Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 05-04-2011
Tagi: komputery dla pierwszaków, laptopy dla dzieci, laptopy dla pierwszoklasistów, ministerstwo infrastruktury, netbooki dla pierwszoklasistów, po co dziecku komputer, wady postawy a komputer

Poprzedniego poniedziałku rząd poczęstował nas informacją, że od nowego roku szkolnego każdy pierwszoklasista otrzyma laptop. Albo raczej — netbook. Po co? Ano po to (podobno), żeby się dzieciarnia rozwijała technologicznie, by “nadążała” za nowoczesnością (czytaj: Zachodem, a może nawet i USA!), by miała pomoc podczas odrabiania lekcji… i w ogóle, żeby było tak super, jak tylko super w szkole być może (zwłaszcza z nowym laptopem).
Pierwsza myśl, która mnie nawiedziła — po ki czort pierwszakom te komputry? Czy nie lepiej byłoby dofinansować stołówki, żeby taki wystraszony pierwszak, puszczony na głęboką wodę (bo jak ma pracujących rodziców, to poza lekcjami wiekuje w świetlicy do 17.00) miał w ciągu dnia porządny, ciepły posiłek? Ale nie, po co… Weźmie se laptopa na stołówkę, to może mu kto da łyżkę zupy, jak pozwoli “pograć” w nielegalnie ściągnięte gierki…
I tu dochodzimy do kolejnej złotej myśli. Laptop, jak to laptop — bez dostępu do Internetu niewiele jest wart. Nasuwają się więc pytania — czy w ramach “Laptopa dla pierwszaka” dostęp do sieci będzie “w pakiecie”, czy tu już portfel rodziców wchodzi w grę? Jeśli Internetu nie będzie, to po co taki komputer malcom? Żeby za 400 zł dać dzieciakom jakiś sensowny sprzęt, to trza się będzie mocno napocić. Nie mówiąc już o wyposażeniu tego w cokolwiek sensownego. Choćby w pakiet Office. Zaczną więc ściągać, bo skąd niby mają dostać?
No, ale w sumie, to i tak nie bardzo wyobrażam sobie sześciolatka pykającego prezentację w PowerPoint czy wypracowanie “Ala ma kota” w Wordzie. Choć niby powinien, w końcu dostanie laptopa! Nikt nie bierze pod uwagę tego, że ten sprzęt będzie służył malcom jako kolejna zabawka. I tyle! A Internet? Jeśli nawet będzie darmowy (co nadal nie jest jasne), to będzie służył nie jako źródło informacji, ale jako źródło rozrywki oraz nielegalnego ściągania wszelkich gierek czy programów, bo coś w tego “łysego” lapsa trzeba będzie włożyć.
Kolejne pytanie — ile z tych laptopów pod koniec roku szkolnego nadal będzie w rękach prawowitych właścicieli? Ile będzie sytuacji, że pierwszaka okradną starsi koledzy? A ile takich, kiedy starsze rodzeństwo zawładnie sprzętem, bo im bardziej jest potrzebny, a w domu bieda i nie ma? Ile w końcu razy będziemy mogli policytować na Allegro netbooka wystawionego przez rodziców pierwszaka, bo na chleb zabrakło? Albo też ile będzie takich lapsów sprzedanych za wódkę w rodzinach, gdzie zarobków nie ma, za to są nałogi i pusto w portfelu?
Czy myśli też ktoś o tym, że to kolejne kilkaset gramów (minimum) dorzuconych do i tak przepełnionego uczniowskiego plecaczka?
Czy ktoś pomyślał o tym, że może lepiej byłoby dofinansować szkolne pracownie komputerowe, bo nadal w wielu miejscach sprzęt jest gorzej niż nieużywalny lub nie ma dostępu do Internetu?
Czy w końcu też pomyślał ktoś o tym, że szkoły (czytaj: głównie nauczyciele) nie są przygotowani do prowadzenia zajęć przy użyciu komputera? Pracuję w gimnazjum, w którym na stanie są, o ile się nie mylę, ze trzy tablice interaktywne. Jeśli każda z nich jest użyta raz w tygodniu, to uważam to za sukces. Po pierwsze: nauczyciele wciąż niepewnie czują się pracując na takim sprzęcie, po drugie: jeśli dyrekcja nie włączy w koszty programów do tych tablic na początku roku, to potem sobie możesz pomarzyć, że taki program dostaniesz. No, chyba, że ukradniesz w sieci. Sam więc fakt posiadania przez ucznia komputera przenośnego niewiele zmieni w dydaktyce.
Gdzieśtam czytałam tekst odnośnie całej “netbookowej” sprawy, że nauczyciele będą uczestniczyli w szkoleniach na temat nowych technologii. Jestem obecnie po serii szkoleń (40h) na tzw. “Nauczyciela e-szkoły”. Od ponad roku szkoły objęte tym programem czekają na obiecany sprzęt. My, nauczyciele, zostaliśmy przeszkoleni (za ciężkie, unijne pieniądze) z obsługi platformy “Fronter”, przy czym w trakcie szkoleń wciąż nie było wiadomo, czy to akurat ten konkretny program wygra przetarg i będzie używany. Do tego nasz dostęp do tej platformy kończył się w styczniu, w związku z czym nawet ambitny nauczyciel miał problem, by cokolwiek zrobić w niej z uczniami (zwłaszcza, że szkolenia zaczęły się przed Bożym Narodzeniem — było więc mało czasu na wprowadzenie w to choćby grupy uczniów. Następnie przerwa świąteczna — więc nikt tam nie zaglądał — po czym kończył się semestr i uczniowie, delikatnie mówiąc, mieli gdzieś frontera, bo siedzieli nad knigami i zaliczali braki). Tak wygląda szkolenie z “nowych technologii” dla nauczycieli w nowoczesnej Polsce. Warto dodać, że jestem po kierunku “Edukacja medialna i technologie informacyjne”, w związku z czym technologie owe nie są dla mnie czymś nowym.
Po kolejne… W sporej części polskich domów jest już przynajmniej jeden komputer. Gdy robiłam na początku roku szkolnego ankiety wśród uczniów pierwszych klas gimnazjum w którym pracuję, tylko jedna osoba na 180 komputera nie posiadała. Wiem, że to może wyjątkowa sytuacja, że są regiony, gdzie komputer to dobro niedostępne, ale nie zmienia to faktu, że sprzęt ten na stałe zagościł w naszych mieszkaniach i będzie już tylko lepiej (pod kątem dostępu do niego). Dlaczego więc mamy fundować kolejnego rupiecia dzieciom, które i tak już sporo czasu spędzają przed monitorami lub telewizorami? Przecież jeśli potrzebują, to starsze rodzeństwo lub rodzice pozwolą skorzystać, by skrobnąć zadanie domowe. Czy pierwszak naprawdę potrzebuje osobistego komputera? Gdy dziennikarz radiowy spytał dzieciaki co by robiły, gdyby dostały taki sprzęt wszyscy jednym chórem odpowiedzieli: “Będziemy grać w gry!”. Nie lepiej, żeby pograli w piłkę, poczytali książkę (nie e-booka) lub zapoznali się z warcabami? Komputeromania i tak czeka nasze dzieci — po co je do tego dodatkowo pchać? Nie mówiąc już o tym, że taki netbook nie jest najzdrowszym rozwiązaniem dla postawy malca. Sami wiemy, jak my, dorośli, często siedzimy przy komputerze. A to garb, a to półleżąco, a to z laptopem na kolanach na łóżku czy fotelu. Jeśli takiego pierwszaka nikt nie dopilnuje, to skolioza czy inna kifoza w pakiecie z lapsem gratis.
No, ale dzieciarnia przecież dostanie laptopiki, bo Ministerstwo postanowiło. I są przekonani, że wiedzą, co robią. Powodzenia, zatem!
