Czu­pury i inne zabawy z wyobraźnią” — książka, którą warto mieć!

0

Posted by Zosia | Posted in Moja czytelnia, Pod mikroskopem, Zabawowo | Posted on 31-05-2010

Tagi: , , , , , , , , ,

Kilka tygo­dni temu w księ­gar­niach poja­wiła się nowa książka z pro­po­zy­cjami zabaw dla dzieci — “Czu­pury i inne zabawy z wyobraź­nią” Odety Moro-Figurskiej i Ewy Ulrich-Załęskiej. Czę­sto i gęsto rekla­mo­wana w radiu, któ­rego słu­cham w samo­cho­dzie, wzbu­dziła moje zain­te­re­so­wa­nie (no, dobra, moja sym­pa­tia do Michała Figur­skiego też ode­grała swoją rolę ;) ).

Kilka dni po pre­mie­rze ude­rzy­łam więc do Empiku, by obej­rzeć owo
bele­try­styczne cudo. Przy­znam się szcze­rze i bez bicia, że byłam scep­tycz­nie nasta­wiona do kolej­nej tego typu książki. Podob­nych pozy­cji na rynku jest mnó­stwo — przy­naj­mniej jeśli idzie o tema­tykę, bo z reali­za­cją bywa róż­nie. No i są przede wszyst­kim moje ulu­bione “Zabawy fun­da­men­talne”, które, mogłoby się wyda­wać, wyczer­pują temat. Ponadto zasta­na­wiało mnie autor­stwo — na ile to rze­czy­wi­ście war­to­ściowa i cie­kawa książka, a na ile tek­sty o wszyst­kim i o niczym zna­nych w róż­nych środo­wi­skach Pań. Ale oka­zało się, że zosta­łam bar­dzo mile zasko­czona! Książka, po prze­wer­to­wa­niu, tak bar­dzo przy­pa­dła mi do gustu, że nie mogłam się oprzeć posia­da­niu jej na wła­sność.

Zacznę od tego, co pierw­sze “rzuca się w oczy” czyli od gra­fiki i oprawy. Książka od pierw­szego wra­że­nia przy­ciąga kolo­ry­styką i pięk­nymi foto­gra­fiami. Zarówno rysunki jak i zdję­cia są bar­dzo pomy­słowe, nadają książce bar­dzo żywy, rado­sny cha­rak­ter — wspa­niale oddają nastrój zabawy. Sty­li­za­cja foto­gra­fii jest pro­sta i dla­tego tak bar­dzo przy­ciąga uwagę — pięk­nie ilu­struje nastrój wspól­nie spę­dza­nego z rodziną czasu.

Co do tre­ści, to być może sam pomysł z walo­rami edu­ka­cyj­nymi nie jest czymś odkryw­czym (mamy to już choćby we wspo­mnia­nych ZF), ale z pew­no­ścią bar­dzo przy­datny. Nato­miast same pomy­sły zabaw zro­biły na mnie wiel­kie wra­że­nie, wzbu­dziły zachwyt oraz wskrze­siły posta­no­wie­nie, by prze­te­sto­wać je w przy­szło­ści (a nie­które już teraz) na moim dziecku. Sporo jest takich, które łatwiej wyko­nać ze star­szym niż dwu­la­tek dziec­kiem, jed­nak część z nich można wypró­bo­wać w 100% a część dosto­so­wać do wła­snych potrzeb i moż­li­wo­ści. Pomy­sły zabaw z “Czu­pu­rów” są tak pory­wa­jące i cie­kawe, że po prze­czy­ta­niu kilku od razu mia­łam ochotę je wyko­nać. Jed­no­cze­śnie — co jest naj­więk­szą zaletą owych zaba­wo­wych prze­pi­sów — są pro­ste do wyko­na­nia. Do więk­szo­ści z nich (o ile nie do wszyst­kich) potrzebne są przed­mioty i pro­dukty, które zazwy­czaj znaj­dują się w każ­dym pol­skim domu. Żadna mama, bab­cia czy cio­cia nie mają w obli­czu tej książki wytłu­ma­cze­nia, iż nie będą bawić się z dziec­kiem, bo nie mają czym. Nie trzeba dro­gich zaba­wek, by wesoło spę­dzić czas z malu­chem (albo i star­sza­kiem ;) ). Wystar­czy wła­sna pomy­sło­wość lub posił­ko­wa­nie się pro­po­zy­cjami z “Czu­pu­rów” i super-zabawa gotowa :)

Cie­ka­wym pomy­słem jest podział zabaw na… pomiesz­cze­nia lub oko­licz­no­ści, w któ­rych dany prze­pis można zre­ali­zo­wać. Są takie zabawy, które można wyko­nać w kuchni, albo takie, które koniecz­nie trzeba prze­te­sto­wać w łazience. Są też pro­po­zy­cje do wyko­rzy­sta­nia w trak­cie podróży samo­cho­dem oraz takie, któ­rymi można zająć małego cho­ruszka. Każda opi­sana w przej­rzy­sty spo­sób — włącz­nie z listą “pro­duk­tów” oraz dokład­nym sce­na­riu­szem.

W książce można też zna­leźć kilka porad eks­per­tów — zazwy­czaj spon­so­rów książki. Nie­które są bar­dziej cie­kawe, inne mniej — ale obu­rzać się nie ma o co, gdyż bez kon­kret­nego wspar­cia finan­so­wego książka ta pew­nie nie mogłaby uka­zać się w takim nakła­dzie. Ważne jest wszakże, że owe spon­so­ro­wane porady nie prze­szka­dzają w przy­swa­ja­niu tre­ści naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cej :)

Tyle, Kochani, o książ­ko­wej nowo­ści. Z czy­stym sumie­niem pole­cam wszyst­kim rodzi­com, dziad­kom, cio­ciom i wuj­kom oraz opie­kun­kom. Znaj­dzie­cie tu wiele ory­gi­nal­nych pomy­słów na wesołe i odkryw­cze zabawy z dzie­cia­kami w róż­nym wieku. Nie ma się co wsty­dzić szu­ka­nia goto­wych roz­wią­zań na spę­dze­nie czasu z malu­chem. Nawet naj­bar­dziej prze­bo­jowa cio­cia miewa gor­szy dzień i wtedy taki porad­nik jest jak zna­lazł!
Być może teraz zabrzmi to jak tekst z arty­kułu spon­so­ro­wa­nego (a nie­stety, taki nie jest), ale powiem to: Sztur­mem do księ­garni po “Czu­pury”. A kto nie kupi… ten trąba! ;)

Oswa­jamy dzie­cięce lęki

1

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 02-05-2010

Tagi: , , , , , , , ,

Dziś krótko, zwięźle i na temat.

Miko­łaj przez bar­dzo długi czas dosta­wał histe­rii pod­czas każ­dej wizyty u leka­rza. Jak już ewen­tu­al­nie udało nam się wejść bez pła­czu do gabi­netu, to każda próba zbli­że­nia się spe­cja­li­sty do Micha koń­czyła się dra­ma­tem i — nie­stety — zazwy­czaj wyko­ny­wa­niem bada­nia na siłę, bo żadne tłu­ma­cze­nia nie działały.

Aż tu nagle przy­szła nam z pomocą pewna zabawka. Kilka mie­sięcy temu za punkty z karty Smart na sta­cji ben­zy­no­wej zamó­wi­li­śmy dla Micha taką wali­zeczkę z zesta­wem lekar­skim (firmy Klein). Zabawka wyglą­dała cał­kiem cie­ka­wie, dobrej jako­ści, z czy­stym sumie­niem mogę polecić.

zestaw_lekarski_Klein
fot. ze strony www.mdziecko.pl

Nowa zabawka — nowa zabawa. Mamy sprzęt, więc możemy bawić się w leka­rza. Raz Miko­łaj był leka­rzem, raz ja, kiedy indziej Mariusz. Pacjenci też bywali różni — począw­szy od domow­ni­ków, a skoń­czyw­szy na wszel­kich maskot­kach a nawet boha­te­rach ksią­że­czek. Miko­łaj badał ser­duszka ste­to­sko­pem, robił zastrzyki, mie­rzył tem­pe­ra­turę w uchu, stu­kał w kolano mło­tecz­kiem i uży­wał lekar­skich noży­czek w bli­żej nie­okre­ślo­nych celach :) Zabawa szła też w drugą stronę — kiedy to Michu był pacjen­tem. Na koniec bada­nia pacjent otrzy­my­wał jedną z przy­go­to­wa­nych wcze­śniej nakle­jek z Dobra­noc­nego Ogrodu i wycho­dził zado­wo­lony ;)

Zabawa zabawą, ale byłam cie­kawa, na ile takie zaję­cia tema­tyczne zapro­cen­tują w rze­czy­wi­sto­ści. I powiem Wam, że rezul­tat prze­rósł moje ocze­ki­wa­nia. Sytu­acja z wizyt lekar­skich zmie­niła się w 100%! Miko­łaj bez pro­blemu daje się zba­dać, pozwala zaj­rzeć leka­rzowi do ucha i poka­zuje gar­dło. Przy oka­zji któ­rejś z wizyt udało nam się wypro­sić od pedia­try drew­nianą szpa­tułkę, więc mamy dodat­kowy przed­miot do zabawy. Ja pozby­łam się stresu zwią­za­nego z zacho­wa­niem Miko­łaja u leka­rza, Miko­łaj pozbył się stresu zwią­za­nego z bada­niem lekar­skim. Obec­nie wystar­czy, że przed wizytą uprze­dzę, że pani dok­tor będzie “słu­chać ser­duszka” i zaglą­dać do gar­dła, i po problemie.

Jest to w sumie pierw­sza zabawa tema­tyczna, dzięki któ­rej udało nam się oswoić lęk Miko­łaja. Jak na razie innych lęków (dłu­go­trwa­łych i więk­szych) nie odno­to­wa­łam. Był nie­wielki pro­blem zwią­zany z obci­na­niem wło­sów — golę Micha maszynką — ale udało się ostat­nio go zmi­ni­ma­li­zo­wać, gdy Miko­łaj mógł pooglą­dać wła­snego tatę, który wcale nie pła­cze, gdy mama goli mu włosy :)

Kochani, jeśli Wasze dziecko cze­goś się boi, posta­raj­cie się zna­leźć jakiś spo­sób na oswo­je­nie tego lęku. Nie cze­kaj­cie aż samo przej­dzie, bo nie­kiedy może się to cią­gnąć bar­dzo długo. Szkoda czasu i ner­wów dziecka. Być może nie zawsze uda się wymy­ślić jakąś trafną zabawę, ale warto pró­bo­wać. Wiele pro­ble­mów roz­wią­zują też róż­nego rodzaju bajki tera­peu­tyczne. Szu­kaj­cie roz­wią­zań, zaan­ga­żuj­cie się w ich wyko­na­nie, a zoba­czy­cie sami, jak to pro­cen­tuje :)

Żegnam Was opty­mi­stycz­nie i dłu­go­week­en­do­wo­ma­jowo :)

Naresz­cie maj!

P.S. Na dowód: zdję­cie Miko­łaja z ostat­niej wizyty u sto­ma­to­loga — fot. by Zacza­ro­wana Kraina:

stomatolog

Nowe zna­czy gorsze?

2

Posted by Zosia | Posted in Mały inteligent, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 29-03-2010

Tagi: , , , , , , , , ,

W ciągu ostat­niego tygo­dnia chyba ze cztery razy spo­tka­łam się z opi­nią, że “bajki naszego dzie­ciń­stwa” (czy­taj: naszego czyli osób w oko­li­cach trzy­dziestki i wię­cej), to dopiero były bajki! Takie dobre, bez prze­mocy, takie sym­pa­tyczne… Do tego miej­sca jestem w sta­nie się zgo­dzić. Ale gdy po każ­dym z tych tek­stów usły­sza­łam: “Nie to, co dzi­siaj. Dzi­siaj już się nie robi takich bajek. Współ­cze­sne bajki ogłu­piają, fał­szują świat, są naszpi­ko­wane prze­mocą…” itd. pomy­śla­łam: NIE! To nie­prawda! Ale po kolei.

Rek­sio, Bolek i Lolek, Kre­cik, Żwirek i Mucho­mo­rek, Jacek i Agatka i tym podobni boha­te­ro­wie z pew­no­ścią mają wiele wspa­nia­łych cech. Nie można im odmó­wić cie­ka­wego sce­na­riu­sza, peł­nego życio­wych pro­ble­mów, miłych powierz­chow­no­ści i walo­rów edu­ka­cyj­nych. Mamy do nich tym więk­szy sen­ty­ment, że sami je oglą­da­li­śmy jako dzieci, a jasne jest, że to, co koja­rzy nam się pozy­tyw­nie z okre­sem dzie­ciń­stwa, uwa­żamy za coś szcze­gól­nego i naj­lep­szego. Ale warto też spoj­rzeć tro­chę kry­tycz­nie na owe pro­duk­cje. Ani to spe­cjal­nie piękne gra­ficz­nie nie było, ani szcze­gól­nie kolo­rowe… No, ale ok, i tak oglą­da­li­śmy. Koniec koń­ców, nic innego wów­czas nasza tele­wi­zja nie nada­wała. Bajki z Zachodu czy Sta­nów były rzad­ko­ścią, a na nich rażąco było widać, jak bar­dzo nasze pro­duk­cje odstają pod wie­loma wzglę­dami. Taki Kaczor Donald choćby. Albo Sco­oby­Doo, który, jak wyczy­ta­łam ostat­nio, został ani­mo­wany już pod koniec lat 60-tych, w naprawdę dobrej jako­ści gra­ficz­nej (co zresztą można zoba­czyć, bo o ile się nie mylę, to te star­sze odcinki emi­tuje w sobot­nie poranki Pol­sat). Do takiego poziomu gra­fiki “nasze” (w sen­sie pol­skie i z pobli­skich państw) bajki zaczęły docho­dzić grube kil­ka­dzie­siąt lat później.

Co więc takiego miały “bajki naszego dzie­ciń­stwa”, co czy­ni­łoby je tak wyjąt­ko­wymi? Czym wyróż­niają się na tle współ­cze­snych ani­ma­cji, że zda­rza się usły­szeć, że były takie fan­ta­styczne, a teraz to sam chłam i prze­moc? Otóż, moi dro­dzy, te bajki nie miały w sobie nic szcze­gól­nego. Mam wra­że­nie, że tylko nasz sen­ty­ment daje im tak wyso­kie miej­sce w ran­kin­gach bajek. Nie twier­dzę, że każdą z nich można zastą­pić, ale więk­szość tema­tów prze­ra­bia­nych w tych ani­ma­cjach jest obecna w nowych wytwo­rach, które z pew­no­ścią wyglą­dają o wiele cie­ka­wiej i lepiej (przy­naj­mniej w więk­szo­ści, bo, jak wia­domo, wszę­dzie może zda­rzyć się wyją­tek).
Nie­które z daw­nych ani­ma­cji są na nowo emi­to­wane, doda­wane do gazet, pako­wane w pakiety i wysta­wiane na pół­kach w empi­kach, prze­ra­biane na gry itd. Broń Boże, nie kry­ty­kuję tu żadnego Rek­sia, czy Kre­cika. Sama bar­dzo lubi­łam te bajki. Chcę tylko uzmy­sło­wić czę­ści z nas (wła­śnie tej, która tak cią­gle krzy­czy, że teraz takich dobrych bajek już nie ma!), że się myli. Że dobre bajki są reali­zo­wane. Że na ich korzyść działa nie tylko łatwiej­szy do nich dostęp (kablówka, dvd, Inter­net), ale też kolo­ry­styka, o wiele więk­szy wybór cie­ka­wych boha­te­rów, a przede wszyst­kim bar­dziej aktu­alna pro­ble­ma­tyka. Pew­nie, “bajki naszego dzie­ciń­stwa” są nadal jak naj­bar­dziej “na cza­sie”, jeśli idzie o tema­tykę, ale współ­cze­sne bajki czę­sto odno­szą się do współ­cze­snych spraw. Nie oszu­kujmy się, przez trzy­dzie­ści lat wiele się zmie­niło. Kie­dyś Rek­sio mógł tylko marzyć o budce tele­fo­nicz­nej w pobliżu swo­jej budy, dziś Super­cy­fry korzy­stają z komórki… Zmie­nia się nasz świat, zmie­niają się przed­mioty codzien­nego użytku, w naszych domach poja­wiają się nowe tech­no­lo­gie, za któ­rymi nasze dziecko będzie chciało/musiało nadą­żyć, żeby w przy­szło­ści uła­twić sobie życie. Spora część współ­cze­snych ani­ma­cji poru­sza wiele aktu­al­nych pro­ble­mów. Są w nich zarówno różne war­to­ści moralne, jak i całe mnó­stwo walo­rów edu­ka­cyj­nych. I tak, jak w “baj­kach naszego dzie­ciń­stwa”, nie ma w nich prze­mocy.

Dla­tego, jeśli Wasze dziecko chce obej­rzeć bajkę, to nie bie­gnij­cie od razu do sklepu po kolejną część Rek­sia, ale pozwól­cie mu obej­rzeć coś nowego :) Oczy­wi­ście, nic nie zwal­nia nas z obo­wiązku przyj­rze­nia się każ­dej ani­ma­cji, bo a nuż zda­rzy się jakaś czarna owca w rodzi­nie? Ale pro­szę Was, nie daj­cie sobie wmó­wić, że teraz nie ma dobrych bajek. Bo są.

Podam Wam kilka przy­kła­dów róż­nych ani­ma­cji, które niosą za sobą wiele walo­rów edu­ka­cyj­nych, a zara­zem są atrak­cyjne gra­ficz­nie, mają cie­kawy sce­na­riusz i bar­dzo miłych boha­te­rów. Są one z pew­no­ścią znane spo­rej czę­ści dzieci i rodzi­ców. Nie­stety (albo stety), więk­szość z nich pocho­dzi z ramówki CBe­ebies albo Mini-Mini. Nie jest to żadna reklama, po pro­stu moje dziecko, jeśli ogląda jakieś bajki, to wła­śnie na któ­rymś z tych kana­łów, z wybitną prze­wagą tego pierw­szego. Jestem więc w nich, mniej-więcej, na bieżąco.

Oto moje propozycje:

  • Bra­cia Koala
  • Tele­tu­bi­sie
  • Dobra­nocny ogród
  • Super­cy­fry
  • Księ­ży­cowy Jim
  • Humf
  • Niedź­wiedź w dużym nie­bie­skim domu
  • Nosal i Skrob
  • Pinky Dinky Do
  • Czer­wony traktorek
  • Char­lie i Lola
  • Duży i mały

Tyle mi przy­szło do głowy, ot, tak. Gdyby poszpe­rać, z pew­no­ścią zna­la­złoby się wię­cej. No i poza tym są to same krót­kie metraże. Bo bajek peł­no­me­tra­żo­wych nie wyli­czam, choć jest ich także sporo i rów­nie dobrych.

Wymie­nione bajki widzia­łam oso­bi­ście i bez stresu mogę każdą z nich poka­zać mojemu dwu­let­niemu dziecku.

Myślę, że odda­łam spra­wie­dli­wość baj­kom powsta­łym w ciągu ostat­niego dzie­się­cio­le­cia :) Nie obra­ża­jąc Rek­sia i reszty ferajny, nie znie­chę­ca­jąc bynaj­mniej do powra­ca­nia od czasu do czasu do “bajek naszego dzie­ciń­stwa”, zachę­cam rów­nież do obej­rze­nia nie­kiedy bajek “now­szej gene­ra­cji”, bo one naprawdę mogą wnieść dużo uroz­ma­ice­nia :)

Pozdra­wiam Was wszyst­kich ser­decz­nie i życzę spo­koj­nych przy­go­to­wań świą­tecz­nych :)

Na koniec dla przy­po­mnie­nia Reksio:

oraz pio­senka począt­kowa z Braci Koala:

Źródło, jak widać: YouTube.

Piękna mama

1

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 12-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

W nawią­za­niu do poprzed­niego wpisu chcia­ła­bym Wam, dro­gie Mamy (i Nie-Mamy rów­nież), coś pole­cić. Otóż, nama­wiać Was będę namięt­nie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką. Dla­czego? Posta­ram się wyja­śnić w kilku słowach.

Myślę, że więk­szość z nas, jeśli nie codzien­nie, to przy­naj­mniej od wiel­kiego dzwonu (czy­taj w nie­dzielę i święta) pró­buje nało­żyć sobie maki­jaż. Każda z nas chce prze­cież dobrze się pre­zen­to­wać. Tak, wiem, znam tę gadkę, że kobieta bez maki­jażu wygląda rów­nie pięk­nie, co natu­ral­nie itd. Ale bądźmy szczere — naprawdę nie­wiele z nas może pochwa­lić się ide­alną, piękną cerą. Poza tym nie cho­dzi mi tu o maki­jaż, który ma bić po oczach, ale o coś, co pasuje indy­wi­du­al­nie do każ­dej z nas. Do tego potrzebna jesteś Ty, Droga Mamo lub Nie-Mamo, oraz wła­śnie makijażystka.

Kilka tygo­dni temu zosta­łam zapro­szona na indy­wi­du­alne spo­tka­nie przez zaprzy­jaź­nioną maki­ja­żystkę i cha­rak­te­ry­za­torkę — Romę. Spo­tka­nie trwało około dwóch godzin i było dla mnie odkry­wa­niem nowego lądu. Ha, pew­nie, że się wcze­śniej malo­wa­łam. Ale oka­zało się, że połowa z moich kosme­ty­ków została źle (przeze mnie, rzecz jasna) dobrana kolo­ry­stycz­nie, o jako­ści już nie wspo­mi­na­jąc. Ale nie to było dla mnie naj­waż­niej­sze. Roma wytłu­ma­czyła mi (i roz­ry­so­wała) krok po kroku jak, co i czym malo­wać. W jaki spo­sób nakła­dać dany cień, jak nakła­dać pod­kład, w jaki spo­sób zro­bić kre­skę eyeli­ne­rem… To brzmi tak banal­nie… Wyda­wało mi się do tej pory, że prze­cież wszystko to robi­łam dobrze, w końcu jakoś strasz­nie nie wyglą­da­łam po zro­bie­niu sobie maki­jażu. I owszem, ale po tym spo­tka­niu moje umie­jęt­no­ści wzro­sły o wiele, wiele bar­dziej. Roma pomo­gła mi dobrać kolo­ry­stykę, wytłu­ma­czyła jaki maki­jaż na jaką porę dnia, pole­ciła kilka spraw­dzo­nych firm pro­du­ku­ją­cych kosme­tyki, sprze­dała kilka tri­ków i wyja­śniła co eks­po­no­wać, a co tuszo­wać (i w jaki sposób)…

Pole­cam Wam takie spo­tka­nie całym ser­cem. Jeśli jeste­ście z Wro­cła­wia, tudzież oko­lic, to, rzecz jasna, bez owi­ja­nia w bawełnę, radzę Wam skon­tak­to­wać się wła­śnie z Romą. Link do jej strony inter­ne­to­wej od dawna już wisi w zakładce “Zaj­rzyj koniecz­nie”, ale wrzu­cam go też tutaj: Maki­jaż od kuchni. Jeśli miesz­ka­cie dalej, to poszu­kaj­cie sobie w oko­licy kogoś podob­nego, bo to, co może­cie zyskać warte jest zain­we­sto­wa­nia kil­ku­dzie­się­ciu zło­tych. Nie cho­dzi mi tylko o zauro­czone spoj­rze­nia męża (tudzież innych męż­czyzn ;) ), ale przede wszyst­kim o Wasze wła­sne samo­po­czu­cie. Jeśli jesz­cze się sobie nie spodo­ba­ły­ście, to macie na to realną szansę — naucz­cie się pra­wi­dłowo robić maki­jaż. To nic wiel­kiego, a z sza­rej myszki może­cie wycza­ro­wać praw­dziwą kró­lową :) I to swo­imi wła­snymi rękoma!

Jeśli lubi­cie się malo­wać, zaczy­na­cie swoją przy­godę z maki­ja­żem, tudzież chcia­ły­by­ście coś zmie­nić w swoim wyglą­dzie, jesz­cze raz powta­rzam: Idź­cie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką. Powiem wię­cej: jeśli potrze­bu­je­cie zro­bić coś dla sie­bie, jeśli jeste­ście zmę­czone codzien­no­ścią, znu­dzone, znu­żone, przy­ga­szone, jeśli potrze­bu­je­cie wyjść z domu, zmie­nić choć na chwilę środo­wi­sko z dzie­cię­cego na bab­skie, to: Idź­cie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką!!! Wró­ci­cie wypo­częte, pełne nowej ener­gii, śliczne, uśmiech­nięte — przy­naj­mniej jak po week­en­dzie w spa ;) Bab­skie spo­tka­nie dla Bab. Warto :)

Pomoc­nik współ­cze­snego rodzica czyli oda do iPhone’a

5

Posted by Zosia | Posted in Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 18-01-2010

Tagi: , , , , , , , ,

(Nie­stety) nie jest to arty­kuł spon­so­ro­wany. Nie będę zagłę­biać się w spe­cy­fi­ka­cję tech­niczną ani w to, czy inny tele­fon posiada podobne funk­cje. Innych urzą­dzeń nie testo­wa­łam, iPhone’a uży­wam, więc piszę o tym, co znam.

Gdy dwa mie­siące temu wzię­łam do ręki iPhone’a stwier­dzi­łam, że nigdy, ale to nigdy nie dam Miko­ła­jowi do ręki tak dro­giego urzą­dze­nia. Pomna róż­nych przy­gód, które spo­tkały moje dwa poprzed­nie tele­fony (włącz­nie z topie­niem w misce z wodą nokii 6300 — mocny model, po dwóch dniach susze­nia działa do dziś bez zarzu­tów i służy jako tele­fon rezer­wowy) stwier­dzi­łam, że żywot­ność iPhone’a w zetknię­ciu z moim dzie­cię­ciem może zostać mocno ogra­ni­czona, więc lepiej dmu­chać na zimne. No ale cóż. Bywają momenty, że trzeba zwe­ry­fi­ko­wać swoje poglądy i posta­no­wie­nia. Zwłasz­cza ostatni pobyt w szpi­talu poka­zał, jak bar­dzo taki iPhone może być pomocny w zapeł­nia­niu czasu dziecku, zwłasz­cza, gdy w pew­nych sytu­acjach trzeba malu­cha utrzy­mać w miej­scu przez dłuż­szy czas.

Co mnie, matce dwu­latka, bar­dzo przy­daje się w iPho­nie?

Po pierw­sze iPod :) Oglą­da­nie bajek wrzu­co­nych do tele­fonu, słu­cha­nie muzyki lub baj­ko­wych słu­cho­wisk to rewe­la­cyjna pomoc w wielu sytu­acjach. Z pew­no­ścią spraw­dza się w samo­cho­dzie, pod­czas dłu­giej podróży, czy w pocze­kalni u leka­rza, który się spóź­nia :)

Po dru­gie łącze inter­ne­towe. Nigdy do tej pory nie korzy­sta­łam z Inter­netu za pośred­nic­twem tele­fonu, więc być może nie odkryję tu Ame­ryki. Jed­nakże szybki dostęp do sieci, pro­sta obsługa prze­glą­darki, no i w ogóle osobna ikonka do youtube, to dla mnie zupeł­nie nowa jakość korzy­sta­nia z tele­fonu. Wspo­mniane natych­mia­stowe połą­cze­nie z youtube ura­to­wało mi kil­ku­krot­nie życie, gdy Miko­łaj doma­gał się ulu­bio­nego “Dobra­noc­nego Ogrodu”, któ­rego aku­rat wgra­nego nie miałam.

Po trze­cie całe mnó­stwo bez­płat­nych i płat­nych apli­ka­cji, które można pobrać z App­Store na swój tele­fon i korzy­stać do woli. Nie muszą to być jed­nakże pozba­wione sensu gierki. Dostępne jest całe mnó­stwo róż­nych faj­nych pro­gra­mów dla dzie­cia­ków: maluch może ryso­wać, kolo­ro­wać, grać na pia­ni­nie, bęb­nach, uczyć się nazw i dźwię­ków wyda­wa­nych przez zwie­rzęta, ukła­dać wir­tu­alne puz­zle… Co prawda widzę tu cią­gle pole do popisu, ale powo­dów do narze­kań wcale nie jest wiele. Po pierw­sze bra­kuje takich apli­ka­cji w języku pol­skim. Rozu­miem, że w angiel­skim wię­cej się sprzeda, ale pol­skich użyt­kow­ni­ków iPhone’a i iPoda przy­bywa, więc szkoda byłoby tego nie wyko­rzy­stać. Poza tym jest tu też pole do popisu dla pomy­sło­daw­ców takich apli­ka­cji. Nie oszu­kujmy się, coraz wię­cej dzieci ma dostęp do podob­nych urzą­dzeń. Warto wyko­rzy­stać to do ich edu­ka­cji i roz­rywki. Pro­ste pro­gramy do nauki kształ­tów, kolo­rów, lite­rek czy cyfe­rek z pew­no­ścią mia­łyby powo­dze­nie.

A oto kilka przy­kła­do­wych apli­ka­cji, które można pobrać z App­Store, a które mogą się przy­dać rodzi­cowi małego dziecka:

  • na począ­tek tro­chę zwie­rzą­tek: Vocal Zoo, I hear ewe oraz Elias Zoo. W każ­dym cho­dzi mniej wię­cej o to samo — dotyka się danego zwie­rzątka i wów­czas zwie­rzątko wydaje ade­kwatny do sie­bie odgłos. Bywają różne kom­bi­na­cje, bar­dziej i mniej udane zestawy zwie­rza­ków, cza­sem jesz­cze lek­tor wyma­wia angiel­ską nazwę zwie­rzątka. Ogól­nie miła zabawa:

    vocal zoo
    Vocal Zoo

    i hear ewe
    I hear ewe

    elias zoo
    Elias Zoo

  • następ­nie kilka apli­ka­cji muzycz­nych: Vir­tu­oso Piano Pro, iCon­gas, Sha­ker oraz Drum Kit. Jak wyglą­dają — każdy widzi. Dzia­łają na zasa­dzie praw­dzi­wych instru­men­tów — doty­kasz pal­cem kon­kret­nego kla­wi­sza — sły­szysz kon­kretny dźwięk. Tylko w Sha­ke­rze jest ina­czej — trzeba potrzą­sać tele­fo­nem, by usły­szeć wybrany instrument.

    virtuoso piano
    Vir­tu­oso Piano

    iCongas
    iCon­gas lite

    shaker
    Sha­ker

    drum kit
    Drum Kit Lite

  • dalej tro­chę sztuk pla­stycz­nych ;)  — jedna z wielu apli­ka­cji umoż­li­wia­ją­cych ryso­wa­nie w tele­fo­nie — iDo­odle 2. Dodam, że stwo­rzony obra­zek można zapi­sać i wysłać np. mmsem

    iDoodle
    iDoodle
    iDo­odle 2 lite

  • można też poukła­dać puz­zle, np.: My first puz­zles lub Wood puz­zle

    my first puzzles
    My first puzzles

    wood puzzle
    Wood puz­zle

  • i na koniec hit, jak dla mnie — Bal­lo­oni­mals :) Taka sobie apli­ka­cja umoż­li­wia­jąca… nadmu­cha­nie balo­no­wego zwie­rzaka! Dmu­cha się w mikro­fon, następ­nie potrząsa tele­fo­nem i powstaje zwie­rzak. Na koniec można jesz­cze dopom­po­wać pompką, by balon pękł. To, co ja mam w tele­fo­nie, to wer­sja dar­mowa, z jed­nym tylko zwie­rza­kiem. Za nie­całe 1 euro można kupić cały pakiet balo­no­wych zwie­rza­ków. Apli­ka­cję odkry­łam dzięki pew­nemu Bli­po­wi­czowi, któ­remu tutaj skła­dam podziękowanie.

    Dmu­cha­nie:
    balloonimals

    Potrzą­sa­nie:
    balloonimals

    Potrzą­sa­nia ciąg dal­szy (zwie­rzak już “się two­rzy”):
    balloonimals

    I oto jest, w całej swej oka­za­ło­ści:
    balloonimals

Przy oka­zji rodzi mi się pyta­nie do Czy­tel­ni­ków — czy ktoś może pod­rzu­cić jesz­cze coś cie­ka­wego, coś, co mogłoby być atrak­cyjne lub przy­datne dla dziecka, a co można pobrać na iPhone’a? Będę wdzięczna za wszel­kie pomysły.

Rzec jesz­cze muszę, że oprócz Wood puz­zle wszyst­kie te apli­ka­cje są dar­mowe. Wiele z nich można roz­sze­rzyć za nie­wielką zazwy­czaj opłatą o dodat­kowe funk­cje lub tzw. pełne wersje.

Umiesz­czone tutaj zdję­cia to zrzuty z ekranu mojego tele­fonu. Taka cał­kiem przy­jemna rzecz; kolejna, która podoba mi się w iPho­nie i która, jak widać, cza­sem się przy­daje :)

Rewe­la­cyjną funk­cją iPhone’a dla mnie jest bez­po­śred­nie eks­por­to­wa­nie nagra­nych fil­mi­ków do youtube. Jest to jedna z naj­czę­ściej wyko­rzy­sty­wa­nych przeze mnie moż­li­wo­ści tego tele­fonu. Do tej pory wyglą­dało to tak: nagry­wa­łam fil­mik kamerką wbu­do­waną w apa­rat foto­gra­ficzny, następ­nie zrzu­ca­łam go do kom­pu­tera i stam­tąd umiesz­cza­łam na youtube. Fil­miki z iPhone’a, jeśli jest tylko dostęp do sieci (a zazwy­czaj jest) od razu wrzu­cam na stronę. Jest to dla mnie bar­dzo wygodne. Oczy­wi­ście, fil­miki stra­ciły tro­chę na jako­ści, ale nie prze­sa­dzajmy — na moje potrzeby roz­dziel­czość iPhone’a w zupeł­no­ści wystar­cza. Poza tym fil­mik można też w iPho­nie przy­ciąć i to w zupeł­nie pro­sty spo­sób.

Na mar­gi­ne­sie dodam, że fil­miki i zdję­cia można też wysy­łać z iPhone’a mailem. Kilka dni po zaku­pie tele­fonu mał­żo­nek skon­fi­gu­ro­wał mi moje konta pocz­towe i powiem Wam, że odbie­ra­nie i wysy­ła­nie wia­do­mo­ści e-mail w tele­fo­nie bar­dzo mi się spodo­bało. Nie trzeba włą­czać kom­pu­tera :)

Naj­pięk­niej­sze w iPho­nie jest jed­nak to, że jest taki intu­icyjny w obsłu­dze. Nawet blon­dynka go zro­zu­mie ;) Z apli­ka­cji wystar­czy korzy­stać “na czuja” i ze spo­ko­jem dacie sobie radę.

Pew­nie jesz­cze mogła­bym tro­chę popi­sać, ale myślę, że na razie wystar­czy. Jak będzie­cie mieli oka­zję — wypró­buj­cie iPhone’a. Jeśli się waha­cie czy kupić — kup­cie. Będzie­cie zado­wo­leni :) To jest wszyst­ko­ma­jący tele­fon. Serio :)

P.S. A teraz będę pisać do pol­skiego oddziału Apple, aby mi zapła­cili za takiego rekla­mo­wego posta ;)