Lap­to­piki dla dzieciarni!

6

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 05-04-2011

Tagi: , , , , , ,

Poprzed­niego ponie­działku rząd poczę­sto­wał nas infor­ma­cją, że od nowego roku szkol­nego każdy pierw­szo­kla­si­sta otrzyma lap­top. Albo raczej — net­book. Po co? Ano po to (podobno), żeby się dzie­ciar­nia roz­wi­jała tech­no­lo­gicz­nie, by “nadą­żała” za nowo­cze­sno­ścią (czy­taj: Zacho­dem, a może nawet i USA!), by miała pomoc pod­czas odra­bia­nia lek­cji… i w ogóle, żeby było tak super, jak tylko super w szkole być może (zwłasz­cza z nowym laptopem).

Pierw­sza myśl, która mnie nawie­dziła — po ki czort pierw­sza­kom te kom­pu­try? Czy nie lepiej byłoby dofi­nan­so­wać sto­łówki, żeby taki wystra­szony pierw­szak, pusz­czony na głę­boką wodę (bo jak ma pra­cu­ją­cych rodzi­ców, to poza lek­cjami wie­kuje w świe­tlicy do 17.00) miał w ciągu dnia porządny, cie­pły posi­łek? Ale nie, po co… Weź­mie se lap­topa na sto­łówkę, to może mu kto da łyżkę zupy, jak pozwoli “pograć” w nie­le­gal­nie ścią­gnięte gierki…

I tu docho­dzimy do kolej­nej zło­tej myśli. Lap­top, jak to lap­top — bez dostępu do Inter­netu nie­wiele jest wart. Nasu­wają się więc pyta­nia — czy w ramach “Lap­topa dla pierw­szaka” dostęp do sieci będzie “w pakie­cie”, czy tu już port­fel rodzi­ców wcho­dzi w grę? Jeśli Inter­netu nie będzie, to po co taki kom­pu­ter mal­com? Żeby za 400 zł dać dzie­cia­kom jakiś sen­sowny sprzęt, to trza się będzie mocno napo­cić. Nie mówiąc już o wypo­sa­że­niu tego w cokol­wiek sen­sow­nego. Choćby w pakiet Office. Zaczną więc ścią­gać, bo skąd niby mają dostać?
No, ale w sumie, to i tak nie bar­dzo wyobra­żam sobie sze­ścio­latka pyka­ją­cego pre­zen­ta­cję w Power­Po­int czy wypra­co­wa­nie “Ala ma kota” w Wor­dzie. Choć niby powi­nien, w końcu dosta­nie lap­topa! Nikt nie bie­rze pod uwagę tego, że ten sprzęt będzie słu­żył mal­com jako kolejna zabawka. I tyle! A Inter­net? Jeśli nawet będzie dar­mowy (co nadal nie jest jasne), to będzie słu­żył nie jako źródło infor­ma­cji, ale jako źródło roz­rywki oraz nie­le­gal­nego ścią­ga­nia wszel­kich gie­rek czy pro­gra­mów, bo coś w tego “łysego” lapsa trzeba będzie włożyć.

Kolejne pyta­nie — ile z tych lap­to­pów pod koniec roku szkol­nego nadal będzie w rękach pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli? Ile będzie sytu­acji, że pierw­szaka okradną starsi kole­dzy? A ile takich, kiedy star­sze rodzeń­stwo zawład­nie sprzę­tem, bo im bar­dziej jest potrzebny, a w domu bieda i nie ma? Ile w końcu razy będziemy mogli poli­cy­to­wać na Alle­gro net­bo­oka wysta­wio­nego przez rodzi­ców pierw­szaka, bo na chleb zabra­kło? Albo też ile będzie takich lap­sów sprze­da­nych za wódkę w rodzi­nach, gdzie zarob­ków nie ma, za to są nałogi i pusto w portfelu?

Czy myśli też ktoś o tym, że to kolejne kil­ka­set gra­mów (mini­mum) dorzu­co­nych do i tak prze­peł­nio­nego uczniow­skiego plecaczka?

Czy ktoś pomy­ślał o tym, że może lepiej byłoby dofi­nan­so­wać szkolne pra­cow­nie kom­pu­te­rowe, bo nadal w wielu miej­scach sprzęt jest gorzej niż nie­uży­walny lub nie ma dostępu do Internetu?

Czy w końcu też pomy­ślał ktoś o tym, że szkoły (czy­taj: głów­nie nauczy­ciele) nie są przy­go­to­wani do pro­wa­dze­nia zajęć przy uży­ciu kom­pu­tera? Pra­cuję w gim­na­zjum, w któ­rym na sta­nie są, o ile się nie mylę, ze trzy tablice inte­rak­tywne. Jeśli każda z nich jest użyta raz w tygo­dniu, to uwa­żam to za suk­ces. Po pierw­sze: nauczy­ciele wciąż nie­pew­nie czują się pra­cu­jąc na takim sprzę­cie, po dru­gie: jeśli dyrek­cja nie włą­czy w koszty pro­gra­mów do tych tablic na początku roku, to potem sobie możesz poma­rzyć, że taki pro­gram dosta­niesz. No, chyba, że ukrad­niesz w sieci. Sam więc fakt posia­da­nia przez ucznia kom­pu­tera prze­no­śnego nie­wiele zmieni w dydaktyce.

Gdzieś­tam czy­ta­łam tekst odno­śnie całej “net­bo­oko­wej” sprawy, że nauczy­ciele będą uczest­ni­czyli w szko­le­niach na temat nowych tech­no­lo­gii. Jestem obec­nie po serii szko­leń (40h) na tzw. “Nauczy­ciela e-szkoły”. Od ponad roku szkoły objęte tym pro­gra­mem cze­kają na obie­cany sprzęt. My, nauczy­ciele, zosta­li­śmy prze­szko­leni (za cięż­kie, unijne pie­nią­dze) z obsługi plat­formy “Fron­ter”, przy czym w trak­cie szko­leń wciąż nie było wia­domo, czy to aku­rat ten kon­kretny pro­gram wygra prze­targ i będzie uży­wany. Do tego nasz dostęp do tej plat­formy koń­czył się w stycz­niu, w związku z czym nawet ambitny nauczy­ciel miał pro­blem, by cokol­wiek zro­bić w niej z uczniami (zwłasz­cza, że szko­le­nia zaczęły się przed Bożym Naro­dze­niem — było więc mało czasu na wpro­wa­dze­nie w to choćby grupy uczniów. Następ­nie prze­rwa świą­teczna — więc nikt tam nie zaglą­dał — po czym koń­czył się semestr i ucznio­wie, deli­kat­nie mówiąc, mieli gdzieś fron­tera, bo sie­dzieli nad kni­gami i zali­czali braki). Tak wygląda szko­le­nie z “nowych tech­no­lo­gii” dla nauczy­cieli w nowo­cze­snej Pol­sce. Warto dodać, że jestem po kie­runku “Edu­ka­cja medialna i tech­no­lo­gie infor­ma­cyjne”, w związku z czym tech­no­lo­gie owe nie są dla mnie czymś nowym.

Po kolejne… W spo­rej czę­ści pol­skich domów jest już przy­naj­mniej jeden kom­pu­ter. Gdy robi­łam na początku roku szkol­nego ankiety wśród uczniów pierw­szych klas gim­na­zjum w któ­rym pra­cuję, tylko jedna osoba na 180 kom­pu­tera nie posia­dała. Wiem, że to może wyjąt­kowa sytu­acja, że są regiony, gdzie kom­pu­ter to dobro nie­do­stępne, ale nie zmie­nia to faktu, że sprzęt ten na stałe zago­ścił w naszych miesz­ka­niach i będzie już tylko lepiej (pod kątem dostępu do niego). Dla­czego więc mamy fun­do­wać kolej­nego rupie­cia dzie­ciom, które i tak już sporo czasu spę­dzają przed moni­to­rami lub tele­wi­zo­rami? Prze­cież jeśli potrze­bują, to star­sze rodzeń­stwo lub rodzice pozwolą sko­rzy­stać, by skrob­nąć zada­nie domowe. Czy pierw­szak naprawdę potrze­buje oso­bi­stego kom­pu­tera? Gdy dzien­ni­karz radiowy spy­tał dzie­ciaki co by robiły, gdyby dostały taki sprzęt wszy­scy jed­nym chó­rem odpo­wie­dzieli: “Będziemy grać w gry!”. Nie lepiej, żeby pograli w piłkę, poczy­tali książkę (nie e-booka) lub zapo­znali się z war­ca­bami? Kom­pu­te­ro­ma­nia i tak czeka nasze dzieci — po co je do tego dodat­kowo pchać? Nie mówiąc już o tym, że taki net­book nie jest naj­zdrow­szym roz­wią­za­niem dla postawy malca. Sami wiemy, jak my, doro­śli, czę­sto sie­dzimy przy kom­pu­te­rze. A to garb, a to pół­le­żąco, a to z lap­to­pem na kola­nach na łóżku czy fotelu. Jeśli takiego pierw­szaka nikt nie dopil­nuje, to sko­lioza czy inna kifoza w pakie­cie z lap­sem gratis.

No, ale dzie­ciar­nia prze­cież dosta­nie lap­to­piki, bo Mini­ster­stwo posta­no­wiło. I są prze­ko­nani, że wie­dzą, co robią. Powo­dze­nia, zatem!

Po co komu logopeda?

3

Posted by Zosia | Posted in Logopedycznie, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 21-03-2011

Tagi: , , , , , , ,

No wła­śnie — po co? Laikowi logo­peda koja­rzy się zazwy­czaj z jed­nym — z kobietą (tak, to nie pomyłka, mimo że w sze­re­gach tera­peu­tów mowy są męż­czyźni, więk­szość ankie­to­wa­nych w tej roli obsa­dza płeć żeńską) sie­dzącą w gabi­ne­cie z lustrem i demon­stru­jącą ćwicze­nia żuchwy oraz pra­wi­dłową wymowę kon­kret­nych gło­sek. Takie wyniki badań na temat wize­runku zawo­do­wego (czyli logo­pe­dzi o sobie samych) oraz spo­łecz­nego (czyli nie-logopedzi o logo­pe­dach) tera­peu­tów mowy prze­czy­ta­łam kilka dni temu w książce pod redak­cją M.Młynarskiej i T.Smereki “Logo­pe­dia. Teo­ria i prak­tyka”. Arty­kuł, w któ­rym ana­li­zo­wano owe bada­nia, był autor­stwa prof.Zbigniewa Tar­kow­skiego — auto­ry­tetu z dzie­dziny zabu­rzeń mowy, jed­nego z moich ulu­bio­nych wykła­dow­ców na logo­pe­dii. Zresztą sam prof.Tarkowski był bada­czem tego tematu, nie tylko interpretującym.

Wyniki badań z jed­nej strony zasko­czyły mnie, a z dru­giej… Z dru­giej, to chyba jed­nak pod­świa­do­mie czu­łam, że tak się logo­peda ludziom koja­rzy. Zbyt mało ludzi korzy­sta z usług tera­peu­tów mowy. Zbyt mało — wobec tego, jakie są realne potrzeby. Wynika to z wielu przy­czyn: finan­so­wych (tera­pia kosz­tuje, a na nfz ter­miny są takie, że szkoda gadać), cza­so­wych (jak już pisa­łam — tera­pia kosz­tuje… także poświę­ce­nie kon­kret­nej ilo­ści czasu w ciągu dnia), środo­wi­sko­wych (star­sza pani po wyle­wie, miesz­ka­jąca na wsi nie ma dostępu do logo­pedy, który pomógł by przy afa­zji) ale także z powodu nie­wie­dzy.
I nad tym ostat­nim się pochylę. Część ludzi w ogóle nie wie, że ktoś taki jak logo­peda ist­nieje. Część wie, ale nie powie (czym się ten ktoś zaj­muje), bo nie wie. Część wie z czym skleić logo­pedę — ale są to tylko wady wymowy, ewen­tu­al­nie zaję­cia dla przed­szko­la­ków “by ładnie mówiły”. Część (ci, któ­rzy mieli oka­zję korzy­stać z porząd­nej tera­pii) wie, ale się z tą wie­dzą nie obnosi, więc przy­ja­ciele kró­lika nadal żyją w niewiedzy.

Bo i skąd ludzie mają wie­dzieć z czym iść do logo­pedy? W szkole tego nie tłu­ma­czą. Lekarz albo skie­ruje, albo stwier­dzi, że sam pomoże w jakimś zabu­rze­niu. A żeby jakaś kam­pa­nia spo­łeczna pro­mu­jąca ten zawód się poja­wiła, to chyba tylko na cud liczyć można. A przy­da­łaby się. Jąkasz się? Idź do logo­pedy. On spoj­rzy na twoje zabu­rze­nie z per­spek­tywy wielu płasz­czyzn — spo­łecz­nej, psy­cho­lo­gicz­nej, lin­gwi­stycz­nej i bio­lo­gicz­nej. Jesteś nauczy­cie­lem i po prze­pra­co­wa­nym dniu męczy cię chrypka, tra­cisz głos lub boli cię gar­dło? Idź do logo­pedy. On pokaże ci ćwicze­nia emi­sji głosu i nauczy pra­wi­dłowo posłu­gi­wać się gło­sem. Bie­rzesz udział w kon­kur­sach recy­ta­tor­skich, czę­sto prze­ma­wiasz lub śpie­wasz publicz­nie? Masze­ruj do logo­pedy Pomoże ci wyćwi­czyć dyk­cję oraz ope­ro­wać odde­chem. Ktoś z two­ich bli­skich miał wylew i ma pro­blemy z komu­ni­ka­cją, pra­wi­dłową wymową lub zdia­gno­zo­wano mu afa­zję? Zapro­wadź go do logo­pedy. On zapla­nuje tera­pię mowy i myśle­nia, bo do tego jest przy­go­to­wany. Jesteś rodzi­cem nie­mow­laka? Idź do logo­pedy. Pokaże ci jak możesz wspie­rać roz­wój mowy i arty­ku­la­to­rów swo­jego malu­cha, dora­dzi sty­mu­lu­jące zabawy lub nauczy masażu twa­rzy. Twoje dziecko ma dys­lek­sję? Logo­peda potrafi się nim zająć…

Mogła­bym tak pisać i pisać. To zale­d­wie namiastka góry zabu­rzeń oraz sytu­acji, w któ­rych logo­peda jest nie tyle przy­datny, co wręcz konieczny. Oczy­wi­ście — zazwy­czaj dana osoba spe­cja­li­zuje się w jakiejś sfe­rze bądź kon­kret­nych kilku zabu­rze­niach, jed­nak ma (a przy­naj­mniej powinna mieć) ogólne poję­cie na temat więk­szo­ści przed­mio­tów badań logo­pe­dii. I nawet jeśli nie zaj­muje się czyn­nie danym pro­ble­mem, wie, do kogo cię skie­ro­wać po pomoc.

Jakby jed­nak na to nie spoj­rzeć, logo­peda to zawód wciąż mało znany wśród poten­cjal­nych klien­tów (lub pacjen­tów, jak kto woli). A nie­sa­mo­wi­cie pomocny. Nie ma ktoś środ­ków do wyko­rzy­sta­nia na prze­pro­wa­dze­nie spo­łecz­nej kam­pa­nii? Chęt­nie się udzielę.

To pisa­łam ja, wasza dzie­cio­wi­skowa blo­go­wiczka, która w tym roku koń­czy pody­plo­mówkę z logo­pe­dii i już roz­gląda się za pracą w nowym zawo­dzie. Można prze­sy­łać oferty :)

P.S. Poja­wiła się nowa kate­go­ria wpi­sów — “Logo­pe­dycz­nie”. Od tej pory część moich zre­ak­ty­wo­wa­nych wpi­sów będzie odno­siła się do zagad­nień wła­śnie z tej dzie­dziny. Oczy­wi­ście, w tema­cie oko­ło­dzie­cię­cym, bo to prze­cież blog o dzie­ciach :)

Reak­ty­wa­cja

0

Posted by Zosia | Posted in Bez związku | Posted on 02-03-2011

Tagi:

Kochani, wiem, że to wstyd. Tyle wejść dzien­nie, a ostatni wpis sprzed kilku mie­sięcy. Ale solen­nie obie­cuję, że do nie­dzieli wie­czo­rem pojawi się tu coś nowego i — mam nadzieję — będzie się poja­wiało regu­lar­nie. Tak więc o jesz­cze kilka dni cier­pli­wo­ści pro­szę :)

Pozdra­wiam ser­decz­nie i przed­wio­sen­nie :)

Do pra­cow­ni­ków działu mar­ke­tingu i innych spamerów

4

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 01-11-2010

Tagi: , , , , , , ,

Drogi Pra­cow­niku z działu marketingu!

Zanim napi­szesz do mnie maila z notką pra­sową lub prośbą o zamiesz­cze­nie arty­kułu rekla­mu­ją­cego: wodę-mineralną/krem-na-wypryski/mokre-chusteczki/Bóg-wie-jeden-co, zasta­nów się głę­boko: czy jest jakiś powód dla któ­rego chcia­ła­bym zro­bić to za darmo?

Jeśli: nie jesteś moim dobrym znajomym/najbliższą-rodziną lub osobą, u któ­rej się w jakiś spo­sób zadłu­ży­łam odpo­wiedź brzmi: NIE! Jeśli nie jesteś w sta­nie zaofe­ro­wać nawet zwy­kłego linka do mojego bloga, to ska­suj mój adres mailowy ze swo­jej listy, bo tra­cisz swój i mój czas.

Nie wiem, dla­czego utarło się, że jeśli ktoś pro­wa­dzi bloga, to wprost marzy o tym, by zamiesz­czać w nim arty­kuły rekla­mowe (przy­słane cza­sem w for­mie gotowca, a cza­sem jedy­nie w postaci wska­zó­wek dot. tek­stu) przez pro­du­centa jakie­goś (w wypadku mojego bloga) oko­ło­dzie­cio­wego spe­cy­fiku. Za każ­dym razem myślę naiw­nie — no pew­nie, czemu nie, jeśli ta, dajmy na to, woda-mineralna-specjalnego-przeznaczenia-dla-niemowląt jest rze­czy­wi­ście dobra, to dla­czego mia­ła­bym jej nie zre­cen­zo­wać? Piszę więc do działu mar­ke­tingu z zapy­ta­niem: co w zamian? Żądania nie są wygó­ro­wane. Zazwy­czaj ów pro­dukt do wypró­bo­wa­nia oraz/lub zalin­ko­wa­nie mojego bloga. W odpo­wie­dzi: CISZA.

Albo ja mam takiego pecha, że tra­fiam na samych bez­czeli, albo fak­tycz­nie środo­wi­sko mar­ke­tin­gow­ców jest tak naiwne, że sądzi, iż blo­ger z utę­sk­nie­niem całe dnie czeka na maila z pro­po­zy­cją arty­kułu. Tro­chę przy­zwo­ito­ści i kul­tury! Dla­czego mam to robić za darmo?

Jeśli pro­wa­dzę bloga, to zna­czy, że mam o czym pisać. Nie dla­tego, że ocze­kuję wspar­cia w postaci komer­cyj­nych gotow­ców. Jeśli masz coś do poka­za­nia i chcesz to zare­kla­mo­wać, to pro­szę bar­dzo. Ale nie licz, że będę Ci za to dzię­ko­wać. Zapro­po­nuj coś w zamian. Mi też zależy na pro­mo­cji. Czy link do cudzego bloga jako forma zapłaty to aż tak wiele?

Pomyśl o tym, zanim do mnie napi­szesz. Po co masz mar­no­wać czas?

Nie taki dia­beł straszny, jak go malują czyli o tre­ningu czy­sto­ści słów kilka

2

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 22-08-2010

Tagi: , , , , , , ,

Udało się! Dzie­cię odpie­lu­cho­wane. Mimo pew­nych nie­uza­sad­nio­nych i uza­sad­nio­nych obaw poszło gładko i szybko, co nadal napawa nas zara­zem szo­kiem i dumą :) Pie­lu­chy uży­wamy jesz­cze tylko w nocy, choć od kilku dobrych dni Miko­łaj budzi się już zazwy­czaj z suchą. Ale chcemy jesz­cze tro­chę poob­ser­wo­wać. I tak zaraz usły­szę, że jeśli pie­lu­cha jest uży­wana w nocy, to dziecko nie jest odpie­lu­cho­wane. Niech sobie każdy mówi, co chce — uwa­żam, że 99% pracy za nami, a ten 1% nocny, to już musi usta­wić sobie sam orga­nizm. Bo nie zamie­rzam budzić dziecka w nocy na siku, ani racjo­no­wać mu wie­czo­rem picia. Jak będzie gotów, to będzie widać. Wtedy poże­gnamy pie­lu­chę “nocną”.

A póki co, przed­sta­wię Wam, jak to prze­pro­wa­dzi­li­śmy. Nikogo, rzecz jasna, nie nama­wiam do sto­so­wa­nia naszych metod, ani nie gwa­ran­tuję suk­cesu, nawet jeśli ktoś z porady sko­rzy­sta. Każde dziecko jest inne, ina­czej się zacho­wuje, ina­czej i w innym momen­cie osiąga coś, co zowię “noc­ni­kową doj­rza­ło­ścią” i do każ­dego podejść trzeba indy­wi­du­al­nie. Ale może komuś się przyda.

Oto odpie­lu­cho­wa­nie Miko­łaja w kilku krokach:

  • przez pierw­sze dwa dni (zło­żyło się, że były to czwar­tek i pią­tek) Miko­łaj był przy­go­to­wy­wany — miał jesz­cze pie­lu­chę, ale sadza­li­śmy go na noc­niku bar­dzo czę­sto. Ponie­waż na początku był dość oporny w sia­da­niu, ucie­kli­śmy się do prze­kup­stwa — kupi­li­śmy ulu­bione żelki i za każdą próbę zro­bie­nia siku dosta­wał pochwałę i żelka. Przy­nio­sło to dość szyb­kie efekty.
  • dodat­kową moty­wa­cją były magne­siki — mia­łam takie “ade­kwatne” do noc­ni­ko­wa­nia, z jakiejś książki. Gdy sia­dał, ale nic nie zro­bił, dosta­wał magnes z pustym noc­ni­kiem, a za zała­twie­nie potrzeby były takie z uśmiech­nię­tym misiem na noc­niku. Przez pierw­sze dwa dni (gdy na tyłku była jesz­cze pie­lu­cha) były same puste noc­niki, ale to i tak już był suk­ces, że w ogóle siadał
  • w sobotę rano poje­cha­li­śmy do tesco, gdzie dziecko wybrało sobie nagrodę, na którą wymie­nić miało magne­siki z tablicy (jeśli uzbiera odpo­wied­nią ilość) i po powro­cie ze sklepu na dobre zdję­li­śmy pieluchę
  • pierw­szego dnia bez pie­lu­chy dużo trzeba było mu przy­po­mi­nać o sika­niu, zali­czył chyba trzy wpadki, ale udało się też zro­bić siku na noc­nik, co uzna­li­śmy za wielki suk­ces :) Żelki od tego dnia były już tylko za pełny nocnik
  • w nie­dzielę — drugi dzień bez pie­lu­chy — Miko­łaj zali­czył tylko jedną wpadkę. Pozo­stałe udało się zro­bić do noc­nika, zaczął nawet wołać, że chce. Tego dnia poje­cha­li­śmy rano na zakupy, więc pro­fi­lak­tycz­nie wło­ży­łam mu jesz­cze pie­lu­chę, ale nie zasi­kał jej wcale
  • czwar­tego dnia po odpie­lu­cho­wa­niu Michu poszedł na 6 godzin do klu­biku z całym wor­kiem ciu­chów na prze­bra­nie, ale nie zasi­kał ani jed­nych. Pięk­nie wołał, zarówno tam, jak i w domu.
  • czwar­tego dnia żelki wpro­wa­dzi­li­śmy tylko wie­czo­rem — dostał jed­nego “za cało­kształt”, ale magne­siki nadal za każdy pełny nocnik
  • po tygo­dniu Miko­łaj zamie­nił swoje magne­siki na nagrodę-zabawkę. Oba­wia­li­śmy się, czy mu nie spad­nie moty­wa­cja, jak otrzyma to, co chciał, ale oka­zało się, że nic takiego się nie stało
  • wie­czorny żelek “za cało­kształt” został wyco­fany w dniu, gdy Miko­łaj dostał zabawkę

W skró­cie tak to u nas wyglą­dało. Przez pierw­sze kilka dni nie umiał jesz­cze do końca oce­nić, czy chce mu się siku, czy kupę, więc na wszystko wołał “siku”, ale po jakichś 3 – 4 dniach zaczął wołać: “Situ!… Nie, tupę!… Nie! Situ i tupę!” :) Teraz już dosko­nale potrafi odczy­tać sygnały swo­jego organizmu.

Ponadto, na wyj­ścia poza dom, zabie­ram ze sobą w ple­caku nakładkę na sedes. Michu jesz­cze nie­zbyt pew­nie się czuje na dużej ubi­ka­cji, na nakładce nato­miast chęt­nie siada. A jest na tyle lekka, że nie jest to dla mnie pro­ble­mem, by ją ze sobą w miej­sca publiczne zabie­rać. Poza tym, w samo­cho­dzie wozimy noc­nik — spraw­dził się np. ostat­nio w tra­sie pod Poznań, gdy Miko­ła­jowi zachciało się siku zaraz po zjeź­dzie z eks­pre­sówki, a nigdzie w pobliżu nie było publicz­nej toa­lety :)

Dobrym star­tem na noc­nik oka­zało się rów­nież przy­go­to­wa­nie spe­cjal­nego miej­sca w łazience. Wyma­gało to tro­chę orga­ni­za­cji, ale udało się, mimo cia­snoty, wygo­spo­da­ro­wać “noc­ni­kowy kącik”. Nie jestem zwo­len­ni­kiem ucze­nia dziecka zała­twia­nia potrzeb przed tv tudzież w innych czę­ściach domu. Maluch powi­nien od początku wie­dzieć, że miej­scem do tego prze­zna­czo­nym jest łazienka. Posta­wi­li­śmy Miko­ła­jowi obok noc­nika koszyk wikli­nowy, w nim kilka ksią­że­czek (prze­gląda przy “dłuż­szym posie­dze­niu”) oraz jego oso­bi­sty papier toa­le­towy. Bar­dzo był z tego zadowolony.

Ładne majtki z boha­te­rem bajki, któ­rego dziecko aku­rat lubi, to też spraw­dzony pomysł. Miko­ła­jowi jakoś tak chyba głu­pio byłoby obsi­ki­wać uwiel­bia­nego Zyg­zaka MCQu­inna… ;)

Tyle z rela­cji o naszej akcji pie­lu­cho­wej. Od dwóch tygo­dni jeste­śmy wolni, Miko­łaj świet­nie sygna­li­zuje, nie­za­leż­nie od sytu­acji i miej­sca. No i o tym, że jeste­śmy dumni, wspo­mi­nać chyba już nie trzeba? :)

Nie żału­jemy, bynaj­mniej, że cze­ka­li­śmy do tego czasu (2 lata 8 mie­sięcy). Wcze­śniej było kilka prób, Miko­łaj nie­zbyt chętny do współ­pracy, więc posta­no­wi­li­śmy dać spo­kój. I widać, dobrze się stało. Udało się zupeł­nie bez stresu Micha i naszego, w bar­dzo szybki spo­sób (zała­pał w dwa dni), bez “łapa­nia siku” do noc­nika tylko po to, by go wytre­so­wać. Przy­dało się też na pewno to, że skoń­czy­li­śmy nasze waka­cyjne wyjazdy i sie­dzie­li­śmy w domu.

Moi Dro­dzy, nie stre­suj­cie się. Tre­ning czy­sto­ści da się prze­pro­wa­dzić na spo­koj­nie (nawet trzeba!) i z suk­ce­sem :) Opo­wie­ści, że dziecko w wieku 2,5 i star­sze nie nauczy się robić na noc­nik, bo jak ma się nauczyć, jeśli do tego czasu robiło w pie­lu­chę na sto­jąco (tak, takie opo­wie­ści krążą na baaar­dzo zna­nym forum o dzie­ciach) ja oso­bi­ście mogę oba­lić. U nas nie było z tym żadnego pro­blemu. I u Was też nie będzie, wystar­czy tylko zna­leźć metodę na swo­jego malu­cha. I wspo­ma­gać go w tym, chwa­lić, nie krzy­czeć, nie kry­ty­ko­wać, nie porów­ny­wać.

Powo­dze­nia!