Moje dziecko się jąka! — i co dalej?

1

Posted by Zosia | Posted in Logopedycznie, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 17-06-2011

Tagi: , , , , , , , , , ,

Od pew­nego czasu obser­wu­jemy u Miko­łaja momenty, gdy się jąka. Ma obec­nie trzy i pół roku i, póki co, jego nie­płyn­ność mowy nie musi być niczym nie­po­ko­ją­cym. Ale może zda­rzyć się, że jakiś czyn­nik nega­tywny zmieni tę nie­płyn­ność w jąka­nie wcze­sno­dzie­cięce. Czy można temu zapo­biec i jeśli tak, to jak? Czym jest jąka­nie, a czym roz­wo­jowa nie­płyn­ność mowy? O tym i o temu podob­nych pro­ble­mach będzie ten wpis. Wybacz­cie mi, jeśli wyj­dzie zbyt długi, ale jąka­nie to temat rzeka :)

Wia­do­mym jest, że roz­wój mowy dziecka prze­biega eta­pami. Początki to roz­wój pre­na­talny, następ­nie pierw­szy krzyk i kolejne mie­siące i lata przy­no­szące, w przy­padku dziecka zdro­wego, stop­niowe postępy w zakre­sie komu­ni­ka­cji języ­ko­wej. Poszcze­gól­nym okre­som roz­woju i kształ­to­wa­nia się mowy dzieci poświęcę wkrótce odrębny wpis, dziś sku­pię się na jąka­niu, bo chcę poka­zać, iż te dwie rze­czy w pew­nym momen­cie mogą się zazębiać.

Każde dziecko ma sobie wła­ściwe tempo roz­woju. Jedno zaczyna mówić wcze­śniej, inne póź­niej. Jedne zaczy­nają się jąkać, inne nie. Jedne jąka­jące się, mówiąc potocz­nie “wyra­stają” z tego, innym jąka­nie pozo­staje. O co chodzi?

Warto roz­róż­nić na początku dwie rze­czy. Pierw­sza to roz­wo­jowa nie­płyn­ność mowy, zwana też jąka­niem roz­wo­jo­wym. Poja­wia się (może, ale nie musi!) przed pią­tym rokiem życia wsku­tek inten­syw­nego roz­woju mowy. Dziecko szybko wzbo­gaca swój słow­nik, przy­swaja reguły gra­ma­tyczne, roz­wija myśle­nie. Jed­no­cze­śnie arty­ku­la­cyj­nie może (i ma prawo) jesz­cze sobie nie radzić. Nie zawsze potrafi wypo­wie­dzieć to, co chcia­łoby prze­ka­zać. Wów­czas może poja­wić się nie­płyn­ność i nie powinno nas to dzi­wić. Ile razy my, doro­śli, mówimy nie­płyn­nie, wręcz jąkamy się, gdy nie potra­fimy od razu dobrać odpo­wied­nich słów lub jeste­śmy zmę­czeni? Postaw­cie się na miej­scu trzy­latka, który odkrył coś nowego, chce nam to szybko opo­wie­dzieć, a tu nie dość, że stają mu na dro­dze trudne do wypo­wie­dze­nia pol­skie gło­ski, to jesz­cze stara się dobrać odpo­wied­nie słowa i zasto­so­wać do nich jakieś reguły gra­ma­tyczne. To ciężka praca dla takiego malu­cha i nic w tym dziw­nego, że w cza­sie wypo­wia­da­nia zda­nia “zasta­na­wia się” nad nim, a prze­ja­wia się to, nie­kiedy, w for­mie wokal­nej.
Jeśli dziecko nie jest gene­tycz­nie obcią­żone jąka­niem lub nie ma w pobliżu nie­pra­wi­dło­wych wzor­ców nie­płyn­nej wymowy, to sprawa, zazwy­czaj wydaje się dość pro­sta — nie­płyn­ność powinna sama ustąpić.

Co więc powinni robić rodzice w przy­padku jąka­nia roz­wo­jo­wego? Nic! A dokład­niej: zosta­wić malu­cha w spo­koju. Nie uświa­da­miać, nie pona­glać, nie prze­ry­wać. Dać się wyga­dać, rozu­mieć, mówić do malu­cha płyn­nie i wyraź­nie, nie zwra­cać (ale tylko pozor­nie!) uwagi na jego nie­płyn­ność. Bo, rzecz jasna, obser­wo­wać ją trzeba. Jeśli tylko Was coś zanie­po­koi lub gdy dziecko zacznie uświa­da­miać sobie, że się jąka (lub ktoś z zewnątrz zwróci mu na to uwagę), jeśli zaczną się przy tym poja­wiać pro­blemy odde­chowe pod­czas mówie­nia, napię­cia mię­śniowe, lęk przed mówie­niem (logo­fo­bia), albo gdy nie­płyn­ność zacznie się pogłę­biać zamiast ustę­po­wać wraz z wie­kiem dziecka, nie powin­ni­ście cze­kać, lecz umó­wić się na wizytę do logo­pedy. Naj­le­piej do takiego, który ma już za sobą doświad­cze­nie z oso­bami jąka­ją­cymi się, na początku bowiem może być trudno odróż­nić jąka­nie roz­wo­jowe od wczesnodziecięcego.

Czym jest jąka­nie wcze­sno­dzie­cięce i skąd się bie­rze? Przy­czyny powsta­nia tego zabu­rze­nia nie są w pełni znane. Może być ich całe mnó­stwo, począw­szy od bez­po­śred­niego czyn­nika stre­su­ją­cego (np. dziecko prze­żyło traumę i zaczęło się jąkać), poprzez już wspo­mniane dzie­dzi­cze­nie, zwra­ca­nie uwagi dziecku, że się jąka wów­czas, gdy ono prze­cho­dzi aku­rat etap roz­wo­jo­wej nie­płyn­no­ści mowy, aż po opóź­niony roz­wój mowy czy błędne wzorce mowy (np. opie­kunka dziecka jąka się). Jąka­nie wcze­sno­dzie­cięce to zabu­rze­nie płyn­no­ści mowy, któ­remu zazwy­czaj towa­rzy­szy napię­cie mię­śniowe. Jest to, wg. Zbi­gniewa Tar­kow­skiego, zabu­rze­nie obser­wo­wane na wielu płasz­czy­znach — bio­lo­gicz­nej (np. wspo­mniane napię­cie, objawy wege­ta­tywne tj. poce­nie się, bled­nię­cie itd.), języ­ko­wej (np. jak czę­sto wystę­puje nie­płyn­ność, w jakich miej­scach wypo­wie­dzi itd.), psy­cho­lo­gicz­nej (np. lęk przed mówie­niem, stres, fru­stra­cja…) oraz spo­łecz­nej (miej­sca czy ilość roz­mów­ców, przy któ­rych dziecko się jąka itd.). Nie będę się tutaj roz­pi­sy­wać, bo odsy­łam zain­te­re­so­wa­nych do lek­tury. Podam ją na końcu wpisu. Warto mieć jed­nak świa­do­mość czym obja­wia się zwy­kła roz­wo­jówka od jąka­nia, które powinno zanie­po­koić i wymaga inter­wen­cji terapeutycznej.

W książce mojego ulu­bio­nego pro­fe­sora ze stu­diów logo­pe­dycz­nych — prof. Zbi­gniewa Tar­kow­skiego, spe­cja­li­sty od jąka­nia — zna­la­złam zesta­wie­nie jąka­nia roz­wo­jo­wego i wcze­sno­dzie­cię­cego pod wzglę­dem cech róż­ni­cu­ją­cych. Pozwolę sobie je tutaj tro­chę przytoczyć.

I tak, przy jąka­niu rozwojowym:

  • nie obser­wu­jemy napię­cia mięśniowego
  • powta­rzane są zazwy­czaj sylaby, wyrazy, wystę­pują pauzy w mówie­niu i rewi­zje (dziecko popra­wia w trak­cie swą wypo­wiedź, np. I kotek poszła… poszedł)
  • prze­waż­nie dziecko wyma­wia nie­płyn­nie spój­niki i przyimki
  • nie wystę­puje świa­do­mość zabu­rze­nia i lęk przed mówieniem
  • okresy nie­płyn­no­ści skra­cają się z wie­kiem, a okresy poprawy wydłu­żają się

Nato­miast przy jąka­niu wcze­sno­dzie­cię­cym (patologicznym):

  • obser­wu­jemy napię­cie mięśniowe
  • mogą wystą­pić uwa­run­ko­wa­nia gene­tyczne (ale jak już napi­sa­łam — mogą, ale nie muszą. Jeśli dziecko ma płyn­nie mówią­cych rodzi­ców i tak, nie­stety, nic nie stoi na prze­szko­dzie, by jego nie­płyn­ność roz­wo­jowa prze­ro­dziła się w jąkanie)
  • wystę­puje prze­cią­ga­nie gło­sek, powta­rza­nie róż­nych czę­ści zda­nia, wyrazu, sylab, gło­sek (czyli w skró­cie: jąka­nie może wystą­pić w każ­dym miej­scu zda­nia); wystę­puje blo­ko­wa­nie wypo­wie­dzi, liczne rewi­zje, pauzy oraz embo­lo­fa­zje (wtrą­ca­nie do wypo­wie­dzi licz­nych i nic nie zna­czą­cych: yyy, eee… — takich “wypeł­nia­czy” zdaniowych)
  • naj­czę­ściej wyma­wiane są nie­płyn­nie rze­czow­niki i czasowniki
  • zazwy­czaj wystę­puje świa­do­mość zabu­rze­nia i stop­niowo poja­wia się logofobia
  • z wie­kiem nie­płyn­ność zwięk­sza się, a okresy poprawy skra­cają się
  • mogą wystą­pić tiki lub współ­ru­chy (ruchy wyko­ny­wane dodat­kowo pod­czas mówie­nia — coś w stylu wspo­ma­ga­czy wypowiedzi)(Tarkowski, 1997)

Kochani, jeśli zaob­ser­wo­wa­li­ście jakieś objawy pierw­szej — roz­wo­jo­wej — nie­płyn­no­ści mowy u swego dziecka, obser­wuj­cie ją pil­nie i dzia­łaj­cie pro­fi­lak­tycz­nie. Pro­fi­lak­tyka roz­wo­jówki polega przede wszyst­kim na nie­uświa­da­mia­niu dziecka i na dostar­cza­niu pra­wi­dło­wego wzorca mowy poprzez wła­sną płynną. Wszystko to jest jed­nak dość ogra­ni­czone, ponie­waż my, jako rodzice, możemy sta­rać się zapo­bie­gać utrwa­le­niu jąka­nia roz­wo­jo­wego, nato­miast “uczynne” dziecko sąsiada lub nie­do­uczona wycho­waw­czyni w przed­szkolu (nie obra­ża­jąc przed­szko­la­nek, zwłasz­cza tych douczo­nych) mogą zwró­cić malu­chowi uwagę na jego “pro­blem” i tro­chę nam się sprawa skom­pli­kuje. Udaj­cie się wtedy po poradę do logo­pedy, by jak naj­szyb­ciej zadzia­łać tera­peu­tycz­nie i nie dopu­ścić do roz­woju zaburzenia.

Jeśli nato­miast zaob­ser­wo­wa­li­ście u swo­jego dziecka objawy jąka­nia wcze­sno­dzie­cię­cego — nie zasta­na­wiaj­cie się, tylko umów­cie się do logo­pedy od razu. On zbada dziecko, ustali pro­gram tera­pii i zacznie pracę z Waszym dziec­kiem. Nie baga­te­li­zuj­cie, pro­szę, kwe­stii jąka­nia. Bada­nia wyka­zują, że jąka się około 1% doro­słych i około 4% dzieci (w tym czę­ściej chłopcy niż dziew­czynki). Pro­blem jest więc istotny, zwłasz­cza, że dla osób jąka­ją­cych się ich zabu­rze­nie bar­dzo czę­sto jest sprawą wsty­dliwą i, przede wszyst­kim, utrud­nia­jącą życie.

Jedno jest pewne — jąka­nia nie da się wyle­czyć jedną tabletką, zio­łami czy wizytą u bio­ener­go­te­ra­peuty lub zna­chora. Potrzebna jest tutaj tera­pia kom­plek­sowa, pole­ga­jąca na zasto­so­wa­niu sze­regu metod wspie­ra­ją­cych płyn­ność mowy, popra­wia­ją­cych oddech, relak­sa­cyj­nych i innych, któ­rymi posłu­guje się każdy, przy­go­to­wany do tera­pii mowy, logo­peda. Dobrze o tym pamiętać.

A oto lek­tury, które mogę z czy­stym sumie­niem pole­cić:
Tar­kow­ski Zbi­gniew: Jąka­nie. Księga pytań i odpo­wie­dzi. wyd. Har­mo­nia, Gdańsk 2010
Tar­kow­ski Zbi­gniew: Jąka­nie wcze­sno­dzie­cięce. WSiP, War­szawa 1997
Tar­kow­ski Zbi­gniew: Psy­cho­so­ma­tyka jąka­nia. Dla­czego osoby jąka­jące się mówią płyn­nie. Ora­tor, Lublin 2007
Chę­ciek Mie­czy­sław: Jąka­nie. Dia­gnoza — Tera­pia — Pro­gram. wyd. Impuls, Kra­ków 2010
Kamiń­ska Dorota: Wspo­ma­ga­nie płyn­no­ści mowy dziecka. wyd. Impuls, Kra­ków 2010

Mikolaj

Po co komu logopeda?

3

Posted by Zosia | Posted in Logopedycznie, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 21-03-2011

Tagi: , , , , , , ,

No wła­śnie — po co? Laikowi logo­peda koja­rzy się zazwy­czaj z jed­nym — z kobietą (tak, to nie pomyłka, mimo że w sze­re­gach tera­peu­tów mowy są męż­czyźni, więk­szość ankie­to­wa­nych w tej roli obsa­dza płeć żeńską) sie­dzącą w gabi­ne­cie z lustrem i demon­stru­jącą ćwicze­nia żuchwy oraz pra­wi­dłową wymowę kon­kret­nych gło­sek. Takie wyniki badań na temat wize­runku zawo­do­wego (czyli logo­pe­dzi o sobie samych) oraz spo­łecz­nego (czyli nie-logopedzi o logo­pe­dach) tera­peu­tów mowy prze­czy­ta­łam kilka dni temu w książce pod redak­cją M.Młynarskiej i T.Smereki “Logo­pe­dia. Teo­ria i prak­tyka”. Arty­kuł, w któ­rym ana­li­zo­wano owe bada­nia, był autor­stwa prof.Zbigniewa Tar­kow­skiego — auto­ry­tetu z dzie­dziny zabu­rzeń mowy, jed­nego z moich ulu­bio­nych wykła­dow­ców na logo­pe­dii. Zresztą sam prof.Tarkowski był bada­czem tego tematu, nie tylko interpretującym.

Wyniki badań z jed­nej strony zasko­czyły mnie, a z dru­giej… Z dru­giej, to chyba jed­nak pod­świa­do­mie czu­łam, że tak się logo­peda ludziom koja­rzy. Zbyt mało ludzi korzy­sta z usług tera­peu­tów mowy. Zbyt mało — wobec tego, jakie są realne potrzeby. Wynika to z wielu przy­czyn: finan­so­wych (tera­pia kosz­tuje, a na nfz ter­miny są takie, że szkoda gadać), cza­so­wych (jak już pisa­łam — tera­pia kosz­tuje… także poświę­ce­nie kon­kret­nej ilo­ści czasu w ciągu dnia), środo­wi­sko­wych (star­sza pani po wyle­wie, miesz­ka­jąca na wsi nie ma dostępu do logo­pedy, który pomógł by przy afa­zji) ale także z powodu nie­wie­dzy.
I nad tym ostat­nim się pochylę. Część ludzi w ogóle nie wie, że ktoś taki jak logo­peda ist­nieje. Część wie, ale nie powie (czym się ten ktoś zaj­muje), bo nie wie. Część wie z czym skleić logo­pedę — ale są to tylko wady wymowy, ewen­tu­al­nie zaję­cia dla przed­szko­la­ków “by ładnie mówiły”. Część (ci, któ­rzy mieli oka­zję korzy­stać z porząd­nej tera­pii) wie, ale się z tą wie­dzą nie obnosi, więc przy­ja­ciele kró­lika nadal żyją w niewiedzy.

Bo i skąd ludzie mają wie­dzieć z czym iść do logo­pedy? W szkole tego nie tłu­ma­czą. Lekarz albo skie­ruje, albo stwier­dzi, że sam pomoże w jakimś zabu­rze­niu. A żeby jakaś kam­pa­nia spo­łeczna pro­mu­jąca ten zawód się poja­wiła, to chyba tylko na cud liczyć można. A przy­da­łaby się. Jąkasz się? Idź do logo­pedy. On spoj­rzy na twoje zabu­rze­nie z per­spek­tywy wielu płasz­czyzn — spo­łecz­nej, psy­cho­lo­gicz­nej, lin­gwi­stycz­nej i bio­lo­gicz­nej. Jesteś nauczy­cie­lem i po prze­pra­co­wa­nym dniu męczy cię chrypka, tra­cisz głos lub boli cię gar­dło? Idź do logo­pedy. On pokaże ci ćwicze­nia emi­sji głosu i nauczy pra­wi­dłowo posłu­gi­wać się gło­sem. Bie­rzesz udział w kon­kur­sach recy­ta­tor­skich, czę­sto prze­ma­wiasz lub śpie­wasz publicz­nie? Masze­ruj do logo­pedy Pomoże ci wyćwi­czyć dyk­cję oraz ope­ro­wać odde­chem. Ktoś z two­ich bli­skich miał wylew i ma pro­blemy z komu­ni­ka­cją, pra­wi­dłową wymową lub zdia­gno­zo­wano mu afa­zję? Zapro­wadź go do logo­pedy. On zapla­nuje tera­pię mowy i myśle­nia, bo do tego jest przy­go­to­wany. Jesteś rodzi­cem nie­mow­laka? Idź do logo­pedy. Pokaże ci jak możesz wspie­rać roz­wój mowy i arty­ku­la­to­rów swo­jego malu­cha, dora­dzi sty­mu­lu­jące zabawy lub nauczy masażu twa­rzy. Twoje dziecko ma dys­lek­sję? Logo­peda potrafi się nim zająć…

Mogła­bym tak pisać i pisać. To zale­d­wie namiastka góry zabu­rzeń oraz sytu­acji, w któ­rych logo­peda jest nie tyle przy­datny, co wręcz konieczny. Oczy­wi­ście — zazwy­czaj dana osoba spe­cja­li­zuje się w jakiejś sfe­rze bądź kon­kret­nych kilku zabu­rze­niach, jed­nak ma (a przy­naj­mniej powinna mieć) ogólne poję­cie na temat więk­szo­ści przed­mio­tów badań logo­pe­dii. I nawet jeśli nie zaj­muje się czyn­nie danym pro­ble­mem, wie, do kogo cię skie­ro­wać po pomoc.

Jakby jed­nak na to nie spoj­rzeć, logo­peda to zawód wciąż mało znany wśród poten­cjal­nych klien­tów (lub pacjen­tów, jak kto woli). A nie­sa­mo­wi­cie pomocny. Nie ma ktoś środ­ków do wyko­rzy­sta­nia na prze­pro­wa­dze­nie spo­łecz­nej kam­pa­nii? Chęt­nie się udzielę.

To pisa­łam ja, wasza dzie­cio­wi­skowa blo­go­wiczka, która w tym roku koń­czy pody­plo­mówkę z logo­pe­dii i już roz­gląda się za pracą w nowym zawo­dzie. Można prze­sy­łać oferty :)

P.S. Poja­wiła się nowa kate­go­ria wpi­sów — “Logo­pe­dycz­nie”. Od tej pory część moich zre­ak­ty­wo­wa­nych wpi­sów będzie odno­siła się do zagad­nień wła­śnie z tej dzie­dziny. Oczy­wi­ście, w tema­cie oko­ło­dzie­cię­cym, bo to prze­cież blog o dzie­ciach :)

Nie taki dia­beł straszny, jak go malują czyli o tre­ningu czy­sto­ści słów kilka

2

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 22-08-2010

Tagi: , , , , , , ,

Udało się! Dzie­cię odpie­lu­cho­wane. Mimo pew­nych nie­uza­sad­nio­nych i uza­sad­nio­nych obaw poszło gładko i szybko, co nadal napawa nas zara­zem szo­kiem i dumą :) Pie­lu­chy uży­wamy jesz­cze tylko w nocy, choć od kilku dobrych dni Miko­łaj budzi się już zazwy­czaj z suchą. Ale chcemy jesz­cze tro­chę poob­ser­wo­wać. I tak zaraz usły­szę, że jeśli pie­lu­cha jest uży­wana w nocy, to dziecko nie jest odpie­lu­cho­wane. Niech sobie każdy mówi, co chce — uwa­żam, że 99% pracy za nami, a ten 1% nocny, to już musi usta­wić sobie sam orga­nizm. Bo nie zamie­rzam budzić dziecka w nocy na siku, ani racjo­no­wać mu wie­czo­rem picia. Jak będzie gotów, to będzie widać. Wtedy poże­gnamy pie­lu­chę “nocną”.

A póki co, przed­sta­wię Wam, jak to prze­pro­wa­dzi­li­śmy. Nikogo, rzecz jasna, nie nama­wiam do sto­so­wa­nia naszych metod, ani nie gwa­ran­tuję suk­cesu, nawet jeśli ktoś z porady sko­rzy­sta. Każde dziecko jest inne, ina­czej się zacho­wuje, ina­czej i w innym momen­cie osiąga coś, co zowię “noc­ni­kową doj­rza­ło­ścią” i do każ­dego podejść trzeba indy­wi­du­al­nie. Ale może komuś się przyda.

Oto odpie­lu­cho­wa­nie Miko­łaja w kilku krokach:

  • przez pierw­sze dwa dni (zło­żyło się, że były to czwar­tek i pią­tek) Miko­łaj był przy­go­to­wy­wany — miał jesz­cze pie­lu­chę, ale sadza­li­śmy go na noc­niku bar­dzo czę­sto. Ponie­waż na początku był dość oporny w sia­da­niu, ucie­kli­śmy się do prze­kup­stwa — kupi­li­śmy ulu­bione żelki i za każdą próbę zro­bie­nia siku dosta­wał pochwałę i żelka. Przy­nio­sło to dość szyb­kie efekty.
  • dodat­kową moty­wa­cją były magne­siki — mia­łam takie “ade­kwatne” do noc­ni­ko­wa­nia, z jakiejś książki. Gdy sia­dał, ale nic nie zro­bił, dosta­wał magnes z pustym noc­ni­kiem, a za zała­twie­nie potrzeby były takie z uśmiech­nię­tym misiem na noc­niku. Przez pierw­sze dwa dni (gdy na tyłku była jesz­cze pie­lu­cha) były same puste noc­niki, ale to i tak już był suk­ces, że w ogóle siadał
  • w sobotę rano poje­cha­li­śmy do tesco, gdzie dziecko wybrało sobie nagrodę, na którą wymie­nić miało magne­siki z tablicy (jeśli uzbiera odpo­wied­nią ilość) i po powro­cie ze sklepu na dobre zdję­li­śmy pieluchę
  • pierw­szego dnia bez pie­lu­chy dużo trzeba było mu przy­po­mi­nać o sika­niu, zali­czył chyba trzy wpadki, ale udało się też zro­bić siku na noc­nik, co uzna­li­śmy za wielki suk­ces :) Żelki od tego dnia były już tylko za pełny nocnik
  • w nie­dzielę — drugi dzień bez pie­lu­chy — Miko­łaj zali­czył tylko jedną wpadkę. Pozo­stałe udało się zro­bić do noc­nika, zaczął nawet wołać, że chce. Tego dnia poje­cha­li­śmy rano na zakupy, więc pro­fi­lak­tycz­nie wło­ży­łam mu jesz­cze pie­lu­chę, ale nie zasi­kał jej wcale
  • czwar­tego dnia po odpie­lu­cho­wa­niu Michu poszedł na 6 godzin do klu­biku z całym wor­kiem ciu­chów na prze­bra­nie, ale nie zasi­kał ani jed­nych. Pięk­nie wołał, zarówno tam, jak i w domu.
  • czwar­tego dnia żelki wpro­wa­dzi­li­śmy tylko wie­czo­rem — dostał jed­nego “za cało­kształt”, ale magne­siki nadal za każdy pełny nocnik
  • po tygo­dniu Miko­łaj zamie­nił swoje magne­siki na nagrodę-zabawkę. Oba­wia­li­śmy się, czy mu nie spad­nie moty­wa­cja, jak otrzyma to, co chciał, ale oka­zało się, że nic takiego się nie stało
  • wie­czorny żelek “za cało­kształt” został wyco­fany w dniu, gdy Miko­łaj dostał zabawkę

W skró­cie tak to u nas wyglą­dało. Przez pierw­sze kilka dni nie umiał jesz­cze do końca oce­nić, czy chce mu się siku, czy kupę, więc na wszystko wołał “siku”, ale po jakichś 3 – 4 dniach zaczął wołać: “Situ!… Nie, tupę!… Nie! Situ i tupę!” :) Teraz już dosko­nale potrafi odczy­tać sygnały swo­jego organizmu.

Ponadto, na wyj­ścia poza dom, zabie­ram ze sobą w ple­caku nakładkę na sedes. Michu jesz­cze nie­zbyt pew­nie się czuje na dużej ubi­ka­cji, na nakładce nato­miast chęt­nie siada. A jest na tyle lekka, że nie jest to dla mnie pro­ble­mem, by ją ze sobą w miej­sca publiczne zabie­rać. Poza tym, w samo­cho­dzie wozimy noc­nik — spraw­dził się np. ostat­nio w tra­sie pod Poznań, gdy Miko­ła­jowi zachciało się siku zaraz po zjeź­dzie z eks­pre­sówki, a nigdzie w pobliżu nie było publicz­nej toa­lety :)

Dobrym star­tem na noc­nik oka­zało się rów­nież przy­go­to­wa­nie spe­cjal­nego miej­sca w łazience. Wyma­gało to tro­chę orga­ni­za­cji, ale udało się, mimo cia­snoty, wygo­spo­da­ro­wać “noc­ni­kowy kącik”. Nie jestem zwo­len­ni­kiem ucze­nia dziecka zała­twia­nia potrzeb przed tv tudzież w innych czę­ściach domu. Maluch powi­nien od początku wie­dzieć, że miej­scem do tego prze­zna­czo­nym jest łazienka. Posta­wi­li­śmy Miko­ła­jowi obok noc­nika koszyk wikli­nowy, w nim kilka ksią­że­czek (prze­gląda przy “dłuż­szym posie­dze­niu”) oraz jego oso­bi­sty papier toa­le­towy. Bar­dzo był z tego zadowolony.

Ładne majtki z boha­te­rem bajki, któ­rego dziecko aku­rat lubi, to też spraw­dzony pomysł. Miko­ła­jowi jakoś tak chyba głu­pio byłoby obsi­ki­wać uwiel­bia­nego Zyg­zaka MCQu­inna… ;)

Tyle z rela­cji o naszej akcji pie­lu­cho­wej. Od dwóch tygo­dni jeste­śmy wolni, Miko­łaj świet­nie sygna­li­zuje, nie­za­leż­nie od sytu­acji i miej­sca. No i o tym, że jeste­śmy dumni, wspo­mi­nać chyba już nie trzeba? :)

Nie żału­jemy, bynaj­mniej, że cze­ka­li­śmy do tego czasu (2 lata 8 mie­sięcy). Wcze­śniej było kilka prób, Miko­łaj nie­zbyt chętny do współ­pracy, więc posta­no­wi­li­śmy dać spo­kój. I widać, dobrze się stało. Udało się zupeł­nie bez stresu Micha i naszego, w bar­dzo szybki spo­sób (zała­pał w dwa dni), bez “łapa­nia siku” do noc­nika tylko po to, by go wytre­so­wać. Przy­dało się też na pewno to, że skoń­czy­li­śmy nasze waka­cyjne wyjazdy i sie­dzie­li­śmy w domu.

Moi Dro­dzy, nie stre­suj­cie się. Tre­ning czy­sto­ści da się prze­pro­wa­dzić na spo­koj­nie (nawet trzeba!) i z suk­ce­sem :) Opo­wie­ści, że dziecko w wieku 2,5 i star­sze nie nauczy się robić na noc­nik, bo jak ma się nauczyć, jeśli do tego czasu robiło w pie­lu­chę na sto­jąco (tak, takie opo­wie­ści krążą na baaar­dzo zna­nym forum o dzie­ciach) ja oso­bi­ście mogę oba­lić. U nas nie było z tym żadnego pro­blemu. I u Was też nie będzie, wystar­czy tylko zna­leźć metodę na swo­jego malu­cha. I wspo­ma­gać go w tym, chwa­lić, nie krzy­czeć, nie kry­ty­ko­wać, nie porów­ny­wać.

Powo­dze­nia!

Oswa­jamy dzie­cięce lęki

1

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 02-05-2010

Tagi: , , , , , , , ,

Dziś krótko, zwięźle i na temat.

Miko­łaj przez bar­dzo długi czas dosta­wał histe­rii pod­czas każ­dej wizyty u leka­rza. Jak już ewen­tu­al­nie udało nam się wejść bez pła­czu do gabi­netu, to każda próba zbli­że­nia się spe­cja­li­sty do Micha koń­czyła się dra­ma­tem i — nie­stety — zazwy­czaj wyko­ny­wa­niem bada­nia na siłę, bo żadne tłu­ma­cze­nia nie działały.

Aż tu nagle przy­szła nam z pomocą pewna zabawka. Kilka mie­sięcy temu za punkty z karty Smart na sta­cji ben­zy­no­wej zamó­wi­li­śmy dla Micha taką wali­zeczkę z zesta­wem lekar­skim (firmy Klein). Zabawka wyglą­dała cał­kiem cie­ka­wie, dobrej jako­ści, z czy­stym sumie­niem mogę polecić.

zestaw_lekarski_Klein
fot. ze strony www.mdziecko.pl

Nowa zabawka — nowa zabawa. Mamy sprzęt, więc możemy bawić się w leka­rza. Raz Miko­łaj był leka­rzem, raz ja, kiedy indziej Mariusz. Pacjenci też bywali różni — począw­szy od domow­ni­ków, a skoń­czyw­szy na wszel­kich maskot­kach a nawet boha­te­rach ksią­że­czek. Miko­łaj badał ser­duszka ste­to­sko­pem, robił zastrzyki, mie­rzył tem­pe­ra­turę w uchu, stu­kał w kolano mło­tecz­kiem i uży­wał lekar­skich noży­czek w bli­żej nie­okre­ślo­nych celach :) Zabawa szła też w drugą stronę — kiedy to Michu był pacjen­tem. Na koniec bada­nia pacjent otrzy­my­wał jedną z przy­go­to­wa­nych wcze­śniej nakle­jek z Dobra­noc­nego Ogrodu i wycho­dził zado­wo­lony ;)

Zabawa zabawą, ale byłam cie­kawa, na ile takie zaję­cia tema­tyczne zapro­cen­tują w rze­czy­wi­sto­ści. I powiem Wam, że rezul­tat prze­rósł moje ocze­ki­wa­nia. Sytu­acja z wizyt lekar­skich zmie­niła się w 100%! Miko­łaj bez pro­blemu daje się zba­dać, pozwala zaj­rzeć leka­rzowi do ucha i poka­zuje gar­dło. Przy oka­zji któ­rejś z wizyt udało nam się wypro­sić od pedia­try drew­nianą szpa­tułkę, więc mamy dodat­kowy przed­miot do zabawy. Ja pozby­łam się stresu zwią­za­nego z zacho­wa­niem Miko­łaja u leka­rza, Miko­łaj pozbył się stresu zwią­za­nego z bada­niem lekar­skim. Obec­nie wystar­czy, że przed wizytą uprze­dzę, że pani dok­tor będzie “słu­chać ser­duszka” i zaglą­dać do gar­dła, i po problemie.

Jest to w sumie pierw­sza zabawa tema­tyczna, dzięki któ­rej udało nam się oswoić lęk Miko­łaja. Jak na razie innych lęków (dłu­go­trwa­łych i więk­szych) nie odno­to­wa­łam. Był nie­wielki pro­blem zwią­zany z obci­na­niem wło­sów — golę Micha maszynką — ale udało się ostat­nio go zmi­ni­ma­li­zo­wać, gdy Miko­łaj mógł pooglą­dać wła­snego tatę, który wcale nie pła­cze, gdy mama goli mu włosy :)

Kochani, jeśli Wasze dziecko cze­goś się boi, posta­raj­cie się zna­leźć jakiś spo­sób na oswo­je­nie tego lęku. Nie cze­kaj­cie aż samo przej­dzie, bo nie­kiedy może się to cią­gnąć bar­dzo długo. Szkoda czasu i ner­wów dziecka. Być może nie zawsze uda się wymy­ślić jakąś trafną zabawę, ale warto pró­bo­wać. Wiele pro­ble­mów roz­wią­zują też róż­nego rodzaju bajki tera­peu­tyczne. Szu­kaj­cie roz­wią­zań, zaan­ga­żuj­cie się w ich wyko­na­nie, a zoba­czy­cie sami, jak to pro­cen­tuje :)

Żegnam Was opty­mi­stycz­nie i dłu­go­week­en­do­wo­ma­jowo :)

Naresz­cie maj!

P.S. Na dowód: zdję­cie Miko­łaja z ostat­niej wizyty u sto­ma­to­loga — fot. by Zacza­ro­wana Kraina:

stomatolog

Miarka wzro­stu, alfa­bet, cyferki…

5

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 13-04-2010

Tagi: , , , , , , , ,

Dziś na szybko, bo czas mnie goni.

Miarka wzro­stu — rzecz cał­kiem przy­datna. W skle­pach dzie­cię­cych z pew­no­ścią można zna­leźć jakieś miarki atrak­cyjne dla dziecka (i dla rodzica), ale nie zawsze są one, nie­stety, prak­tyczne. W naszym przy­padku śmier­cią przez zdar­cie ze ściany skoń­czyły dwie miarki, takiej z gąbki/pianki (czy jak to okre­ślić) wola­łam już nie kupo­wać, bo pew­nie skoń­czy­łaby tak samo. Pew­nie w pokoju trzy lub czte­ro­latka zda­łaby egza­min (tak samo jak papie­rowa), ale z dwu­lat­kiem ciężko prze­dys­ku­to­wać nie­które kwe­stie :) Można kupić jesz­cze miarkę drew­nianą, co jest dobrym wyj­ściem z sytu­acji. Jedyne, co mnie zasmu­ciło w miar­kach drew­nia­nych, to mało inte­re­su­jące wzory, ale może nie szu­ka­łam zbyt dogłęb­nie :)

Koniec koń­ców, posta­no­wi­łam miarkę wzro­stu zro­bić samo­dziel­nie — i to taką na wieki wie­ków ;)

Po pierw­sze: wybra­łam kawa­łek ściany w pokoju Micha. Osza­co­wa­łam wyso­kość na 140 cm z nadzieją, że zanim dzie­cię doro­śnie do tego wzro­stu będę mogła mu zro­bić więk­szą miarkę w pokoju w nowym domu lub miesz­ka­niu ;)

Po dru­gie: wysła­łam męża do mar­ketu budow­la­nego po puszkę bia­łej emul­sji. Poma­lo­wa­łam nią ów kawał ściany — bodajże dwa razy — tak, by pokryło nie­bie­ski, który był na niej wcze­śniej. Oczy­wi­ście, można malo­wać na kolo­rze, który do tej pory pokry­wał ścianę, ale nie­stety barwy nie będą już tak czy­ste i intensywne.

Po trze­cie: przy uży­ciu pozio­micy, farby pla­ka­to­wej czer­wo­nej oraz taśmy malar­skiej nama­lo­wa­łam biało-czerwoną miarkę (jak widać na zdję­ciu poniżej).

Po czwarte: wybra­łam “motyw”. Dzie­cię moje miało wów­czas fik­sa­cję na punk­cie Dobra­noc­nego Ogrodu (gdy­bym robiła ją teraz, byłaby cała w Autach Disneya). Wydru­ko­wa­łam więc ze strony CBe­ebies kilka kolo­ro­wa­nek z posta­ciami z tej bajki (wcze­śniej pomniej­szy­łam je do takiego roz­miaru, jaki wydał mi się odpo­wiedni). Następ­nie powy­ci­na­łam te obrazki i odry­so­wa­łam ich kon­tury na ścia­nie. Dalej, wzo­ru­jąc się na obrazku, powy­peł­nia­łam jego środek ołów­kiem (żeby posta­cie miały nie tylko zarys, ale też oczka, buźki i inne tego typu sprawy ;) )

Po piąte: przy pomocy kolo­rów: czer­wo­nego, bia­łego, zie­lo­nego, nie­bie­skiego, brą­zo­wego i żółtego poma­lo­wa­łam wszyst­kie obrazki (mie­sza­jąc nie­kiedy dane kolory). Gdy prze­schły popra­wi­łam wszyst­kie kon­tury czar­nym pisa­kiem. Doma­lo­wa­łam też kre­ski i liczby na miarce.

Gotowe :) Nic trud­nego, gene­ral­nie rzecz bio­rąc. Moja miarka nie miała jakie­goś skom­pli­ko­wa­nego wzoru, poszła więc szybko. Oczy­wi­ście, wszystko zależy od wła­snej inwen­cji. Już nie można narze­kać, że nie ma takiej miarki, jaką by się chciało :) Jak chcesz jakąś miarkę, to ją po pro­stu zrób :)

A oto dowód rzeczowy:

miarka_wzrostu_dobranocny_ogród

Tro­chę krzywo wyszła na zdję­ciu, ale cóż. W rze­czy­wi­sto­ści jest pro­sta, bo na pozio­micy spraw­dza­łam :)
A ta ciemna wielka kropa nad Tom­bli­bu­siami to nie ele­ment deko­ra­cji, lecz odboj­nik do drzwi :)

Jeśli już jeste­śmy przy pra­cach pla­stycz­nych na domowy uży­tek, to dorzucę tutaj jesz­cze coś. Przy oka­zji malo­wa­nia miarki nama­lo­wa­łam też Michowi na ścia­nie “dżdżow­nicę” z alfa­be­tem oraz kolejkę z cyfer­kami. Miał już wcze­śniej nama­lo­wany cały alfa­bet i cyfry od 1 do 9, ale stwier­dzi­łam, że przyda się tro­chę “świe­żo­ści” :) Nic to wiel­kiego, ale Michowi się podoba. Mi w sumie też :) Oczy­wi­ście nie trzeba wspo­mi­nać o walo­rach edu­ka­cyj­nych ;)

alfabet

cyferki

I na koniec całe dzieło na ścianie:

alfabet2

Dobra­noc :)

P.S. A jed­nak jesz­cze coś. Jeśli już jeste­śmy przy deko­ro­wa­niu pokoju dzie­cię­cego… Długo bar­dzo zasta­na­wia­łam się, jakie obrazki/zdjęcia powinny zawi­snąć na kawałku pustej ściany nad łóżkiem Micha. I kilka mie­sięcy temu wresz­cie wpa­dłam na dosko­nały, jak się oka­zało, pomysł. W trzy rów­nej wiel­ko­ści (for­mat A3), ale o innych kolo­rach ramki (kupione w jakiejś pro­mo­cji w Leroy Mer­lin, bodajże za 25 zł sztuka) opra­wi­łam malunki naszego dziecka. Kie­dyś dałam mu do malo­wa­nia far­bami czarny bry­stol. Zaba­zgrał cały blok, a że to były pierw­sze poważ­niej­sze próby z farb­kami, zosta­wi­łam wszyst­kie prace. Wybra­li­śmy z nich trzy “naj­cie­kaw­sze”, opra­wi­li­śmy i usa­dzi­li­śmy na ścia­nie. Naj­pięk­niej­szą rze­czą była wów­czas radość i duma Miko­łaja, który dosko­nale wie­dział, że to jego obrazki tam wiszą :) Cią­gle poka­zy­wał na nie palu­chem i wołał: “Ja! Ja!” :)
Oto prze­pis jak w pro­sty spo­sób spra­wić przy­jem­ność dziecku, dowar­to­ścio­wać je i jed­no­cze­śnie ude­ko­ro­wać ścianę :)