­rze ramówki, oglą­da­jąc ów kanał i obser­wu­jąc reak­cje Miko­łaja w cza­sie kilku róż­nych emi­to­wa­nych pro­gra­mów, nasze dzie­cię stało się wiel­bi­cie­lem dwóch: zna­nych wszem i wobec Tele­tu­bi­siów oraz cał­kiem “świe­żego” “Dobra­noc­nego Ogrodu”. Ogól­nie rzecz bio­rąc Miko­łaj w tele­wi­zji “łyknie wszystko” — począwszy od reklam, przez pasek tvn24 aż po pro­gnozę pogody, ale zazwy­czaj nie wywo­łują one w nim takich emo­cji jak te dwie bajki. Oczy­wi­ście, wyja­śniam, że moje dzie­cię nie spę­dza całego dnia przed tele­wi­zo­rem, ale “DO” i Tubi­sie ogląda pra­wie codziennie.

tubisie
źródło: www.teletubisie.swiatbajek.net

Wszy­scy zna­cie Tele­tu­bi­sie. Oglą­da­nie tego pro­gramu dopro­wa­dza mnie nie raz do wstrząsu ner­wo­wego. Dla doro­słych ten pro­gram jest nie do przej­ścia. Ale jak patrzę na Miko­łaja i widzę, jak prze­żywa, że NooNoo wcią­gnął grzankę, albo jak zaśmiewa się w głos, bo Po się prze­wró­ciła, to szczęka mi opada. Co takiego jest w tych stwor­kach, że przy­cią­gają uwagę dzieci? Ame­ryki tu nie odkryję — pro­gram zapro­jek­to­wany był przez psy­cho­lo­gów i peda­go­gów, któ­rzy, widać, znali się na robo­cie. Stwo­rze­nie grupki postaci, które tak sil­nie prze­ma­wiają do dzieci w wieku 1 – 4 lat (to jest grupa doce­lowa pro­gramu, ale ogól­nie wia­domo, że wiek widzów jest o wiele szer­szy — włą­cza­jąc osoby chore na Alzhe­imera, które też podobno uwiel­biają Tele­tu­bi­sie), musiało być efek­tem wni­kli­wej zna­jo­mo­ści natury upodo­bań małych widzów. Dzie­cięce zacho­wa­nia boha­te­rów z pew­no­ścią spra­wiają, że dzieci w któ­rymś momen­cie zaczy­nają utoż­sa­miać się z nimi. Do tego cała masa powtó­rzeń — nie tylko utrwala to w pamięci dziecka różne wzorce popraw­nych zacho­wań, co przede wszyst­kim powo­duje, że mały widz czuje się bez­piecz­niej i bar­dziej “w tema­cie”, gdy po raz drugi w cza­sie jed­nego odcinka ogląda na przy­kład jakiś fil­mik. Liczne powtó­rze­nia uczą też dziecko, że jakaś kon­kretna czyn­ność nie­sie za sobą kon­kretny sku­tek, że nic nie dzieje się bez przy­czyny. Widząc, jak kolejno każdy z Tele­tu­bi­siów wpada do tej samej kałuży, dziecko uczy się ana­lo­gii ( = jeśli idziesz dziu­rawą drogą chwilę po desz­czu i nie patrzysz pod nogi, to wpad­niesz w kałużę. Nie­za­leż­nie od tego, czy jesteś Po, Tinky-Winky, Dipsy czy Lala). Ważne jest, że to każdy z boha­te­rów prze­żywa zazwy­czaj daną sytu­ację, a nie, że boha­te­rem scenki jest jedna osoba, bo wła­śnie tu tkwi “haczyk” ucze­nia dzieci ana­lo­gii — zda­rzyło się 4 Tubi­siom, może zda­rzyć się i mnie.

Jakby na to nie spoj­rzeć, Tele­tu­bi­sie chwa­lone są na prawo i lewo. I przy­znać muszę, moim skrom­nym zda­niem, słusz­nie. W dodatku są cią­gle aktu­alne; coraz nowe rocz­niki dzieci stają się ich wiel­bi­cie­lami, mimo że pro­gram ma już kil­ka­na­ście lat (pro­du­ko­wany od 1997 do 2001). Może draż­nić to rodzi­ców (nie wyłą­cza­jąc mnie), gdy się po raz 15 w ciągu kilku minut sły­szy “Ejooo”, ale przy­znać trzeba, że jest to jedna z nie­wielu dobrych alter­na­tyw w kwe­stii oglą­da­nia tv przez dzieci.

No, ist­nieje w sumie jedna wada… Pro­gram powo­duje rzu­ca­nie się dziecka na każ­dego Tele­tu­bi­sia spo­tka­nego w skle­pie, ze wzro­kiem mówią­cym: “Mamooo, weźmy go do domuuu…” (bo na szczę­ście moje dzie­cię nie potrafi jesz­cze takiego zda­nia skle­cić na głos ;) )

Co do dru­giego pro­gramu, to jest to, jak na razie, nowinka w naszym kraju. Dobra­nocny Ogród jest emi­to­wany rów­nież przez CBe­ebies (co 4 godziny przez całą dobę, jeśli ktoś ma ten kanał nie może na to nie tra­fić ;) ), o tym, by emi­to­wała go u nas jesz­cze jakaś sta­cja nie sły­sza­łam dotych­czas. Pew­nie kwe­stia czasu, bo serial zdo­bywa popu­lar­ność porów­ny­walną z popu­lar­no­ścią Tele­tu­bi­siów. Zresztą, na zle­ce­nie BBC wypro­du­ko­wała go ta sama wytwór­nia — Rag­doll Pro­duc­tions (więc jak dojść do suk­cesu mają już wyprak­ty­ko­wane). Każdy odci­nek trwa mniej-więcej tyle samo co Tubi­sie — około 25 minut (mam na myśli tele­wi­zyjne odcinki, bo z tego, co się orien­tuję to np. Tele­tu­bi­sie na dvd trwają około godziny). Zasada jest ta sama: sym­pa­tyczne, plu­szowe postaci, w każ­dym odcinku stałe, powta­rzalne ele­menty — to samo powi­ta­nie w postaci pio­senki każ­dego z boha­te­rów, takie samo poże­gna­nie — w środku pro­gramu zawsze jakaś pro­sta histo­ryjka — a to Makka-Pakka roz­daje kamie­nie, a to Pon­ty­piny idą na spa­cer, a to Upsy-Daisy gra w piłkę z Iggi-Pigglem… Takie tro­chę inne Tele­tu­bi­sie ;) Patrząc na ten pro­gram z per­spek­tywy rodzica podoba mi się bar­dziej, niż Tele­tu­bi­sie. Jest mniej draż­niący dla doro­słego. No i powa­liły mnie imiona boha­te­rów. Minął przy­naj­mniej tydzień, zanim nauczy­łam się je powta­rzać. Brzmią dzi­wacz­nie, ale jakby zna­jomo, jakby dziecko je wymy­śliło. Same postaci też jakby każda z innej bajki, ale wszyst­kie są dziećmi i każda wzbu­dza sym­pa­tię na swój sposób.

dobranocny ogród
źródło: www.inthenightgarden.co.uk

Dla­czego “DO” podoba się dzie­ciom? Z tych samych powo­dów, co Tele­tu­bi­sie. Dla­czego dzieci mogą go oglą­dać? Też z tych samych powo­dów, dla któ­rych mogą oglą­dać Tele­tu­bi­sie — pro­gram zro­biony pod gust dzieci (nie mówię, że wszyst­kich, zda­rzają się wyjątki), jest sporo powtó­rzeń, mili boha­te­ro­wie, cie­kawe dźwięki, kolory, śmieszne — z punktu widze­nia dzieci — sytu­acje, przy­jemna muzyka… Pro­gram ten stwo­rzony został w roli “bajki na dobra­noc” i rze­czy­wi­ście speł­nia ją zna­ko­mi­cie — cała bajka skon­stru­owana jest w taki spo­sób, że wyci­sza i uspo­kaja dziecko. Nic, tylko oglą­dać ;)

Przy oka­zji pisa­nia tego posta poszpe­ra­łam troszkę w sieci za gadże­tami z oby­dwu pro­gra­mów. Szał na Tele­tu­bi­sie w Pol­sce widać, że lekko zma­lał, ale różne figurki, maskotki, domki, puz­zle i inne “nie­zbęd­niki” dzie­ciowe są nadal sze­roko dostępne w skle­pach. Nie wiem, jak to było na początku, gdy pro­gram ten zawi­tał na pol­skie ekrany, bo nie bar­dzo byłam nim wtedy zain­te­re­so­wana. Przy­pusz­czam, że mogło być wszyst­kiego tro­chę wię­cej. Tak widać jest teraz na Wyspach, gdzie boha­te­ro­wie “Dobra­noc­nego Ogrodu” doszli do sławy i pełno jest ich na róż­nego rodzaju ubran­kach, kub­kach, zabaw­kach itd. U nas w skle­pach jesz­cze nie widzia­łam żadnej “Makka-Pakki”, ani nikogo innego. Jedy­nie na alle­gro można kupić parę rze­czy, pew­nie zwie­zio­nych z UK. Ale to kwe­stia czasu. Jeśli pro­gram trafi do szer­szej grupy odbior­ców, a nie tylko tych, któ­rzy mają CBe­ebies, to z pew­no­ścią w skle­pach zaroi się od nowych gadże­tów i zabawek.

Tyle na dziś. Jak na pierw­szy post to i tak sporo. Dzięki Bogu dzie­cię moje śpi słodko, więc mogłam spo­koj­nie to napisać.

A gdyby ktoś był zain­te­re­so­wany bli­żej oby­dwoma pro­gra­mami, to odsy­łam do stron ofi­cjal­nych: Dobra­nocny Ogród, Tele­tu­bi­sie. I jesz­cze kawa­łek wer­sji pol­skiej “DO ze strony empiku.

Rynek Forex | Косметология ультразвуковая кавитация. балашиха. | Спокойный район. Киев купить квартиру в новострое можно здесь.