Ta część, jak pisałam wcześniej, będzie dotyczyła wrocławskiej fontanny dla dzieci w parku szczytnickim. Jest to naprawdę fantastyczne miejsce dla młodszych i starszych (szczególnie w upalne dni), mimo że tak proste, że prościej się chyba wymyślić nie dało. A może właśnie dlatego jest tak genialne?
Fontanna, o której tu mowa, sąsiaduje z osławioną Wrocławską Fontanną Multimedialną (zdjęcia z jednego z pokazów owego cudu techniki znajdziecie tutaj: ). Jest to betonowy kwadrat, wyposażony w dysze do wyrzucania wody według jakiegoś algorytmu. Objawia się to tym, że woda tryska w określonym rytmie, natomiast gdy o pełnej godzinie na dużej fontannie jest pokaz, wówczas mała chwilowo wysycha.
Cały bajer małej fontanny polega na tym, że nie jest niczym ogrodzona, praktycznie zrównana z otaczającą ją ziemią i totalnie dostępna dla wszystkich. Można po niej chodzić, biegać, można w niej leżeć i skakać… Ona po to właśnie jest. Dzieciaków jest tam zawsze mnóstwo, czasem zdarzy się też ktoś ze starszyzny Moje dziecię mogłoby tam siedzieć cały dzień, taką ma frajdę z zabawy w “chlapiącej” wodzie.
Fontanna dla dzieci ma jeszcze jeden miły akcent. W niedziele o godz. 14.00 i 15.00 miasto funduje najmłodszym atrakcję w postaci całkiem przyjemnego pokazu baniek mydlanych (ogroooomych jak i zupełnie maleńkich) produkowanych przez grupę równie przyjemnych szczudlarzy. Proste rzeczy, a cieszą jak nie wiem. Oczywiście mam tu na myśli radość i frajdę tylko i wyłącznie dziecięcą
Tyle na ten temat. Ilustrujące wpis fotografie oczywiście przedstawiają owo przyjemne miejsce (i moje dziecię), natomiast więcej zdjęć znajdziecie tutaj: .
Aktualne upały sprawiają, że każde wspomnienie o wodzie spotyka się entuzjazmem zarówno ze strony mojej, jak i Mikołaja. We Wrocławiu przetestowaliśmy do tej pory dwa miejsca, gdzie można udać się w gorący letni dzień i zaznać choć odrobiny chłodu płynącego z wody. Są to osławiony aquapark (Wrocławski Park Wodny) i fontanna dla dzieci w parku Szczytnickim (obok równie osławionej fontanny multimedialnej). Na pierwszy ogień biorę WPW. O fontannie będzie w części drugiej.
Z aquaparkiem przyjaźnimy się w zasadzie od początku jego otwarcia. Michu miał cztery miesiące, gdy postanowiliśmy wytaplać go w większej niż w wanience wodzie. Kilka dni wcześniej samodzielnie zrobiłam rekonesans, czy aby na pewno poradzimy tam sobie z takim maluchem. I tu miłe zaskoczenie — zostaliśmy zaspokojeni pod każdym niemal względem (a może po prostu nie jesteśmy wymagającymi klientami ). Po ponad dwóch latach korzystania z atrakcji aquaparku razem z dzieckiem, mogę pozwolić sobie na określenie listy zalet i wad. Oto ona:
Zalety:
już na dzień dobry darmowe wejście dla dziecka do lat trzech. Miło. W godzinach porannych w dni powszednie cena nie wydaje się więc zbyt wygórowana
specjalne szatnie rodzinne — w każdej przewijak (całkiem niedawno zostały wymienione z takich stojących na przyczepione do ściany, z pasem bezpieczeństwa) i duuuży kosz na śmieci (czytaj: pampersy)
bardzo przyjemny brodzik dla maluchów, złożony jakoby z dwóch części. Jedna ma kształt okrągłej, płytkiej… wanny, w której poziom wody wynosi zaledwie kilka centymetrów. Można w niej swobodnie posadzić lub położyć na brzuchu malucha i pozwolić mu się taplać do woli. Starszaki też mają tu zajęcie, bo basenik ten znakomicie nadaje się do zabaw związanych z przelewaniem wody do wiaderek itp.. Druga część to typowy brodzik basenowy — do pół metra wysokości, z cieplejszą wodą. Do tego mamy atrakcję w postaci kolorowych lampek przy najgłębszej części i wieeelką fokę z rybkami (z każdej rybki tryska woda)
otoczenie brodzika — po pierwsze jest tu obowiązkowa zjeżdżalnia dla najmłodszych. Obok płynie przyjemny strumyczek. Niestety, ze względów bezpieczeństwa, nie można się w nim pochlapać (a tym bardziej powspinać), co chyba powoduje niewielki zgrzyt w małych użytkownikach obiektu. No, ale cóż. Jakieś ograniczenia być muszą… Bardzo przyjemną dla maluchów rzeczą jest natomiast taka namiastka fontanny tryskającej z kilku punktów w posadzce, na wysokość około 40 – 50 cm. Obok jest też coś w stylu skalnej groty, w której z uporem maniaka przez kilka odwiedzin z rzędu czas spędzał nasz syn… W okolicy brodzika stoi też statek, chyba piracki, do którego można wsiąść i posterować kołem. Kawałek dalej umieszczono też dwie wodne armatki, z których można postrzelać wodą w kierunku basenu z falą, do nie zawsze z tego zadowolonych pozostałych gości aquaparku.
leżaki i łóżeczka turystyczne — za to wieeelki plus dla WPW. Można swobodnie rozłożyć się na wybranym miejscu i zaanektować łóżeczko dla potrzebującego go dziecka.
pokój dla matki z dzieckiem — albo bardziej — łazienka dla najmłodszych. Przy brodziku wydzielono pomieszczenie, w którym można ze spokojem przewinąć malucha, starszaka posadzić na sedesie, lub opłukać pod prysznicem.
Zabawki i pomoce pływackie. W plastikowych pudłach, niedaleko brodzika, można znaleźć wiaderka, piłki, konewki, koła ratunkowe, rękawki, makarony do pływania. Co jakiś czas jest to chyba uzupełniane (bo się zużywa, jak przypuszczam ), gdyż w różnym stanie i ilości znajduję tam owe przedmioty. Przyznać jednak trzeba, że są.
basen z falami - to jest bardzo przyjemna atrakcja dla dzieci w różnym wieku. Mikołaj ostatnio bardzo polubił przesiadywanie na brzegu tego pseudomorza, które chlapie mu w twarz ku jego uciesze
leniwa rzeka — to już dla trochę starszych dzieci. Michu lubi od czasu do czasu się w niej potaplać, ale musimy mocno go trzymać, bo momentami rzeczka wcale nie jest taka leniwa Zanim sam będzie się mógł nią nacieszyć minie jeszcze kilka lat.
solanka — nie wnikam, czy to bardzo wysusza skórę czy nie (w porównaniu z wodą w pozostałych basenach) i na ile jest zdrowe u maluszków, ale od mniej-więcej roku (czyli gdy Michu miał półtora roku) zabieram go na chwilę do tego basenu. Ma z tego niezłą frajdę (abstrahując od tego, że z uporem maniaka liże tę słoną wodę), bo wyporność jest całkiem przyjemna i bez problemu sam utrzymuje się tam na powierzchni (wyposażony w rękawki)
Małpi gaj usytuowany w górnej części pływalni. Przyznam, że zaglądamy tam dość często, bo gdy Michu się znudzi taplaniem w wodzie zawsze chętnie biegnie się pobawić na owym placu zabaw
Restauracja czynna na terenie aquaparku — korzystamy z niej niekiedy. Całkiem pomocne miejsce, zwłaszcza, gdy pobyt się przeciąga, a dziecko jest głodne. Bez wychodzenia na zewnątrz można coś przekąsić lub kupić do picia
Wady:
cena — przy pobycie dla więcej niż jednej dorosłej osoby z dzieckiem, powyżej dwóch godzin (co wcale nie jest aż takim nadmiarem czasu) okazuje się, że nie jest to rozrywka dla przeciętnie zarabiającej rodziny. Raz — maks dwa razy w miesiącu może się udać, ale w okresie wakacyjnych upałów (gdy przydałoby się niemal codziennie), jest to jednak drogi dla klienta interes
kolejki do kasy i tłumy na terenie obiektu — tego się pewnie nie da przeskoczyć, dopóki jest we Wrocławiu tylko jeden taki aquapark. I nic dziwnego, że organizatorzy sprzedają wszystkie wolne miejsca, bo to przecież ich zarobek. Jedyne co mogę poradzić, to poranne godziny w ciągu tygodnia. Odradzam natomiast weekendy, zwłaszcza w sezonie. Stoi się czasem i 40 minut, a po wejściu na teren i tak pływać się nie da, bo ludzi tyle, że szkoda gadać.
Dodatkowa opłata za małpi gaj. Bo weź wytłumacz dzieciakowi, że nie może tam iść, bo to koszt dodatkowy, który nie zawsze musi mieścić się w budżecie przeznaczonym na dany wypad
i to chyba tyle wad Więcej nie pamiętam Jak mi się przypomni kiedyś, to dopiszę.
Całkiem ładny wyszedł mi artykuł nie-sponsorowany, niestety. Może ktoś z aquaparku to przeczyta kiedyś i podziękuje jakimś karnetem za reklamę
Na dziś tyle. W drugiej części kilka słów o wrocławskiej fontannie przy Hali.
Na dziś przypadła nam kontrolna wizyta u lekarza rehabilitacji. Oczywiście pacjentem było nasze dziecię. Informacje bardzo krzepiące dla nas to takie, że możemy już wycofać się z rehabilitacji metodą Bobath (2 razy w tygodniu po 45 minut, w krzyku i złości ze strony Micha, w ogólnej frustracji ze strony mojej i terapeutki) i zastąpić ją ćwiczeniami bardziej ogólnorozwojowymi (raz w tygodniu). Alleluja! Serce rośnie na myśl, że jednak prawie półtoraroczne “ujeżdżanie” do Promyka Słońca przyniosło wreszcie oczekiwany efekt Był czas, że pewnie wygodniej byłoby tam zamieszkać — oprócz weekendów jeździliśmy do Promyka codziennie. Ostatnich kilka miesięcy było “luźniejsze” — tylko 3 razy w tygodniu + raz do innej przychodni do psychologa. Teraz odpadnie nam jeszcze jeden dzień, więc wszystko zmierza ku lepszemu
Dziś lekarka stwierdziła, że Michu owszem, parę niedociągnięć jeszcze ma, ale to już naprawdę kwestie bardziej kosmetyczne i można dać mu odpocząć. Wreszcie!!!
Ten ostro-rehabilitacyjny czas można ująć w kilku punktach:
znerwicowanie Miśka na widok lekarzy i generalnie wszystkich, którzy się do niego zbliżają w bliżej nieokreślonym celu (a nuż będzie to terapeuta i będzie ugniatał Vojtą?)
mnóstwo nerwów naszych wspólnych związanych z w/w znerwicowaniem Miśka
całkiem niezła sumka wydanych pieniędzy na dodatkowe wizyty lekarskie i terapeutyczne (ale przecież na dziecku się nie oszczędza… Tylko dlaczego służba zdrowia tak zgrabnie naciąga nie znających się na medycynie i rehabilitacji rodziców na dodatkowe wizyty, które jak się potem okazuje nie były niezbędne?)
sporo czasu straconego na korytarzach przychodnianych, bo lekarze to przecież zajęci ludzie, nie muszą być punktualni, zwłaszcza, jeśli pacjentem jest kilunastomiesięczne dziecko
kilkukrotne stanie nad ranem w kolejce do rejestracji, by dostać się do specjalisty, bo miejsc funduszowych jak na lekarstwo
spore sumki wydane na wizyty prywatne u specjalistów, mimo że było skierowanie na fundusz, ale przewidywany termin wizyty refundowanej najwcześniej za pół roku
pewnie jeszcze coś by się tu dało dodać, ale po co więcej?
No ale sprawiedliwość musi być — coś jednak zyskaliśmy:
rehabilitacja wyciągnęła Miśka z poważnej asymetrii i kręczu szyi
dość wcześnie rozpoznano opóźnienie psychoruchowe, więc można było wcześnie zacząć terapię nie tylko ruchową ale też psychologiczną i logopedyczną
przekonaliśmy się, że nie jesteśmy jedyni z takim problemem, i że opóźnienie Miśka nie jest aż takie wielkie, a co najważniejsze — nie pogłębia się i nasze dziecię zaczyna nadrabiać straty
Tyle zysków na pierwszy rzut oka. Co by nie mówić, mimo ogromnej ilości zmarnowanego niekiedy czasu (stanie 50 minut w korkach zamiast uczciwego spaceru z dzieckiem), sporej sumy pieniędzy i niekiedy ogólnej frustracji, dzięki rehabilitacji Misiek stanął na nogach i zaczął wychodzić na prostą. A to jest bardzo wielki sukces. I z tego się cieszmy
Niestety, co by dobrego nie mówić o terapeutach z Promyka (naprawdę trafialiśmy na samych świetnych specjalistów), to jednak ujeżdżanie przez półtora roku prawie dzień w dzień zmęczyło nas totalnie. No, ale coś za coś.
Generalnie dzisiejszy dzień ogłaszam Dniem Bez Rehabilitacji! A co!
Dziś słów kilka na temat rozwoju ruchowego dzieci. I o tym, jak rodzice potrafią im ten rozwój utrudniać.
Od ponad roku rehabilitujemy nasze dziecko we wrocławskim Promyku Słońca. Najpierw stwierdzono asymetrię i zagrożenie skoliozą (wada ułożeniowa z okresu ciąży), potem lekkie opóźnienie rozwoju ruchowego. Przeszliśmy kolejno terapię metodą Vojty, czaszkowo-krzyżową i obecnie, od 10 miesięcy chodzimy na rehabilitację metodą Bobath. Czym się dana terapia charakteryzuje pisać tu nie będę, bo nie o tym ten post. Jak ktoś potrzebuje takich informacji to w sieci jest ich sporo. A jak ktoś potrzebuje dobrego rehabilitanta, to mogę z czystym sumieniem polecić kilka osób, ale drogą mailową najlepiej.
W każdym bądź razie wszyscy terapeuci z jakimi miałam przez ten czas do czynienia zgodni są co do jednego — rozwój ruchowy dziecka — w tym: raczkowanie, siadanie, wstawanie, chodzenie — następuje w naturalny sposób w momencie kolejnych stopni dojrzewania układu nerwowego. Te umiejętności dziecko nabywa SAMO! Nie da się nauczyć dziecka siadać, raczkować, chodzić. Dopóki ono samo, bez pomocy, nie usiądzie, to nie trzeba tego robić na siłę. Te wszystkie poduszki, które mamy w dobrej wierze podkładają pod plecy swoim dzieciom, są bardziej szkodliwe niż to, że dziecko leżąc sobie na podłodze naje się paprochów, które będzie miało akurat pod ręką Dopóki dziecko samodzielnie nie zacznie wykonywać którejś z tych ruchowych czynności to znak, że po prostu jeszcze jego układ nerwowy do nich nie dojrzał. A jeśli my na siłę będziemy dzieciaka stawiać, sadzać, prowadzić za ręce to tak naprawdę tylko przeszkadzamy mu w rozwoju.
Na stronie dotyczącej metody znalazłam , który mogę polecić, w związku z poruszanym tu tematem. Przeczytajcie go, proszę.
Drogie Mamy, Tatusiowie, Babcie, Dziadkowe, Nianie i wszyscy przyszli Rodzice — weźcie sobie do serca, że czasem, aby pomóc, wystarczy nie przeszkadzać.
Lista rzeczy, które przeszkadzają w rozwoju ruchowym małemu dziecku:
kładzenie na poduszkach — małe dziecko powinno leżeć na płaskiej powierzchni — na macie edukacyjnej, kocyku, materacyku (byle nie za miękki), czymkolwiek. Kładzenie na poduchach (“by dziecko lepiej widziało”) krzywi masakrycznie jego kręgosłup i ogranicza jego ruchy. Martwisz się, że Twoje dziecko nudzi się leżąc z oczami wpatrzonymi w sufit? Dobrze, że się martwisz Postaraj się urozmaicić jego otoczenie — zrób kolorowe zawieszki, powieś atrakcyjne zabawki… wykaż się inicjatywą.
sadzanie — po raz kolejny piszę — jeśli dziecko samo nie siada, widocznie jego organizm nie jest jeszcze na to gotowy. Sadzając — maltretujesz jego kręgosłup, narządy wewnętrzne i nie pozwalasz jego mięśniom rozwijać się prawidłowy sposób.
chodziki — odsyłam do wspomnianego artykułu ze strony “Vojtowców”.
nosidełka — takie na szelkach, które zakładają rodzice, a dziecko wisi na ich klatce piersiowej. Jeśli dziecko już potrafi siedzieć i stać, ma w miarę stabilny kręgosłup, to od czasu do czasu pewnie nie zaszkodzi, ale gdy słyszę o nosidełkach 0+ to szczęka opada.
huśtawki — i wsadzanie w nie dzieci, które jeszcze nie potrafią stabilnie siedzieć.
leżaczki, foteliki-nosidełka używane w domu — zarówno w takim samochodowym nosidle jak i w leżaczku (które podobno są dla noworodków także, jak zapewniają sprzedawcy) dziecko po pierwsze nie leży w pozycji naturalnej tylko wygięte, a po drugie nie ma pola manewru. Po co Ci fotelik samochodowy w domu? Nie możesz rozłożyć koca na podłodze?
przetrzymywanie dziecka w łóżeczku w czasie czuwania — łóżeczko jak to łóżeczko, jakieś super duże nie jest, nawet dla takiej kilkumiesięcznej drobinki. Dziecko potrzebuje miejsca, by nauczyć się przewracać z pleców na brzuch i odwrotnie, by raczkować czy pełzać.
podciąganie dziecka do pozycji stojącej — po co??? jak samo wstanie, to znaczy, że nadszedł jego czas. Czemu na siłę chcesz udowodnić mu, że coś potrafi, jeśli jego organizm jasno mówi, że na stawanie nie przyszedł jeszcze czas? Chcesz się poczuć lepiej, bo twoje dziecko stoi wcześniej niż dziecko koleżanki? Wstanie, gdy będzie potrafiło. Nie możesz nauczyć jego mięśni, że mają pracować mocniej i szybciej, bo ty tak chcesz.
prowadzanie za ręce dziecka, które jeszcze samo nie potrafi chodzić lub nawet stać bez trzymania się — jeśli twoje dziecko samodzielnie siedzi, samodzielnie wstaje, samodzielnie stoi bez przytrzymywania się o meble, to uwierz, że też samodzielnie zrobi pierwszy krok. Nie przyśpieszaj na siłę jego rozwoju ciągnąc za ręce i prowadzając. Jeśli będzie gotowe zrobi to SAMO.
Ta lista na pewno nie jest zamknięta. Sami wiecie jak wielka jest pomysłowość rodziców, dziadków, niań i wszystkich z pewnością dobrze życzących Waszemu dziecku. Tak, bo te wszystkie błędne porady i pomysły są w większości przypadków podawane z troski i życzliwości. Ale bądźcie rozsądni i asertywni. Nawet jeśli ciocia obrazi się, że nie wsadzacie dziecka do chodzika, który kupiła.
Jak pomóc w rozwoju ruchowym?
nie utrudniać (patrz wyżej)
zaakceptuj, że twoje dziecko jest odrębną od ciebie osobą, ma własne tempo rozwoju i nie musi robić wszystkiego równie szybko, jak dziecko sąsiadki
kładź dziecko na dużej, płaskiej powierzchni — najlepiej na podłodze, by miało przestrzeń do rozwijania swoich umiejętności motorycznych
kładź atrakcyjne przedmioty w niewielkiej odległości od niego, ale nie bezpośrednio przy nim — by zachęcić je do SAMODZIELNEGO przemieszczania się (czy to do raczkowania, czy to wstawania, czy do przewracania się z pleców na brzuch i odwrotnie)
zabezpiecz swoje mieszkanie — spójrz na nie z perspektywy małego szkraba, który pełza czy raczkuje — pozabezpieczaj kable, gniazdka, ostre kanty mebli — wszystko, o co dziecko może wyrządzić sobie krzywdę
przytulaj, pieść, całuj, uśmiechaj się, śpiewaj piosenki, mów do niego — gdy będzie czuło się kochane i bezpieczne jego rozwój będzie postępował prawidłowo
daj dziecku odrobinę czasu spędzanego samodzielnie — w Twojej obecności, ale bez zabawiania go — niech trochę samo pogłówkuje, by się czymś zainteresować czy zająć
gdy dziecko zaczyna wstawać lub chodzić, jeśli tylko warunki na to pozwalają, pozwól mu chodzić boso lub w samych skarpetkach, bez butów. Ćwiczy wtedy mięśnie stóp. W butach (zwłaszcza tych źle dobranych) niektóre mięśnie “zwolnione są” z pracy lub ich praca jest ograniczona. Chodząc boso po różnych powierzchniach dziecko dodatkowo rozwija integrację sensoryczną.
To na tyle. Musiałam się tu dziś trochę nagadać, ale od razu mi lepiej . Nie piszę tego wszystkiego dlatego, że jestem idealną matką, bo sama niejednokrotnie utrudniałam dziecku rozwój. Ale kolejne rozmowy z rehabilitantkami Mikołaja prostowały moje zapędy i dlatego dziś mogę cieszyć się, że Mikołaj wychodzi z asymetrii, a nie martwić, że mu ją utrwaliłam jakimiś własnymi głupimi metodami. Nie raz musiałam też hamować zapędy rodziny, by kłaść Micha na poduszkach, sadzać czy podciągać za ręce. Ale udało się i jestem z tego dumna.
I pamiętajcie — każde z Waszych dzieci jest jedyne, inne niż wszyscy i ma też swoje własne, indywidualne tempo rozwoju ruchowego. Normy, które są podawane, nie są ścisłymi granicami, czasem zdrowemu dziecku potrzeba tylko trochę więcej czasu, swobody czy spokoju i nadrobi “straty” (w mniemaniu rodziców) bez problemu. Pozwólcie mu to zrobić samodzielnie
P.S. Oto kilka etapów rozwojowych w wykonaniu naszego Mikołaja:
Choć z blogowaniem mam już dwu-i-pół-letnie doświadczenie, to, jakby nie spojrzeć, odczuwam lekką tremę w dniu premiery tej strony Do tej pory pisywałam “sobie a muzom”; bardziej dla upamiętnienia różnych wydarzeń rodzinnych niż dla publiki. Teraz powstał pomysł, by przyjemność pisania, zdobywane doświadczenie rodzicielskie, wykształcenie pedagogiczne i trochę wolnego czasu przemienić w bloga, który służyć by mógł większej grupie osób.
Co tu znajdziecie? Wszystko (lub prawie wszystko), co dotyczyć może dzieci. A co konkretnie? Przekonacie się czytając.
Panie i Panowie, Dzieciowisko uważam za otwarte!