Kilka prawd o cesar­skim cięciu

5

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 11-02-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

porodowka

Ostat­nimi czasy bar­dzo modne stało się coś, co można okre­ślić “cesarka na życze­nie”. Oczy­wi­ście, nikt nie mówi o tym ofi­cjal­nie, bo prze­cież takiej usługi medycz­nej nie można sobie “zamó­wić”. Ale o tym, że coś jest na rze­czy, świad­czyć mogą różne zapew­nie­nia ze strony Mini­ster­stwa Zdro­wia czy NFZ (wygła­szane co jakiś czas), że cesar­skie cię­cia owszem, są refun­do­wane, ale muszą odby­wać się ze wska­zań lekar­skich itd. Cóż, Mini­ster­stwo swoje, matki rodzące swoje.

Gdy tydzień przed poro­dem leża­łam na oddziale pato­lo­gii ciąży dosyć nasłu­cha­łam się i naoglą­da­łam “wska­zań medycz­nych” do cesarki, które powo­do­wane były pew­nym (mam nadzieję, że nie­świa­do­mym) “widzi­mi­się” cię­żar­nych. Moje dziecko przy­szło na świat przez cc i naprawdę nie jestem w sta­nie pojąć dla­czego część kobiet wymu­sza na leka­rzach tę ope­ra­cję. Powiem Wam, co myślę o tym wszyst­kim: o tego rodzaju poro­dzie, o tym, co się może zda­rzyć po nim i jak w ogóle to wygląda.

Broń Boże, nie będę wcho­dziła w kwe­stie czy­sto medyczne, bo się na nich nie znam. Nie licz­cie, że napi­szę Wam jak dokład­nie działa znie­czu­le­nie czy jakich narzę­dzi lekarz używa przy ope­ra­cji. Nie w tym rzecz. Ale po kolei.

Przez całą ciążę nakrę­ca­łam się okrop­nie, że chcę rodzić natu­ral­nie. Wia­domo — zdro­wiej, bez­piecz­niej (teo­re­tycz­nie), dziecko zaraz przy mamie, szyb­sza rekon­wa­le­scen­cja, mąż przy poro­dzie… Same plusy. A że boli? No boli, co zro­bić. Kobieta decy­du­jąca się na dziecko powinna chyba mieć świa­do­mość, że w jakiś spo­sób owo dziecko na świat przyjść musi, a natura tak stwo­rzyła, że boli. Jedne kobiety ból odczu­wają bar­dziej, inne mniej. Szkoły rodze­nia pro­po­nują różne tech­niki radze­nia sobie z bólem i odde­chem przy poro­dzie. Na ile każda z nich jest sku­teczna, tego tak naprawdę nie wie nikt, ale z pew­no­ścią mogą choć tro­chę zmi­ni­ma­li­zo­wać przy­kre momenty. Matek, dla któ­rych ból poro­dowy był na tyle trau­ma­tyczny, że nie chcą wię­cej mieć dzieci, bądź rodzić natu­ral­nie jest na tyle mało, że naprawdę dziwi ilość wyko­ny­wa­nych w pol­skich szpi­ta­lach cesa­rek.

Nie jestem obec­nie w tema­cie co do znie­czu­leń przy poro­dzie. Wiem, że gdy dwa lata temu rodzi­łam, można było opła­cić przy poro­dzie natu­ral­nym ane­ste­zjo­loga, który podał znie­czu­le­nie zewną­trzo­po­nowe (takie samo zresztą, jak do cesarki, nie wiem tylko, czy dawki podaje się jed­na­kowe). Część kobiet się na nie decy­do­wała, część nie. Na ile jest to bez­pieczna lub konieczna metoda przy poro­dzie natu­ral­nym nie chcę się tu roz­wo­dzić. Zresztą kobiety, które w spo­sób natu­ralny rodziły w znie­czu­le­niu same wie­dzą czy było warto. Próg bólu jest u każ­dego inny, sza­nuję i rozu­miem decy­zję o zasto­so­wa­niu znie­czu­le­nia, choć oso­bi­ście sama raczej nie chcia­ła­bym rodzić natu­ral­nie jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic nie czu­jąc od pasa w dół. Nie, nie jestem jakimś cybor­giem lub maso­chistką, która wprost marzy o sil­nych skur­czach :) Cho­dzi mi raczej o to, że mimo iż znie­czu­le­nie ma z pew­no­ścią tę zaletę, że rze­czy­wi­ście znie­czula, to rów­nież utrud­nia samo par­cie — kobieta nie do końca czuje, czy i jak prze. No, ale to jest pew­nie kwe­stia do dys­ku­sji. Sama tego nie prze­szłam, a jedy­nie tro­chę poczy­ta­łam na ten temat.
Poza tym piszę, że RACZEJ nie chcia­ła­bym przy poro­dzie natu­ral­nym znie­czu­le­nia, bo tak naprawdę nie wiem do końca, jak bym znio­sła już koń­cowe bóle połą­czone z par­ciem. Ponie­waż jed­nak 12 godzinne doświad­cze­nie w poro­dzie mam (zanim nie skoń­czył się cię­ciem), bóle lędź­wiowe prze­szłam, skur­cze bole­sne rów­nież, to na tym eta­pie mogę powie­dzieć, że obe­szła­bym się bez znie­czu­le­nia. No, ale wra­cam do meri­tum, bo jak zwy­kle, wcho­dzę w dygresje.

Całą ciążę liczy­łam na poród natu­ralny. Tym­cza­sem tydzień po ter­mi­nie tra­fi­łam na oddział pato­lo­gii ciąży, bo Miko­łaj zastraj­ko­wał. Trzy­krot­nie pod­czas pobytu w szpi­talu pró­bo­wano wyku­rzyć go za pomocą kro­pló­wek z oksy­to­cyny, ale bez­sku­tecz­nie. Dwa pierw­sze razy były zupeł­nie nie­efek­towne, przy trze­cim zaczęło się roz­krę­cać. Przy­szły silne bóle i skur­cze, zaczęło poja­wiać się roz­war­cie. Położna pomo­gła i prze­biła pęcherz pło­dowy, co poka­zało tylko, że wody są zie­lon­kawe i utwier­dziło, że na pewno tego dnia uro­dzę. Była ogromna szansa na poród natu­ralny. Prze­nie­siono nas na salę do porodu rodzin­nego. W sumie silne skur­cze i bóle trwały od około 10 rano do 20.00. Nie­stety, oka­zało się, że gdy odłą­czono kro­plówkę z oksy­to­cyną akcja poro­dowa zatrzy­mała się na 6 cen­ty­me­trach roz­war­cia, a skur­cze zaczęły nik­nąć. Nie było wyj­ścia — trzeba było ciąć.

Infor­ma­cji o cię­ciu wcale nie przy­ję­łam z ulgą, bo bar­dzo się tego bałam. Cokol­wiek by o tym nie mówić, jest to poważna ope­ra­cja, która może wią­zać się z całym mnó­stwem kom­pli­ka­cji. Ale nie­wiele mia­łam już do powie­dze­nia, skoro dziecku gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo. Poza tym bar­dzo prze­ży­wa­łam to, że nie dostanę dziecka od razu po poro­dzie. To chyba był mój naj­więk­szy stres tak naprawdę. No i że mogą być pro­blemy z kar­mie­niem natu­ral­nym. Koniec koń­ców mał­żo­nek sta­nął w goto­wo­ści, by natych­miast jak to tylko będzie moż­liwe, uczest­ni­czyć w pierw­szych minu­tach życia naszego dziecka, a ja poje­cha­łam na operacyjną.

Sama ope­ra­cja trwała około godziny (razem z zaszy­ciem). Oczy­wi­ście cały czas byłam pod opieką ane­ste­zjo­loga, ale wystą­piły pro­blemy z ciśnie­niem — w pew­nym momen­cie spa­dło tak bar­dzo, że zaczę­łam odpły­wać (sku­tek cało­dzien­nego porodu, do tego zakaz jedze­nia i picia przed poro­dem, który to osła­bił i odwod­nił orga­nizm). Dziecka po wyję­ciu z brzu­cha nie widzia­łam, tylko usły­sza­łam pierw­szy krzyk. Od razu zabrano Miko­łaja do kącika nowo­rodka, a mnie zaczęto szyć.
Wia­domo, że wiele zależy od per­so­nelu, że pew­nie lekarz mógłby poka­zać mi choć z daleka dziecko. Być może to się zda­rza, ale nie jest stan­dar­dem. To była dla mnie jedna z przy­krych rze­czy spo­wo­do­wa­nych cię­ciem - dziecko zoba­czy­łam po raz pierw­szy dopiero dobrą godzinę po poro­dzie i to przez bar­dzo krótki czas. Na szczę­ście przez cały czas przy Miko­łaju był mój mąż. Gdy prze­wie­ziono mnie na salę poope­ra­cyjną położna przy­nio­sła mi na kilka minut Miko­łaja, żeby spró­bo­wać przy­sta­wić go do piersi. Po chwili się udało, na szczę­ście, więc swo­bod­nie mogę oba­lić w tym miej­scu mit, że po cię­ciu nie można kar­mić pier­sią. Można. Ja jestem dowodem.

mis

Z per­spek­tywy tego doświad­cze­nia wiem, że cesarka to nie jest coś strasz­nego — w sen­sie, gdy naprawdę nie ma innej moż­li­wo­ści porodu. Jest wiele wska­zań do cię­cia, w wielu sytu­acjach cesarka jest konieczna zarówno dla zdro­wia dziecka jak i mamy. Ale tego, że zupeł­nie zdrowe kobiety decy­dują się na tego typu ope­ra­cję nigdy nie pojmę. Jeśli boisz się bólu, to załatw sobie znie­czu­le­nie, ale nie decy­duj się na cesarkę. Boisz się, że będziesz miała bli­znę w miej­scu intym­nym, bo może się przy­da­rzyć szycie? — a kawał bli­zny na brzu­chu cię nie przeraża?

Oto — w mojej opi­nii — wady cesarki:

  • moż­liwe kom­pli­ka­cje pod­czas samej ope­ra­cji — zarówno zwią­zane ze zdro­wiem matki, jak i dziecka
  • brak moż­li­wo­ści pierw­szego kon­taktu mamy z dziec­kiem zaraz po porodzie
  • mimo że mama po około godzi­nie od porodu widzi dziecko, to ma ogra­ni­czone moż­li­wo­ści, jeśli cho­dzi o jego przy­tu­la­nie, kar­mie­nie czy pie­lę­gna­cję. Mama leży pod­pięta do kro­pló­wek i przy­gwoż­dżona przez kil­ka­na­ście godzin do łóżka. Jeśli mąż lub pie­lę­gniarka nie przy­niosą dziecka, to może nie widzieć go przez ten czas w ogóle. Rodzi­łam w nocy, więc od pierw­szego krót­kiego spo­tka­nia z Miko­ła­jem na sali poope­ra­cyj­nej do chwili, gdy położna przy­nio­sła mi go rano i poło­żyła na łóżku obok mnie, nie mia­łam z dziec­kiem kon­taktu przez ponad 10 godzin. Dla jed­nych mam może to nie pro­blem, nato­miast ja bar­dzo prze­ży­wa­łam to, że nie mogę od razu zająć się dziec­kiem i z nim przebywać
  • kon­dy­cja mamy po cię­ciu jest o wiele gor­sza niż po poro­dzie natu­ral­nym. Pierw­sze wsta­nie z łóżka po cesarce jest bar­dzo przy­kre i trudne. Ciało jest obo­lałe, rana na brzu­chu boli. Masz ogra­ni­czoną strefę ruchów, nie jesteś w sta­nie dźwi­gać dziecka, a jeśli nawet możesz, to jest to zwią­zane z dodat­ko­wym bólem
  • moż­liwe jest zaka­że­nie rany po cesar­skim cię­ciu, co zwią­zane jest ze sta­nem zapal­nym, ropie­niem i tym podob­nymi zjawiskami
  • nawet naj­pięk­niej zszyta rana (ja podobno takową mam) zawsze pozo­stawi bli­znę i to wcale nie­małą. A nie każdą mamę stać na ope­ra­cję pla­styczną lub dro­gie kremy, by tę bli­znę roz­ja­śnić. Choć zakła­dam, że jeśli kogoś stać na opła­ce­nie cesar­skiego cię­cia “na życze­nie” (czy­taj: na danie w łapę leka­rzowi, który wymy­śli i wypi­sze wska­za­nie do cc), to pew­nie stać go też na usu­wa­nie este­tycz­nych “skut­ków” cięcia
  • ponie­waż łoży­sko nie zostało uro­dzone w spo­sób natu­ralny, macica obkur­cza się znacz­nie dłu­żej niż po poro­dzie natu­ral­nym. Może to spo­wo­do­wać dłuż­sze i bar­dziej obfite krwa­wie­nie po poro­dzie oraz znaczne opóź­nie­nie w roz­po­czę­ciu życia sek­su­al­nego po porodzie
  • do czasu zdję­cia szwów mama “czuje” brzuch przy każ­dym ruchu, rana rwie i pobo­lewa. Po zdję­ciu szwów jest tro­chę lepiej, ale do pełni sił ja oso­bi­ście doszłam dopiero jakiś mie­siąc po porodzie
  • pierw­sze dni po cię­ciu są też trudne pod wzglę­dem fizycz­nym o tyle, że na przy­kład kobieta może nie być w sta­nie sama wejść pod prysz­nic i się umyć. Gdyby nie mąż nie dała­bym rady pod­nieść nogi, by sta­nąć w brodziku
  • mimo że w grud­niu minęły dwa lata od cesar­skiego cię­cia, dwa mie­siące temu oka­zało się, że od wewnątrz przy końcu bli­zny poja­wił się bolący guz. Po zba­da­niu przez gine­ko­loga oka­zało się, że jest to endo­me­trioza, naj­praw­do­po­dob­niej spo­wo­do­wana tym, że pod­czas cesar­skiego cię­cia frag­ment łoży­ska lub innej wewnętrz­nej tkanki został przy­pad­kiem prze­nie­siony na jakimś narzę­dziu chi­rur­gicz­nym i zanie­czy­ścił ranę. Przez pra­wie dwa lata rósł aż do takiej postaci, że zaczął boleć, no i da się go teraz nama­cać. Jest to o tyle przy­kre, że guzek będzie rósł dalej, bolał moc­niej, w związku z czym trzeba go usu­nąć — chi­rur­gicz­nie, pod narkozą

Jeśli to wszystko nie prze­ko­nało Was, że cesarka wcale nie jest taka różowa, jak się może wyda­wać, to cóż — życzyć Wam mogę tylko zdro­wia i braku jakich­kol­wiek komplikacji.

Nato­miast mamy, które z jakichś powo­dów czeka poród przez cię­cie mogę zapew­nić, że widok wła­snego dziecka działa prze­ciw­bó­lowo i rege­ne­ru­jąco :) Mam nadzieję, że nie nastra­szy­łam Was opi­sem wła­snych doświad­czeń. Dobrze jest być jed­nak świa­domą tego, co może (ale nie zawsze musi) nas spo­tkać.
Nie ma się czego bać. Życiem dziecka i wła­snym nie warto ryzy­ko­wać. Cesarkę da się prze­trwać. Powo­dze­nia i szyb­kiego powrotu do sił Wam życzę!

mis2