Nowe zna­czy gorsze?

2

Posted by Zosia | Posted in Mały inteligent, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 29-03-2010

Tagi: , , , , , , , , ,

W ciągu ostat­niego tygo­dnia chyba ze cztery razy spo­tka­łam się z opi­nią, że “bajki naszego dzie­ciń­stwa” (czy­taj: naszego czyli osób w oko­li­cach trzy­dziestki i wię­cej), to dopiero były bajki! Takie dobre, bez prze­mocy, takie sym­pa­tyczne… Do tego miej­sca jestem w sta­nie się zgo­dzić. Ale gdy po każ­dym z tych tek­stów usły­sza­łam: “Nie to, co dzi­siaj. Dzi­siaj już się nie robi takich bajek. Współ­cze­sne bajki ogłu­piają, fał­szują świat, są naszpi­ko­wane prze­mocą…” itd. pomy­śla­łam: NIE! To nie­prawda! Ale po kolei.

Rek­sio, Bolek i Lolek, Kre­cik, Żwirek i Mucho­mo­rek, Jacek i Agatka i tym podobni boha­te­ro­wie z pew­no­ścią mają wiele wspa­nia­łych cech. Nie można im odmó­wić cie­ka­wego sce­na­riu­sza, peł­nego życio­wych pro­ble­mów, miłych powierz­chow­no­ści i walo­rów edu­ka­cyj­nych. Mamy do nich tym więk­szy sen­ty­ment, że sami je oglą­da­li­śmy jako dzieci, a jasne jest, że to, co koja­rzy nam się pozy­tyw­nie z okre­sem dzie­ciń­stwa, uwa­żamy za coś szcze­gól­nego i naj­lep­szego. Ale warto też spoj­rzeć tro­chę kry­tycz­nie na owe pro­duk­cje. Ani to spe­cjal­nie piękne gra­ficz­nie nie było, ani szcze­gól­nie kolo­rowe… No, ale ok, i tak oglą­da­li­śmy. Koniec koń­ców, nic innego wów­czas nasza tele­wi­zja nie nada­wała. Bajki z Zachodu czy Sta­nów były rzad­ko­ścią, a na nich rażąco było widać, jak bar­dzo nasze pro­duk­cje odstają pod wie­loma wzglę­dami. Taki Kaczor Donald choćby. Albo Sco­oby­Doo, który, jak wyczy­ta­łam ostat­nio, został ani­mo­wany już pod koniec lat 60-tych, w naprawdę dobrej jako­ści gra­ficz­nej (co zresztą można zoba­czyć, bo o ile się nie mylę, to te star­sze odcinki emi­tuje w sobot­nie poranki Pol­sat). Do takiego poziomu gra­fiki “nasze” (w sen­sie pol­skie i z pobli­skich państw) bajki zaczęły docho­dzić grube kil­ka­dzie­siąt lat później.

Co więc takiego miały “bajki naszego dzie­ciń­stwa”, co czy­ni­łoby je tak wyjąt­ko­wymi? Czym wyróż­niają się na tle współ­cze­snych ani­ma­cji, że zda­rza się usły­szeć, że były takie fan­ta­styczne, a teraz to sam chłam i prze­moc? Otóż, moi dro­dzy, te bajki nie miały w sobie nic szcze­gól­nego. Mam wra­że­nie, że tylko nasz sen­ty­ment daje im tak wyso­kie miej­sce w ran­kin­gach bajek. Nie twier­dzę, że każdą z nich można zastą­pić, ale więk­szość tema­tów prze­ra­bia­nych w tych ani­ma­cjach jest obecna w nowych wytwo­rach, które z pew­no­ścią wyglą­dają o wiele cie­ka­wiej i lepiej (przy­naj­mniej w więk­szo­ści, bo, jak wia­domo, wszę­dzie może zda­rzyć się wyją­tek).
Nie­które z daw­nych ani­ma­cji są na nowo emi­to­wane, doda­wane do gazet, pako­wane w pakiety i wysta­wiane na pół­kach w empi­kach, prze­ra­biane na gry itd. Broń Boże, nie kry­ty­kuję tu żadnego Rek­sia, czy Kre­cika. Sama bar­dzo lubi­łam te bajki. Chcę tylko uzmy­sło­wić czę­ści z nas (wła­śnie tej, która tak cią­gle krzy­czy, że teraz takich dobrych bajek już nie ma!), że się myli. Że dobre bajki są reali­zo­wane. Że na ich korzyść działa nie tylko łatwiej­szy do nich dostęp (kablówka, dvd, Inter­net), ale też kolo­ry­styka, o wiele więk­szy wybór cie­ka­wych boha­te­rów, a przede wszyst­kim bar­dziej aktu­alna pro­ble­ma­tyka. Pew­nie, “bajki naszego dzie­ciń­stwa” są nadal jak naj­bar­dziej “na cza­sie”, jeśli idzie o tema­tykę, ale współ­cze­sne bajki czę­sto odno­szą się do współ­cze­snych spraw. Nie oszu­kujmy się, przez trzy­dzie­ści lat wiele się zmie­niło. Kie­dyś Rek­sio mógł tylko marzyć o budce tele­fo­nicz­nej w pobliżu swo­jej budy, dziś Super­cy­fry korzy­stają z komórki… Zmie­nia się nasz świat, zmie­niają się przed­mioty codzien­nego użytku, w naszych domach poja­wiają się nowe tech­no­lo­gie, za któ­rymi nasze dziecko będzie chciało/musiało nadą­żyć, żeby w przy­szło­ści uła­twić sobie życie. Spora część współ­cze­snych ani­ma­cji poru­sza wiele aktu­al­nych pro­ble­mów. Są w nich zarówno różne war­to­ści moralne, jak i całe mnó­stwo walo­rów edu­ka­cyj­nych. I tak, jak w “baj­kach naszego dzie­ciń­stwa”, nie ma w nich prze­mocy.

Dla­tego, jeśli Wasze dziecko chce obej­rzeć bajkę, to nie bie­gnij­cie od razu do sklepu po kolejną część Rek­sia, ale pozwól­cie mu obej­rzeć coś nowego :) Oczy­wi­ście, nic nie zwal­nia nas z obo­wiązku przyj­rze­nia się każ­dej ani­ma­cji, bo a nuż zda­rzy się jakaś czarna owca w rodzi­nie? Ale pro­szę Was, nie daj­cie sobie wmó­wić, że teraz nie ma dobrych bajek. Bo są.

Podam Wam kilka przy­kła­dów róż­nych ani­ma­cji, które niosą za sobą wiele walo­rów edu­ka­cyj­nych, a zara­zem są atrak­cyjne gra­ficz­nie, mają cie­kawy sce­na­riusz i bar­dzo miłych boha­te­rów. Są one z pew­no­ścią znane spo­rej czę­ści dzieci i rodzi­ców. Nie­stety (albo stety), więk­szość z nich pocho­dzi z ramówki CBe­ebies albo Mini-Mini. Nie jest to żadna reklama, po pro­stu moje dziecko, jeśli ogląda jakieś bajki, to wła­śnie na któ­rymś z tych kana­łów, z wybitną prze­wagą tego pierw­szego. Jestem więc w nich, mniej-więcej, na bieżąco.

Oto moje propozycje:

  • Bra­cia Koala
  • Tele­tu­bi­sie
  • Dobra­nocny ogród
  • Super­cy­fry
  • Księ­ży­cowy Jim
  • Humf
  • Niedź­wiedź w dużym nie­bie­skim domu
  • Nosal i Skrob
  • Pinky Dinky Do
  • Czer­wony traktorek
  • Char­lie i Lola
  • Duży i mały

Tyle mi przy­szło do głowy, ot, tak. Gdyby poszpe­rać, z pew­no­ścią zna­la­złoby się wię­cej. No i poza tym są to same krót­kie metraże. Bo bajek peł­no­me­tra­żo­wych nie wyli­czam, choć jest ich także sporo i rów­nie dobrych.

Wymie­nione bajki widzia­łam oso­bi­ście i bez stresu mogę każdą z nich poka­zać mojemu dwu­let­niemu dziecku.

Myślę, że odda­łam spra­wie­dli­wość baj­kom powsta­łym w ciągu ostat­niego dzie­się­cio­le­cia :) Nie obra­ża­jąc Rek­sia i reszty ferajny, nie znie­chę­ca­jąc bynaj­mniej do powra­ca­nia od czasu do czasu do “bajek naszego dzie­ciń­stwa”, zachę­cam rów­nież do obej­rze­nia nie­kiedy bajek “now­szej gene­ra­cji”, bo one naprawdę mogą wnieść dużo uroz­ma­ice­nia :)

Pozdra­wiam Was wszyst­kich ser­decz­nie i życzę spo­koj­nych przy­go­to­wań świą­tecz­nych :)

Na koniec dla przy­po­mnie­nia Reksio:

oraz pio­senka począt­kowa z Braci Koala:

Źródło, jak widać: YouTube.

Dzię­cięca histe­ria — co robić?

16

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 19-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Myślę, że temat zawsze na cza­sie. Pisa­łam już o tym, co prawda, w komen­ta­rzu do arty­kułu “Co z tym bun­tem?”, ale przy­pusz­czam, że nie każdy do niego dociera. A z tego, co wyświe­tla mi od czasu do czasu google ana­ly­tics wnio­skuję, że temat taki wymaga odręb­nego wpisu. Tak więc, do dzieła.

Dzie­cię nasze — obec­nie 2 lata i 3 mie­siące — momen­tów dzie­cię­cej histe­rii miało (i pew­nie mieć będzie) cał­kiem sporo. Początki były nie­zwy­kle trudne — zarówno dla nas, jak i dla Miko­łaja, bo nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, jak sobie pora­dzić. Co prawda w miej­scach publicz­nych takie sceny raczej nie miały miej­sca (naj­czę­ściej w domu, tudzież na klatce scho­do­wej), ale nie zmie­nia to faktu, że pro­blem się poja­wił i trzeba było nauczyć się odpo­wied­niego postę­po­wa­nia.

Oto kilka porad, które sami otrzy­ma­li­śmy lub wypra­co­wa­li­śmy w związku z róż­nego typu histe­rycz­nymi oraz agre­syw­nymi zacho­wa­niami dziecka, i które, warto dodać, przy­nio­sły u nas zamie­rzony sku­tek. Zastrze­gam wszakże, iż nie jest to recepta na wszyst­kie nega­tywne zacho­wa­nia waszych malu­chów i może się zda­rzyć, że dana metoda nie podziała na jakieś dziecko.

  • Po pierw­sze aniel­ska cier­pli­wość. Wiem, że łatwo jest mówić, nato­miast w sytu­acji, gdy dziecko zaczyna cię tłuc, gryźć, lub rzuca się na zie­mię, cier­pli­wość to ostat­nia rzecz, która może przyjść do głowy. Nie ma się co dzi­wić — nie­kiedy roz­hi­ste­ry­zo­wane dziecko potrafi wypro­wa­dzić z rów­no­wagi nawet naj­bar­dziej zrów­no­wa­żo­nego rodzica. Sama nie raz i nie dwa w takiej sytu­acji mia­łam ochotę zro­bić parę rze­czy zupeł­nie nie­do­pusz­czal­nych ;) Ale jakby na to nie spoj­rzeć — ktoś musi być opa­no­wany. Nie ma co liczyć, że będzie to twoje dziecko. Przy­gryź wargi, policz do dzie­się­ciu, oddy­chaj głę­boko — zrób cokol­wiek, by nie dać się spro­wo­ko­wać, bo takiej reak­cji dziecko pod­świa­do­mie ocze­kuje — że swoim zacho­wa­niem przy­cią­gnie twoją uwagę. Im bar­dziej będziesz reago­wać, tym więk­szą masz szansę, że histe­rie będą się powtarzać.
  • Jeśli dziecko rzuca się na ziemię/podłogę, zaczyna kopać, tłuc rękami, posta­raj się je przy­trzy­mać. W domo­wych warun­kach naj­le­piej prze­nieść malu­cha na dywan czy łóżko, by nie zro­biło sobie krzywdy i żebyś jed­no­cze­śnie mógł/mogła je unie­ru­cho­mić — przy­trzy­maj ręce i nogi, jeśli zaczyna tłuc głową, rów­nież ją posta­raj się zabez­pie­czyć. Wydaje się to cał­kiem pro­ste w odnie­sie­niu do małego — pół­to­ra­rocz­nego czy dwu­let­niego — dziecka, ale może­cie zdzi­wić się, ile taki szkrab w chwili histe­rii ma siły. Wtedy dosko­na­łym roz­wią­za­niem oka­zuje się koc. Po pro­stu zawiń malu­cha w koc na tyle cia­sno, by nie miał moż­li­wo­ści się wydo­stać, a zara­zem na tyle swo­bod­nie, by nie stała mu się krzywda. Dziecko z pew­no­ścią w pierw­szym momen­cie zare­aguje jesz­cze więk­szym krzy­kiem, ale spró­buj to prze­trwać. Jeśli nie chcesz (lub nie możesz) użyć koca i jed­no­cze­śnie jesteś na tyle silny/a, by przy­trzy­mać roz­krzy­cza­nego malu­cha, usiądź po turecku, a dziecko usadź sobie na kola­nach — ple­cami do cie­bie. Przy­trzy­maj mu ręce i nogi — by nie kop­nęło cię lub nie ude­rzyło. Posta­raj się, by głowa malu­cha zna­la­zła się na wyso­ko­ści two­jej klatki pier­sio­wej. Jeśli dziecko jest wyż­sze, lub jeśli usa­dzisz je zbyt wysoko na swo­ich kola­nach tak, że jego głowa będzie na wyso­ko­ści two­jej twa­rzy, musisz liczyć się z tym, że możesz mieć roz­ciętą wargę, wybity ząb lub roz­cięty łuk brwiowy. Brzmi nie­wia­ry­god­nie? Jest jak naj­bar­dziej moż­liwe. Roz­hi­ste­ry­zo­wane dziecko czę­sto wygina się do tyłu i zarzuca głowę. Jeśli w takim momen­cie nie przy­trzy­masz mu jej, a twoja twarz znaj­dzie się na linii tego wygię­cia, masz spore szanse zostać znokautowany/a.
  • Jeśli dziecko cię gry­zie, posta­raj się nie wyry­wać mu ręki/nogi/innej gry­zio­nej czę­ści ciała, ale przy­ci­śnij jego głowę do tego miej­sca. Taki ucisk będzie, po pierw­sze, pew­nym szo­kiem dla malu­cha, po dru­gie spo­wo­duje, że buzia samo­ist­nie się otwo­rzy, a zęby pusz­czą. Można powie­dzieć w tym momen­cie, że nie wolno gryźć. Ten gest nie boli dziecka, nie można jed­nakże okre­ślić go mia­nem szcze­gól­nie przy­jem­nego, więc powi­nien przy­nieść ocze­ki­wany sku­tek. Może­cie mi wie­rzyć, że metoda ta wspa­niale wyga­siła gry­zie­nie nas przez Miko­łaja. Po kilku takich pró­bach synek nauczył się, że gry­zie­nie mamy i taty to nic przyjemnego.
  • Gdy twoje dziecko zaczyna cię szczy­pać, spró­buj zacho­wać się podob­nie, jak w przy­padku gry­zie­nia — przy­ci­śnij mocno rękę dziecka wów­czas, gdy stara się na tobie wyła­do­wać. Kilka takich prób i w więk­szo­ści przy­pad­ków pozbę­dzie­cie się pro­blemu małej szczy­pa­wicy :)
  • Jeśli maluch chce cię ude­rzyć, posta­raj się mu to unie­moż­li­wić — po pro­stu przy­trzy­maj w locie jego rękę i powiedz sta­now­czo, że nie wolno bić. Zdaję sobie sprawę, że nie­kiedy dziecko “ude­rza z zasko­cze­nia”, ale jeśli rodzic wie, że może się podob­nej reak­cji spo­dzie­wać po swoim malu­chu, to raczej trudno go zasko­czyć. Gdy twoje dziecko w taki wła­śnie spo­sób reaguje np. na zakazy, to w momen­cie, gdy mu cze­goś zabra­niasz wiesz już, co cię może za chwilę spo­tkać. Masz więc szansę się przy­go­to­wać. Na całą serię prób bicia mnie przez moje dziecko mogła­bym poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki te sytu­acje, gdy udało mu się ude­rzyć. Wy też dacie radę — tylko bądź­cie bar­dziej uważni :)
  • Dziecko ude­rza swoją głową w podłoże/ścianę/meble. I tak się może zda­rzyć. Mojemu synowi, w ubie­głe lato, przez dobry mie­siąc nie scho­dził guz z czoła. Każda sytu­acja, gdy cze­goś mu zabra­nia­li­śmy, koń­czyła się tłu­cze­niem głową. Psy­cho­log pora­dziła nam, że naj­le­piej jest powstrzy­mać malu­cha przed ude­rze­niem się — to raczej oczy­wi­ste i czę­sto rze­czy­wi­ście da się to zro­bić. Nato­miast, jeśli nie uda się zare­ago­wać na czas, to w pierw­szej kolej­no­ści należy przy­tu­lić malu­cha. Małe dziecko w takiej sytu­acji sku­pia się od razu na tym, że boli je głowa, zapo­mi­na­jąc już o przy­czy­nie tego bólu. I rze­czy­wi­ście, jak naj­częst­sze powstrzy­my­wa­nie Miko­łaja bądź uni­ka­nie sytu­acji pobu­dza­ją­cej go do tłu­cze­nia głową pomo­gło nam pozbyć się przy­czyny guzów na czole. Dodać jesz­cze warto, że im star­sze dziecko, tym spryt­niej­sze potrafi być w takim zacho­wa­niu. Zda­rza się bowiem, gdy tłu­cze­nie głową przy­nosi zamie­rzony sku­tek, że dziecko zaczyna kon­tro­lo­wać swoją reak­cję w nie­zbyt pożą­dany spo­sób — ude­rza głową np. w takie miej­sca, by zro­bić wiele hałasu, ale żeby jed­no­cze­śnie nie­zbyt mocno bolało. Dziecko to mały kom­bi­na­tor :) Nie daj­cie się prze­chy­trzyć ;)
  • Gdy dziecko zaczyna histe­ry­zo­wać tylko poprzez płacz lub krzyk, spró­buj­cie zigno­ro­wać jego zacho­wa­nie. Nie mów­cie nic, nie patrz­cie na dziecko, zaj­mij­cie się czymś naj­le­piej. Brak ocze­ki­wa­nej reak­cji po kilku pró­bach prze­kona dziecko, że takie zacho­wa­nie jest mało skuteczne.

Zdaję sobie sprawę, że nie­które z tych metod mogą oka­zać Wam się bru­talne. Spo­koj­nie, nie pod­po­wia­dam Wam, jak się znę­cać nad dziec­kiem. :) Ani przy­trzy­ma­nie w kocu, ani przy­ci­śnię­cie twa­rzy pod­czas gry­zie­nia, ani żadna inna opi­sana metoda nie boli malu­cha, ani nie jest dla niego nie­bez­pieczna. Co wię­cej — nie­które z nich mogą uchro­nić waszą pocie­chę przed zro­bie­niem sobie krzywdy, o unik­nię­ciu siń­ców na two­ich rękach nie wspo­mi­na­jąc. Nie­stety, dziecko, wpa­da­jąc w histe­rię, jest tak sku­pione na tym, co robi, że nie dzia­łają próby słow­nych nego­cja­cji. Jedyną sen­sowną metodą wydaje się zadzia­ła­nie fizyczne — przez przy­trzy­ma­nie, unie­ru­cho­mie­nie, przy­ci­śnię­cie. Daje to malu­chowi sygnał, że to, co robi, nie dość, że nie przy­nie­sie mu korzy­ści, to jesz­cze może być dla niego nie­przy­jemne. Tak, wiem, zaraz posy­pie się grad komen­ta­rzy, że to prze­moc zwy­czajna, że dziecku trzeba tłu­ma­czyć. Ale, kochani, posta­raj­cie się wytłu­ma­czyć 15 mie­sięcz­nemu dziecku, że nie wolno gryźć mamy, bo to boli. Życzę powo­dze­nia :) Nato­miast zamiast metody oko za oko (którą nie­któ­rzy pró­bują sto­so­wać w takich sytu­acjach i, rzecz jasna, nie­sku­tecz­nie) można wła­śnie przy­trzy­mać czy przy­ci­snąć. Dziecku nie dzieje się krzywda, a dostaje jasny sygnał, że nie tędy droga.

Cóż, tyle na razie przy­cho­dzi mi do głowy, jeśli cho­dzi o małych histe­ry­ków. Pamię­taj­cie, że takie histe­rie są sto­sun­kowo czę­stą formą wyra­ża­nia emo­cji przez dzieci. Na pew­nym eta­pie maluch nie potrafi jesz­cze ich wyar­ty­ku­ło­wać, wielu rze­czy nie rozu­mie, ota­cza­jący go świat lub nad­miar bodź­ców może go nega­tyw­nie pobu­dzić. Naszym zada­niem jest poka­zać mu, że droga takiej histe­rycz­nej agre­sji nie pro­wa­dzi do sukcesu.

Na koniec jesz­cze dodam, że dobrze jest też po pro­stu uni­kać sytu­acji, które mogą wywo­łać histe­rię u dziecka. Warto poob­ser­wo­wać, kiedy nasze dziecko wpada w szał. Być może, gdy jest szcze­gól­nie zmę­czone, gdy przy­tła­cza go duża ilość bodź­ców, gdy mama zabroni mu cze­goś uży­wa­jąc jakichś kon­kret­nych słów. Cza­sem histe­ria wydaje się być o nic — ale zawsze ma jakiś powód. Nie­kiedy wydaje się on rodzi­cowi błahy, ale np. wyrę­cze­nie dziecka w zdję­ciu mu z głowy czapki może oka­zać się iskrą wybu­chową u dwu­latka sta­ra­ją­cego się wyka­zać swoją odręb­ność i samo­dziel­ność. Nie­któ­rych sytu­acji da się unik­nąć, innych nie. Ale jeśli musi­cie zro­bić coś, co wie­cie, że może skut­ko­wać ata­kiem szału waszej pocie­chy, jeste­ście w sta­nie przy­naj­mniej psy­chicz­nie przy­go­to­wać się na to, co będzie się za chwilę działo.

Kochani, tak naprawdę histe­rie nie miną nigdy :) Co naj­wy­żej będą ewo­lu­ować ich formy. Dwu­la­tek cię ugry­zie, czte­ro­la­tek rzuci się na pod­łogę, sied­mio­la­tek powie ci, że jesteś głupi/a, jede­na­sto­la­tek trza­śnie drzwiami, czter­na­sto­la­tek uciek­nie z domu na godzinę lub na całą noc, a szes­na­sto­la­tek prze­sta­nie się do cie­bie odzy­wać… Nie jest lekko :) Ale i tak, przy­znaj­cie, rodzi­ciel­stwo dostar­cza nam tylu rado­ści, że o przy­krych i trud­nych spra­wach szybko daje się zapo­mnieć :)

Piękna mama

1

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 12-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

W nawią­za­niu do poprzed­niego wpisu chcia­ła­bym Wam, dro­gie Mamy (i Nie-Mamy rów­nież), coś pole­cić. Otóż, nama­wiać Was będę namięt­nie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką. Dla­czego? Posta­ram się wyja­śnić w kilku słowach.

Myślę, że więk­szość z nas, jeśli nie codzien­nie, to przy­naj­mniej od wiel­kiego dzwonu (czy­taj w nie­dzielę i święta) pró­buje nało­żyć sobie maki­jaż. Każda z nas chce prze­cież dobrze się pre­zen­to­wać. Tak, wiem, znam tę gadkę, że kobieta bez maki­jażu wygląda rów­nie pięk­nie, co natu­ral­nie itd. Ale bądźmy szczere — naprawdę nie­wiele z nas może pochwa­lić się ide­alną, piękną cerą. Poza tym nie cho­dzi mi tu o maki­jaż, który ma bić po oczach, ale o coś, co pasuje indy­wi­du­al­nie do każ­dej z nas. Do tego potrzebna jesteś Ty, Droga Mamo lub Nie-Mamo, oraz wła­śnie makijażystka.

Kilka tygo­dni temu zosta­łam zapro­szona na indy­wi­du­alne spo­tka­nie przez zaprzy­jaź­nioną maki­ja­żystkę i cha­rak­te­ry­za­torkę — Romę. Spo­tka­nie trwało około dwóch godzin i było dla mnie odkry­wa­niem nowego lądu. Ha, pew­nie, że się wcze­śniej malo­wa­łam. Ale oka­zało się, że połowa z moich kosme­ty­ków została źle (przeze mnie, rzecz jasna) dobrana kolo­ry­stycz­nie, o jako­ści już nie wspo­mi­na­jąc. Ale nie to było dla mnie naj­waż­niej­sze. Roma wytłu­ma­czyła mi (i roz­ry­so­wała) krok po kroku jak, co i czym malo­wać. W jaki spo­sób nakła­dać dany cień, jak nakła­dać pod­kład, w jaki spo­sób zro­bić kre­skę eyeli­ne­rem… To brzmi tak banal­nie… Wyda­wało mi się do tej pory, że prze­cież wszystko to robi­łam dobrze, w końcu jakoś strasz­nie nie wyglą­da­łam po zro­bie­niu sobie maki­jażu. I owszem, ale po tym spo­tka­niu moje umie­jęt­no­ści wzro­sły o wiele, wiele bar­dziej. Roma pomo­gła mi dobrać kolo­ry­stykę, wytłu­ma­czyła jaki maki­jaż na jaką porę dnia, pole­ciła kilka spraw­dzo­nych firm pro­du­ku­ją­cych kosme­tyki, sprze­dała kilka tri­ków i wyja­śniła co eks­po­no­wać, a co tuszo­wać (i w jaki sposób)…

Pole­cam Wam takie spo­tka­nie całym ser­cem. Jeśli jeste­ście z Wro­cła­wia, tudzież oko­lic, to, rzecz jasna, bez owi­ja­nia w bawełnę, radzę Wam skon­tak­to­wać się wła­śnie z Romą. Link do jej strony inter­ne­to­wej od dawna już wisi w zakładce “Zaj­rzyj koniecz­nie”, ale wrzu­cam go też tutaj: Maki­jaż od kuchni. Jeśli miesz­ka­cie dalej, to poszu­kaj­cie sobie w oko­licy kogoś podob­nego, bo to, co może­cie zyskać warte jest zain­we­sto­wa­nia kil­ku­dzie­się­ciu zło­tych. Nie cho­dzi mi tylko o zauro­czone spoj­rze­nia męża (tudzież innych męż­czyzn ;) ), ale przede wszyst­kim o Wasze wła­sne samo­po­czu­cie. Jeśli jesz­cze się sobie nie spodo­ba­ły­ście, to macie na to realną szansę — naucz­cie się pra­wi­dłowo robić maki­jaż. To nic wiel­kiego, a z sza­rej myszki może­cie wycza­ro­wać praw­dziwą kró­lową :) I to swo­imi wła­snymi rękoma!

Jeśli lubi­cie się malo­wać, zaczy­na­cie swoją przy­godę z maki­ja­żem, tudzież chcia­ły­by­ście coś zmie­nić w swoim wyglą­dzie, jesz­cze raz powta­rzam: Idź­cie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką. Powiem wię­cej: jeśli potrze­bu­je­cie zro­bić coś dla sie­bie, jeśli jeste­ście zmę­czone codzien­no­ścią, znu­dzone, znu­żone, przy­ga­szone, jeśli potrze­bu­je­cie wyjść z domu, zmie­nić choć na chwilę środo­wi­sko z dzie­cię­cego na bab­skie, to: Idź­cie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką!!! Wró­ci­cie wypo­częte, pełne nowej ener­gii, śliczne, uśmiech­nięte — przy­naj­mniej jak po week­en­dzie w spa ;) Bab­skie spo­tka­nie dla Bab. Warto :)

Mamo, zrób coś dla siebie!

0

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 02-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Każda mama może w pew­nym momen­cie czuć się zmę­czona. Nie cho­dzi mi o zmę­cze­nie fizyczne, jak na przy­kład po sko­pa­niu ogródka, ale o zmę­cze­nie psy­chiczne. Powiem wprost — o zmę­cze­nie dziec­kiem. Dopada ono naj­czę­ściej mamy, które bar­dzo długo pozo­stają z dziec­kiem same w domu — mąż w pracy, rodzina daleko, kole­ża­nek jak na lekar­stwo… Roczne czy dwu­let­nie dziecko, przy całej miło­ści do niego i przy całej jego roz­kosz­no­ści, nie zawsze jest odpo­wied­nim towa­rzy­szem do roz­mów, nie mówiąc już o tym, że stara się bar­dzo absor­bo­wać uwagę rodzica. W pew­nym momen­cie taka mama zaczyna czuć się prze­mę­czona, roz­ża­lona, roz­draż­nionaNie jest to nic wsty­dli­wego, a bynaj­mniej nic strasz­nego, o ile tylko owa mama zda sobie z tego sprawę i zrobi coś, co na to zmę­cze­nie pomoże. Z wła­snego doświad­cze­nia wiem, że nie­kiedy w bar­dzo pro­sty spo­sób można zara­dzić kiep­skiemu samo­po­czu­ciu. Jeśli to dopiero początki chan­dry, cał­kiem pomocne stają się drob­nostki w stylu: wyj­ście do kina (nawet samotne!), wyj­ście na zakupy, na basen, na plotki z kole­żanką, na samotny spa­cer… Cał­kiem spraw­dzo­nym pomy­słem jest też wysu­pła­nie dla sie­bie czasu raz-dwa razy w tygo­dniu na wła­sną, stałą aktyw­ność — na wyj­ście do klubu fit­ness, na lek­cje tańca, na cokol­wiek, gdzie może­cie prze­stać myśleć o spra­wach domo­wych, a jed­no­cze­śnie zadbać o siebie.

Jeśli chan­dra roz­chan­dry­cza się na dobre, czas wyje­chać. Zor­ga­ni­zuj wyjazd week­en­dowy — dla sie­bie i męża (razem, rzecz jasna ;) ), a dziecko posta­raj się ulo­ko­wać na ten czas u dziad­ków lub ulu­bio­nej cioci. Tudzież dziadkowie/ulubiona cio­cia mogą przy­je­chać do was i pomiesz­kać z dziec­kiem dwa dni. Mogę z czy­stym sumie­niem powie­dzieć, że taki wyjazd we dwoje czyni cuda :) Nawet jeśli zmę­czy­cie się fizycz­nie (jeśli, na przy­kład, posta­no­wi­cie wtedy zdo­być Rysy), to relaks psy­chiczny będzie nie do prze­ce­nie­nia. Nie popi­szę się, jeśli powiem, że będzie to łado­wa­nie aku­mu­la­to­rów, ale tak naprawdę jest! Odpocz­nie­cie, pobę­dzie­cie tylko ze sobą, wyśpi­cie się, pole­niu­chu­je­cie… Czego chcieć wię­cej? Pew­nie, opty­mal­nie byłoby wyjeż­dżać raz w mie­siącu, ale nie­wiele osób byłoby na to stać. Uwierz­cie, że wystar­czy raz na kilka mie­sięcy, raz na pół roku, i wra­ca­cie z nową ener­gią, nową dawką cier­pli­wo­ści i nowym spoj­rze­niem na swoje kochane prze­cież dziecko.

Z pew­no­ścią bar­dzo dobrą rze­czą jest zna­le­zie­nie sobie hobby. Nie­ważne jakie ono będzie — byle potra­fiło zaab­sor­bo­wać cię na tyle, byś raz na kilka dni, spę­dza­jąc przy nim czas, wyłą­czyła się zupeł­nie i nie myślała o niczym innym. Wspa­niałą “odmóż­dża­jącą” czyn­no­ścią są z pew­no­ścią wszel­kie robótki ręczne (a do tego jakie prak­tyczne! ;) ). Świetną sprawą jest też czy­ta­nie ksią­żek. Nawet jeśli są to tanie roman­si­dła kupione za parę zło­tych w kio­sku, to co z tego? Jeśli uwa­żasz, że to cię relak­suje, nie miej wyrzu­tów, iż zna­jomi stwier­dzą, że czy­tasz mało ambitną lite­ra­turę. Opie­ku­jąc się dziec­kiem w ciągu dnia robisz tyle ambit­nych rze­czy, że wie­czo­rem masz jak naj­bar­dziej prawo zająć się tym, co cię bawi i roz­luź­nia.
Zresztą, jeśli cho­dzi o hobby, to pomy­słów może być tyle, ile ludzi na świe­cie, więc każdy na pewno ma szansę zna­leźć coś dla siebie.

To tyle na dziś. Kilka słów zale­d­wie — od Zosi z pod­ła­do­wa­nymi w ostatni week­end aku­mu­la­to­rami :) Trzy­maj­cie się, Mamy i Nie-Mamy.

P.S. Jesz­cze coś przy­szło mi do głowy. Być może tro­chę wyszły już z mody (tylko na pierw­szy rzut oka, bo tak naprawdę jest to bar­dzo roz­wi­nięty rynek), ale z pew­no­ścią wspa­niale zre­lak­sują cie­bie i męża… gry plan­szowe! Nie­ważne jakie — stra­te­giczne, chiń­czyk czy scrab­ble. Pobę­dzie­cie razem, razem się pośmie­je­cie i ode­rwie­cie od codzien­no­ści. Roz­rywka tania (poza jed­no­ra­zową inwe­sty­cją w grę, choć chiń­czyka można kupić już za parę zło­tych), a zwróci się wie­lo­krot­nie :) Z.

P.S.2. Relaks może być też taki… ;)

relaks

Dla wyja­śnie­nia dodam, że nie jest to aktu­alne zdję­cie, brzuch nieco (choć nie­wiele ;) ) zma­lał ponad dwa lata temu ;)

Z łóżeczka do łóżka — kiedy i jak?

7

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 19-02-2010

Tagi: , , , , , , ,

lozeczko

Jak to na rodzi­ców swego pierw­szego dziecka przy­stało, wiele rze­czy, rzecz jasna, robimy po raz pierw­szy. Mniej-więcej trzy mie­siące temu swo­isty debiut mie­li­śmy w przy­zwy­cza­ja­niu Miko­łaja ze spa­nia w łóżeczku do spa­nia w łóżku. Całość skoń­czyła się suk­ce­sem, nato­miast zamie­rzam to tutaj opi­sać, bo może komuś się przyda kilka rad/pomysłów.

Do tego, czy Miko­łaj już potrze­buje łóżka doszli­śmy w bar­dzo pro­sty spo­sób. Ponie­waż nasze dziecko bar­dzo szybko rośnie (w związku z czym jest dość wyso­kie jak na swój wiek — 90 cen­tyl), to po pro­stu zaczęło wyra­stać z łóżeczka. Być może gdyby spał z pod­ku­lo­nymi nogami, czy jak­kol­wiek ina­czej powy­gi­nany (każdy ma jakąś tam swoją kon­ste­la­cję koń­czyn pod­czas snu), to może by to nie było takie rażące, jed­nakże Misiek śpi zazwy­czaj roz­cią­gnięty tak, jak się tylko da — ręce nad głową, nogi pro­ste… Cza­sem, owszem, zda­rzy się, że śpi na boku lekko wygięty, ale nawet wtedy, jeśli doli­czyć cały łóżecz­kowy inwen­tarz (któ­rego w sumie to zli­czyć się nie da), nie wyglą­dało to za dobrze. Do tego ewi­dent­nie prze­stał się mie­ścić w łóżeczku turystycznym.

Miko­łaj od pierw­szych tygo­dni życia nauczony był spać we wła­snym łóżeczku, samo­dziel­nie w pokoju. Pierw­szy tydzień spa­łam z nim w łóżku, po czym wymię­kłam. Potem tro­chę pod­sy­pia­łam w Miśka pokoju (on w łóżeczku, ja w łóżku), ale tu też dałam radę z jakiś tydzień. W końcu sta­nęło na tym, że Miko­łaj zasy­piał przy piersi, następ­nie odkła­da­łam go do łóżeczka, po czym sama wędro­wa­łam do dru­giego pokoju, do wła­snego łóżka, w któ­rym w dodatku spał wła­sny mąż. Gdy Miko­łaj miał około 7 mie­sięcy nauczy­li­śmy go zasy­piać samo­dziel­nie w łóżeczku. Od tego czasu tak to wła­śnie wyglą­dało — wie­czo­rem cycek, kąpiel, czy­ta­nie, odkła­da­nie do łóżeczka i wycho­dze­nie z pokoju. Miko­łaj po kilku dniach przy­zwy­czaił się, że wycho­dzimy, on sobie jesz­cze chwilę coś tam poga­dał do sie­bie i bar­dzo szybko zasy­piał. Jak się zro­bił star­szy i sie­dzący, to czas po naszym wyj­ściu z pokoju zaj­mo­wała mu zabawa dostęp­nymi w łóżeczku zabawkami.

Przy­znam, że bar­dzo nas to dopie­ściło — dziecko samo­dziel­nie zasy­pia­jące, chwilka wię­cej czasu wie­czo­rem dla sie­bie. No i nagle wyrósł Michu jeden z łóżeczka, a przed nami sta­nęła potworna wizja łóżka. Co takiego strasz­nego może być w zwy­kłym łóżku spy­ta­cie? A rzecz pro­sta: wie­czorna swo­boda dziecka! Dziecka, które już nie będzie wołało z łóżeczka, że mu się chce pić, ale które po pro­stu wyj­dzie z łóżka i pokoju w naj­mniej ocze­ki­wa­nym i pożą­da­nym momen­cie, by nam to w twarz powie­dzieć. Dziecka, które być może wcale nie będzie chciało już samo­dziel­nie zasy­piać, tylko będzie urzą­dzać dzi­kie piel­grzymki do pokoju rodzi­ców co 5 minut, aż nie zaśnie. Dziecka, które będzie stra­szyć w nocy śpią­cych rodzi­ców, gdy nagle, prze­bu­dzone, sta­nie, niczym zjawa u ich głów i się roz­wyje. Można by jesz­cze wymie­niać, ale po co?

Tak, wiem, wyszedł tu pro­fil pato­lo­gicz­nych rodzi­ców, któ­rzy nie zaj­mują się dziec­kiem, tylko zamy­kają je w pokoju, a sami robią Bóg wie co. Otóż, kochani, uspo­koję Was, że tak nie jest :) Mamy z mężem i Miko­ła­jem swój wie­czorny rytuał, w któ­rym jest zarówno dopiesz­czony, jak i doedu­ko­wany czy­ta­niem. A że nam się podoba, że zasy­pia samo­dziel­nie?… Wszel­kie potrzeby przy­tu­la­nia zaspo­ka­jamy obo­pól­nie w ciągu dnia, więc wie­czór każdy ma już, że tak się wyrażę, “dla sie­bie”. A przy­zna­cie, że choć pół godziny wię­cej czasu, wie­czo­rem, dla rodzi­ców małego dziecka, to wielka przy­jem­ność :)

No, ale wra­cam do głów­nego wątku. Michu z łóżeczka zaczął wyra­stać, więc coś trzeba było zara­dzić. Przy­znam, że mie­li­śmy zagwostkę. Nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, jak przejść cały ten etap prze­sta­wia­nia Micha z jed­nego mebla na drugi, tym bar­dziej, że ciężko nam było osą­dzić, czy on sam jest już na to gotów. No ale doszli­śmy do wnio­sku, że prze­cież kie­dyś się przy­zwy­czai, a jeśli będziemy kon­se­kwentni w odpro­wa­dza­niu go do łóżka/pokoju to przy­nie­sie to ocze­ki­wany sku­tek. A skut­kiem owym miało być oczy­wi­ście nadal samo­dzielne zasy­pia­nie. Tyle, że w łóżku, na wol­no­ści, a nie za kra­tami ;)

Kilka dni przed kup­nem łóżka zaczę­li­śmy wyj­mo­wać Miko­ła­jowi szcze­belki z łóżeczka — naj­pierw w ciągu połu­dnio­wej drzemki (po zaśnię­ciu), a następ­nie wie­czo­rem przed poło­że­niem go spać. Ponie­waż posia­damy dwa mate­race z gąbki, takie skła­dane, które z braku lep­szego miej­sca sta­cjo­nują w Miś­ko­wym pokoju, posta­no­wi­li­śmy, za radą mojej sio­stry, roz­kła­dać mu je przy łóżeczku, w razie gdyby jakimś cudem miał z niego wypaść. Sku­tek był tro­chę odwrotny do zamie­rzo­nego, gdyż Michu po pro­stu zaczął nam zasy­piać na tych mate­ra­cach, a co za tym idzie, budzić się w środku nocy z pła­czem, bo zazwy­czaj zasnął na czymś w stylu twarda zabawka, albo góra podu­szek, co powo­do­wało uwie­ra­nie. Na kilka dni odsta­wi­li­śmy więc mate­race. Stwier­dzi­li­śmy, że może bez nich będzie jed­nak łatwiej. I rze­czy­wi­ście — udało się. Co prawda przy­zwy­cza­ja­nie trwało około tygo­dnia, ale koniec koń­ców Michu nacie­szył się wol­no­ścią i po tym cza­sie wszystko doszło do normy. Był jeden kry­zys, kiedy to dzie­cię nasze (zasy­pia­jące do tej pory około godz. 20.30) poszło spać po pół­nocy, bo — ura­do­wany swo­bodą — nie zamie­rzał się w ogóle chyba poło­żyć. Wów­czas w ruch poszły szcze­belki - nie­ro­zum­nie wyko­rzy­stana wol­ność została ogra­ni­czona na jedną noc — i podzia­łało — następ­nego wie­czoru nie trzeba było już się stre­so­wać, Misiek grzecz­nie po chwili zabawy zasnął sam w otwar­tym łóżeczku.

Po kilku dniach pozby­li­śmy się łóżeczka — wywieź­li­śmy je do mojej mamy na prze­cho­wa­nie. Ponie­waż wyszło to nie­spo­dzie­wa­nie, a nie mie­li­śmy jesz­cze łóżka, ście­li­li­śmy Michowi jeden z mate­racy. Zasy­piał na nim bez pro­blemu, dodat­kowo pod­eks­cy­to­wany, że ma nowe “legowisko”.

Dwa dni póź­niej mał­żo­nek poje­chał do Ikei, gdzie zaku­pił dzie­cięce łóżko. Miko­łaj przy­go­to­wany wcze­śniej cze­kał na swoje “doro­słe” spa­nie z eks­cy­ta­cją równą mojej. Następ­nie dziel­nie poma­gał przy skrę­ca­niu i cały szczę­śliwy oglą­dał nowy mebel. Razem z nowym łóżkiem dostała się Michowi nowa narzuta — też ike­ow­ska, z żabą. Po wcze­śniej­szych wpraw­kach — bez szcze­bel­ków naj­pierw, potem na samym mate­racu, Miko­łaj dosko­nale pora­dził sobie z przej­ściem z jed­nego mebla na drugi. Otrzy­mał nowo ume­blo­wany pokoik (zro­bi­łam mu przy tej oka­zji prze­me­blo­wa­nie), co miało też duże zna­cze­nie dla niego, gdyż pod­kre­śliło wagę zmian, jakie się doko­nały. Bez pro­blemu poszło zasy­pia­nie, w nocy budzi się nadal tylko wów­czas, gdy mu się coś przy­śni przy­krego, lub z powodu jakie­goś hałasu. Przy czym nie przy­cho­dzi do nas w nocy do pokoju, ale woła. Rano nato­miast, po prze­bu­dze­niu, wypra­co­wał sobie zabawną metodę. Wycho­dzi z łóżka, po czym puka w drzwi swo­jego pokoju. Trzeba zawo­łać “pro­szę” (i to koniecz­nie muszę zro­bić ja, bo jak woła mał­żo­nek, to Misiek krzy­czy: “Nie! Mama!”) i Miko­łaj dopiero wtedy otwiera drzwi i przy­cho­dzi do naszego pokoju.

Powiem Wam szcze­rze, że spo­dzie­wa­łam się tro­chę pro­ble­mów z prze­sta­wia­niem Miko­łaja na spa­nie w zwy­kłym łóżku — tym bar­dziej, że wła­ści­wie nigdy nie spał (tak świa­do­mie) z żadnym z nas. A tym cza­sem nasze dziecko zasko­czyło nas pozy­tyw­nie i oka­zało się bar­dziej przy­go­to­wane do tej zmiany od nas :)

Jedyne co mogę Wam dora­dzić, to kupno łóżka z barierką zabez­pie­cza­jącą, by dziecko nie wypa­dło z łóżka. U nas spraw­dza się dosko­nale. Dziecko jest tro­chę zasta­wione, ale ma też wystar­cza­jąco dużo miej­sca, by swo­bod­nie wycho­dzić i wcho­dzić do łóżka.

Wszyst­kim sta­ją­cym przed tym waż­nym momen­tem zakupu pierw­szego łóżka dla dziecka życzę powo­dze­nia i wytrwa­ło­ści. Krok ważny, ale wcale nie taki trudny, jak by się wyda­wało.
Pozdra­wiam Was, zer­ka­jąc jed­nym okiem na bieg Justyny Kowalczyk.

Na koniec zaś Miś­kowe łóżko z Ikei — stan sprzed dwóch mie­sięcy. Obec­nie ściana przy­łóż­kowa wygląda o wiele atrakcyjniej.

lozko