Mamo, zrób coś dla siebie!

0

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 02-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

Każda mama może w pew­nym momen­cie czuć się zmę­czona. Nie cho­dzi mi o zmę­cze­nie fizyczne, jak na przy­kład po sko­pa­niu ogródka, ale o zmę­cze­nie psy­chiczne. Powiem wprost — o zmę­cze­nie dziec­kiem. Dopada ono naj­czę­ściej mamy, które bar­dzo długo pozo­stają z dziec­kiem same w domu — mąż w pracy, rodzina daleko, kole­ża­nek jak na lekar­stwo… Roczne czy dwu­let­nie dziecko, przy całej miło­ści do niego i przy całej jego roz­kosz­no­ści, nie zawsze jest odpo­wied­nim towa­rzy­szem do roz­mów, nie mówiąc już o tym, że stara się bar­dzo absor­bo­wać uwagę rodzica. W pew­nym momen­cie taka mama zaczyna czuć się prze­mę­czona, roz­ża­lona, roz­draż­nionaNie jest to nic wsty­dli­wego, a bynaj­mniej nic strasz­nego, o ile tylko owa mama zda sobie z tego sprawę i zrobi coś, co na to zmę­cze­nie pomoże. Z wła­snego doświad­cze­nia wiem, że nie­kiedy w bar­dzo pro­sty spo­sób można zara­dzić kiep­skiemu samo­po­czu­ciu. Jeśli to dopiero początki chan­dry, cał­kiem pomocne stają się drob­nostki w stylu: wyj­ście do kina (nawet samotne!), wyj­ście na zakupy, na basen, na plotki z kole­żanką, na samotny spa­cer… Cał­kiem spraw­dzo­nym pomy­słem jest też wysu­pła­nie dla sie­bie czasu raz-dwa razy w tygo­dniu na wła­sną, stałą aktyw­ność — na wyj­ście do klubu fit­ness, na lek­cje tańca, na cokol­wiek, gdzie może­cie prze­stać myśleć o spra­wach domo­wych, a jed­no­cze­śnie zadbać o siebie.

Jeśli chan­dra roz­chan­dry­cza się na dobre, czas wyje­chać. Zor­ga­ni­zuj wyjazd week­en­dowy — dla sie­bie i męża (razem, rzecz jasna ;) ), a dziecko posta­raj się ulo­ko­wać na ten czas u dziad­ków lub ulu­bio­nej cioci. Tudzież dziadkowie/ulubiona cio­cia mogą przy­je­chać do was i pomiesz­kać z dziec­kiem dwa dni. Mogę z czy­stym sumie­niem powie­dzieć, że taki wyjazd we dwoje czyni cuda :) Nawet jeśli zmę­czy­cie się fizycz­nie (jeśli, na przy­kład, posta­no­wi­cie wtedy zdo­być Rysy), to relaks psy­chiczny będzie nie do prze­ce­nie­nia. Nie popi­szę się, jeśli powiem, że będzie to łado­wa­nie aku­mu­la­to­rów, ale tak naprawdę jest! Odpocz­nie­cie, pobę­dzie­cie tylko ze sobą, wyśpi­cie się, pole­niu­chu­je­cie… Czego chcieć wię­cej? Pew­nie, opty­mal­nie byłoby wyjeż­dżać raz w mie­siącu, ale nie­wiele osób byłoby na to stać. Uwierz­cie, że wystar­czy raz na kilka mie­sięcy, raz na pół roku, i wra­ca­cie z nową ener­gią, nową dawką cier­pli­wo­ści i nowym spoj­rze­niem na swoje kochane prze­cież dziecko.

Z pew­no­ścią bar­dzo dobrą rze­czą jest zna­le­zie­nie sobie hobby. Nie­ważne jakie ono będzie — byle potra­fiło zaab­sor­bo­wać cię na tyle, byś raz na kilka dni, spę­dza­jąc przy nim czas, wyłą­czyła się zupeł­nie i nie myślała o niczym innym. Wspa­niałą “odmóż­dża­jącą” czyn­no­ścią są z pew­no­ścią wszel­kie robótki ręczne (a do tego jakie prak­tyczne! ;) ). Świetną sprawą jest też czy­ta­nie ksią­żek. Nawet jeśli są to tanie roman­si­dła kupione za parę zło­tych w kio­sku, to co z tego? Jeśli uwa­żasz, że to cię relak­suje, nie miej wyrzu­tów, iż zna­jomi stwier­dzą, że czy­tasz mało ambitną lite­ra­turę. Opie­ku­jąc się dziec­kiem w ciągu dnia robisz tyle ambit­nych rze­czy, że wie­czo­rem masz jak naj­bar­dziej prawo zająć się tym, co cię bawi i roz­luź­nia.
Zresztą, jeśli cho­dzi o hobby, to pomy­słów może być tyle, ile ludzi na świe­cie, więc każdy na pewno ma szansę zna­leźć coś dla siebie.

To tyle na dziś. Kilka słów zale­d­wie — od Zosi z pod­ła­do­wa­nymi w ostatni week­end aku­mu­la­to­rami :) Trzy­maj­cie się, Mamy i Nie-Mamy.

P.S. Jesz­cze coś przy­szło mi do głowy. Być może tro­chę wyszły już z mody (tylko na pierw­szy rzut oka, bo tak naprawdę jest to bar­dzo roz­wi­nięty rynek), ale z pew­no­ścią wspa­niale zre­lak­sują cie­bie i męża… gry plan­szowe! Nie­ważne jakie — stra­te­giczne, chiń­czyk czy scrab­ble. Pobę­dzie­cie razem, razem się pośmie­je­cie i ode­rwie­cie od codzien­no­ści. Roz­rywka tania (poza jed­no­ra­zową inwe­sty­cją w grę, choć chiń­czyka można kupić już za parę zło­tych), a zwróci się wie­lo­krot­nie :) Z.

P.S.2. Relaks może być też taki… ;)

relaks

Dla wyja­śnie­nia dodam, że nie jest to aktu­alne zdję­cie, brzuch nieco (choć nie­wiele ;) ) zma­lał ponad dwa lata temu ;)

Kilka prawd o cesar­skim cięciu

7

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 11-02-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

porodowka

Ostat­nimi czasy bar­dzo modne stało się coś, co można okre­ślić “cesarka na życze­nie”. Oczy­wi­ście, nikt nie mówi o tym ofi­cjal­nie, bo prze­cież takiej usługi medycz­nej nie można sobie “zamó­wić”. Ale o tym, że coś jest na rze­czy, świad­czyć mogą różne zapew­nie­nia ze strony Mini­ster­stwa Zdro­wia czy NFZ (wygła­szane co jakiś czas), że cesar­skie cię­cia owszem, są refun­do­wane, ale muszą odby­wać się ze wska­zań lekar­skich itd. Cóż, Mini­ster­stwo swoje, matki rodzące swoje.

Gdy tydzień przed poro­dem leża­łam na oddziale pato­lo­gii ciąży dosyć nasłu­cha­łam się i naoglą­da­łam “wska­zań medycz­nych” do cesarki, które powo­do­wane były pew­nym (mam nadzieję, że nie­świa­do­mym) “widzi­mi­się” cię­żar­nych. Moje dziecko przy­szło na świat przez cc i naprawdę nie jestem w sta­nie pojąć dla­czego część kobiet wymu­sza na leka­rzach tę ope­ra­cję. Powiem Wam, co myślę o tym wszyst­kim: o tego rodzaju poro­dzie, o tym, co się może zda­rzyć po nim i jak w ogóle to wygląda.

Broń Boże, nie będę wcho­dziła w kwe­stie czy­sto medyczne, bo się na nich nie znam. Nie licz­cie, że napi­szę Wam jak dokład­nie działa znie­czu­le­nie czy jakich narzę­dzi lekarz używa przy ope­ra­cji. Nie w tym rzecz. Ale po kolei.

Przez całą ciążę nakrę­ca­łam się okrop­nie, że chcę rodzić natu­ral­nie. Wia­domo — zdro­wiej, bez­piecz­niej (teo­re­tycz­nie), dziecko zaraz przy mamie, szyb­sza rekon­wa­le­scen­cja, mąż przy poro­dzie… Same plusy. A że boli? No boli, co zro­bić. Kobieta decy­du­jąca się na dziecko powinna chyba mieć świa­do­mość, że w jakiś spo­sób owo dziecko na świat przyjść musi, a natura tak stwo­rzyła, że boli. Jedne kobiety ból odczu­wają bar­dziej, inne mniej. Szkoły rodze­nia pro­po­nują różne tech­niki radze­nia sobie z bólem i odde­chem przy poro­dzie. Na ile każda z nich jest sku­teczna, tego tak naprawdę nie wie nikt, ale z pew­no­ścią mogą choć tro­chę zmi­ni­ma­li­zo­wać przy­kre momenty. Matek, dla któ­rych ból poro­dowy był na tyle trau­ma­tyczny, że nie chcą wię­cej mieć dzieci, bądź rodzić natu­ral­nie jest na tyle mało, że naprawdę dziwi ilość wyko­ny­wa­nych w pol­skich szpi­ta­lach cesa­rek.

Nie jestem obec­nie w tema­cie co do znie­czu­leń przy poro­dzie. Wiem, że gdy dwa lata temu rodzi­łam, można było opła­cić przy poro­dzie natu­ral­nym ane­ste­zjo­loga, który podał znie­czu­le­nie zewną­trzo­po­nowe (takie samo zresztą, jak do cesarki, nie wiem tylko, czy dawki podaje się jed­na­kowe). Część kobiet się na nie decy­do­wała, część nie. Na ile jest to bez­pieczna lub konieczna metoda przy poro­dzie natu­ral­nym nie chcę się tu roz­wo­dzić. Zresztą kobiety, które w spo­sób natu­ralny rodziły w znie­czu­le­niu same wie­dzą czy było warto. Próg bólu jest u każ­dego inny, sza­nuję i rozu­miem decy­zję o zasto­so­wa­niu znie­czu­le­nia, choć oso­bi­ście sama raczej nie chcia­ła­bym rodzić natu­ral­nie jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic nie czu­jąc od pasa w dół. Nie, nie jestem jakimś cybor­giem lub maso­chistką, która wprost marzy o sil­nych skur­czach :) Cho­dzi mi raczej o to, że mimo iż znie­czu­le­nie ma z pew­no­ścią tę zaletę, że rze­czy­wi­ście znie­czula, to rów­nież utrud­nia samo par­cie — kobieta nie do końca czuje, czy i jak prze. No, ale to jest pew­nie kwe­stia do dys­ku­sji. Sama tego nie prze­szłam, a jedy­nie tro­chę poczy­ta­łam na ten temat.
Poza tym piszę, że RACZEJ nie chcia­ła­bym przy poro­dzie natu­ral­nym znie­czu­le­nia, bo tak naprawdę nie wiem do końca, jak bym znio­sła już koń­cowe bóle połą­czone z par­ciem. Ponie­waż jed­nak 12 godzinne doświad­cze­nie w poro­dzie mam (zanim nie skoń­czył się cię­ciem), bóle lędź­wiowe prze­szłam, skur­cze bole­sne rów­nież, to na tym eta­pie mogę powie­dzieć, że obe­szła­bym się bez znie­czu­le­nia. No, ale wra­cam do meri­tum, bo jak zwy­kle, wcho­dzę w dygresje.

Całą ciążę liczy­łam na poród natu­ralny. Tym­cza­sem tydzień po ter­mi­nie tra­fi­łam na oddział pato­lo­gii ciąży, bo Miko­łaj zastraj­ko­wał. Trzy­krot­nie pod­czas pobytu w szpi­talu pró­bo­wano wyku­rzyć go za pomocą kro­pló­wek z oksy­to­cyny, ale bez­sku­tecz­nie. Dwa pierw­sze razy były zupeł­nie nie­efek­towne, przy trze­cim zaczęło się roz­krę­cać. Przy­szły silne bóle i skur­cze, zaczęło poja­wiać się roz­war­cie. Położna pomo­gła i prze­biła pęcherz pło­dowy, co poka­zało tylko, że wody są zie­lon­kawe i utwier­dziło, że na pewno tego dnia uro­dzę. Była ogromna szansa na poród natu­ralny. Prze­nie­siono nas na salę do porodu rodzin­nego. W sumie silne skur­cze i bóle trwały od około 10 rano do 20.00. Nie­stety, oka­zało się, że gdy odłą­czono kro­plówkę z oksy­to­cyną akcja poro­dowa zatrzy­mała się na 6 cen­ty­me­trach roz­war­cia, a skur­cze zaczęły nik­nąć. Nie było wyj­ścia — trzeba było ciąć.

Infor­ma­cji o cię­ciu wcale nie przy­ję­łam z ulgą, bo bar­dzo się tego bałam. Cokol­wiek by o tym nie mówić, jest to poważna ope­ra­cja, która może wią­zać się z całym mnó­stwem kom­pli­ka­cji. Ale nie­wiele mia­łam już do powie­dze­nia, skoro dziecku gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo. Poza tym bar­dzo prze­ży­wa­łam to, że nie dostanę dziecka od razu po poro­dzie. To chyba był mój naj­więk­szy stres tak naprawdę. No i że mogą być pro­blemy z kar­mie­niem natu­ral­nym. Koniec koń­ców mał­żo­nek sta­nął w goto­wo­ści, by natych­miast jak to tylko będzie moż­liwe, uczest­ni­czyć w pierw­szych minu­tach życia naszego dziecka, a ja poje­cha­łam na operacyjną.

Sama ope­ra­cja trwała około godziny (razem z zaszy­ciem). Oczy­wi­ście cały czas byłam pod opieką ane­ste­zjo­loga, ale wystą­piły pro­blemy z ciśnie­niem — w pew­nym momen­cie spa­dło tak bar­dzo, że zaczę­łam odpły­wać (sku­tek cało­dzien­nego porodu, do tego zakaz jedze­nia i picia przed poro­dem, który to osła­bił i odwod­nił orga­nizm). Dziecka po wyję­ciu z brzu­cha nie widzia­łam, tylko usły­sza­łam pierw­szy krzyk. Od razu zabrano Miko­łaja do kącika nowo­rodka, a mnie zaczęto szyć.
Wia­domo, że wiele zależy od per­so­nelu, że pew­nie lekarz mógłby poka­zać mi choć z daleka dziecko. Być może to się zda­rza, ale nie jest stan­dar­dem. To była dla mnie jedna z przy­krych rze­czy spo­wo­do­wa­nych cię­ciem - dziecko zoba­czy­łam po raz pierw­szy dopiero dobrą godzinę po poro­dzie i to przez bar­dzo krótki czas. Na szczę­ście przez cały czas przy Miko­łaju był mój mąż. Gdy prze­wie­ziono mnie na salę poope­ra­cyjną położna przy­nio­sła mi na kilka minut Miko­łaja, żeby spró­bo­wać przy­sta­wić go do piersi. Po chwili się udało, na szczę­ście, więc swo­bod­nie mogę oba­lić w tym miej­scu mit, że po cię­ciu nie można kar­mić pier­sią. Można. Ja jestem dowodem.

mis

Z per­spek­tywy tego doświad­cze­nia wiem, że cesarka to nie jest coś strasz­nego — w sen­sie, gdy naprawdę nie ma innej moż­li­wo­ści porodu. Jest wiele wska­zań do cię­cia, w wielu sytu­acjach cesarka jest konieczna zarówno dla zdro­wia dziecka jak i mamy. Ale tego, że zupeł­nie zdrowe kobiety decy­dują się na tego typu ope­ra­cję nigdy nie pojmę. Jeśli boisz się bólu, to załatw sobie znie­czu­le­nie, ale nie decy­duj się na cesarkę. Boisz się, że będziesz miała bli­znę w miej­scu intym­nym, bo może się przy­da­rzyć szycie? — a kawał bli­zny na brzu­chu cię nie przeraża?

Oto — w mojej opi­nii — wady cesarki:

  • moż­liwe kom­pli­ka­cje pod­czas samej ope­ra­cji — zarówno zwią­zane ze zdro­wiem matki, jak i dziecka
  • brak moż­li­wo­ści pierw­szego kon­taktu mamy z dziec­kiem zaraz po porodzie
  • mimo że mama po około godzi­nie od porodu widzi dziecko, to ma ogra­ni­czone moż­li­wo­ści, jeśli cho­dzi o jego przy­tu­la­nie, kar­mie­nie czy pie­lę­gna­cję. Mama leży pod­pięta do kro­pló­wek i przy­gwoż­dżona przez kil­ka­na­ście godzin do łóżka. Jeśli mąż lub pie­lę­gniarka nie przy­niosą dziecka, to może nie widzieć go przez ten czas w ogóle. Rodzi­łam w nocy, więc od pierw­szego krót­kiego spo­tka­nia z Miko­ła­jem na sali poope­ra­cyj­nej do chwili, gdy położna przy­nio­sła mi go rano i poło­żyła na łóżku obok mnie, nie mia­łam z dziec­kiem kon­taktu przez ponad 10 godzin. Dla jed­nych mam może to nie pro­blem, nato­miast ja bar­dzo prze­ży­wa­łam to, że nie mogę od razu zająć się dziec­kiem i z nim przebywać
  • kon­dy­cja mamy po cię­ciu jest o wiele gor­sza niż po poro­dzie natu­ral­nym. Pierw­sze wsta­nie z łóżka po cesarce jest bar­dzo przy­kre i trudne. Ciało jest obo­lałe, rana na brzu­chu boli. Masz ogra­ni­czoną strefę ruchów, nie jesteś w sta­nie dźwi­gać dziecka, a jeśli nawet możesz, to jest to zwią­zane z dodat­ko­wym bólem
  • moż­liwe jest zaka­że­nie rany po cesar­skim cię­ciu, co zwią­zane jest ze sta­nem zapal­nym, ropie­niem i tym podob­nymi zjawiskami
  • nawet naj­pięk­niej zszyta rana (ja podobno takową mam) zawsze pozo­stawi bli­znę i to wcale nie­małą. A nie każdą mamę stać na ope­ra­cję pla­styczną lub dro­gie kremy, by tę bli­znę roz­ja­śnić. Choć zakła­dam, że jeśli kogoś stać na opła­ce­nie cesar­skiego cię­cia “na życze­nie” (czy­taj: na danie w łapę leka­rzowi, który wymy­śli i wypi­sze wska­za­nie do cc), to pew­nie stać go też na usu­wa­nie este­tycz­nych “skut­ków” cięcia
  • ponie­waż łoży­sko nie zostało uro­dzone w spo­sób natu­ralny, macica obkur­cza się znacz­nie dłu­żej niż po poro­dzie natu­ral­nym. Może to spo­wo­do­wać dłuż­sze i bar­dziej obfite krwa­wie­nie po poro­dzie oraz znaczne opóź­nie­nie w roz­po­czę­ciu życia sek­su­al­nego po porodzie
  • do czasu zdję­cia szwów mama “czuje” brzuch przy każ­dym ruchu, rana rwie i pobo­lewa. Po zdję­ciu szwów jest tro­chę lepiej, ale do pełni sił ja oso­bi­ście doszłam dopiero jakiś mie­siąc po porodzie
  • pierw­sze dni po cię­ciu są też trudne pod wzglę­dem fizycz­nym o tyle, że na przy­kład kobieta może nie być w sta­nie sama wejść pod prysz­nic i się umyć. Gdyby nie mąż nie dała­bym rady pod­nieść nogi, by sta­nąć w brodziku
  • mimo że w grud­niu minęły dwa lata od cesar­skiego cię­cia, dwa mie­siące temu oka­zało się, że od wewnątrz przy końcu bli­zny poja­wił się bolący guz. Po zba­da­niu przez gine­ko­loga oka­zało się, że jest to endo­me­trioza, naj­praw­do­po­dob­niej spo­wo­do­wana tym, że pod­czas cesar­skiego cię­cia frag­ment łoży­ska lub innej wewnętrz­nej tkanki został przy­pad­kiem prze­nie­siony na jakimś narzę­dziu chi­rur­gicz­nym i zanie­czy­ścił ranę. Przez pra­wie dwa lata rósł aż do takiej postaci, że zaczął boleć, no i da się go teraz nama­cać. Jest to o tyle przy­kre, że guzek będzie rósł dalej, bolał moc­niej, w związku z czym trzeba go usu­nąć — chi­rur­gicz­nie, pod narkozą

Jeśli to wszystko nie prze­ko­nało Was, że cesarka wcale nie jest taka różowa, jak się może wyda­wać, to cóż — życzyć Wam mogę tylko zdro­wia i braku jakich­kol­wiek komplikacji.

Nato­miast mamy, które z jakichś powo­dów czeka poród przez cię­cie mogę zapew­nić, że widok wła­snego dziecka działa prze­ciw­bó­lowo i rege­ne­ru­jąco :) Mam nadzieję, że nie nastra­szy­łam Was opi­sem wła­snych doświad­czeń. Dobrze jest być jed­nak świa­domą tego, co może (ale nie zawsze musi) nas spo­tkać.
Nie ma się czego bać. Życiem dziecka i wła­snym nie warto ryzy­ko­wać. Cesarkę da się prze­trwać. Powo­dze­nia i szyb­kiego powrotu do sił Wam życzę!

mis2

Laleczki Chucky?

17

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem | Posted on 20-11-2009

Tagi: , , , , ,

Jakiś tydzień temu tra­fi­łam na coś, co nazywa się lalka reborn. Pierw­sza moja reak­cja na jej widok, to kola­cja pod­cho­dząca mi do gar­dła (serio!). Pierw­sze sko­ja­rze­nie — mały trup.

Lalki te mają jak naj­wier­niej przy­po­mi­nać nie­mowlę, a czę­sto wręcz nowo­rodka — włą­cza­jąc w to pomarsz­czoną skórę, czę­sto gile w nosie, zapła­kane oczy, zaśli­nione usta, otar­cia na kola­nach, różne prze­bar­wie­nia skórne wystę­pu­jące u dzieci itp. Gene­ral­nie ma wyglą­dać jak naj­praw­dziw­sze ludz­kie dziecko.

Nie była­bym jed­nak sobą, gdy­bym na prze­czy­ta­niu jed­nego tylko arty­kułu poprze­stała. Temat mnie zain­te­re­so­wał, zaczę­łam więc szu­kać dokład­niej­szych infor­ma­cji. Nie zamie­rzam tu robić wykładu na temat histo­rii takich lale­czek, ani też spo­sobu ich wyko­ny­wa­nia. Wszyst­kie kwe­stie historyczno-techniczne pominę. Przejdę więc do sedna — do sensu wyrobu takich lal.

Jak do wielu innych rze­czy, tak i do lale­czek reborn ich miło­śnicy doro­bili pewne ide­olo­gie. I tak, podobno, mogą one służyć:

  1. mat­kom, które stra­ciły dziecko (w celach terapeutycznych)
  2. kobie­tom, które dziecka mieć nie mogą (w celach rekompensaty)
  3. kobie­tom, które chcą mieć pamiątkę z czasu dzie­ciń­stwa swego dziecka/wnuka (sens niby podobny do zdję­cia dzie­ciaka, a jed­nak to nie to samo)
  4. celom kolek­cjo­ner­skim
  5. do zabawy star­szym dzie­ciom (podobno powy­żej 5 lat)
  6. celom komer­cyj­nym w sen­sie jako mane­kiny nie­mow­ląt w fil­mach, sztu­kach itp.

Co ja na to…?

  1. Naprawdę nie wiem, która matka byłaby w sta­nie pocie­szyć się po stra­cie dziecka po pierw­sze lalką, po dru­gie lalką z twa­rzą (mniej lub bar­dziej podobną) jej zmar­łego dziecka. Tera­pii w tym nie widzę żadnej, bar­dziej ukłon w kie­runku cho­roby psychicznej…
  2. Kobiety, które nie mogą mieć dziecka są z pew­no­ścią w cięż­kiej sytu­acji. Ale czy zamó­wie­nie sobie takiej lalki zre­kom­pen­suje jej brak dziecka? Tak, wiem, był o tym film podobno, że na Wyspach jest teraz taka moda, że kobiety z tymi lal­kami w wóz­kach spa­ce­rują, udają, że je kar­mią itd. Zna­la­złam nawet infor­ma­cję o przy­padku, gdzie poli­cja wybiła szybę w samo­cho­dzie, bo myśleli, że ktoś zosta­wił w fote­liku małe dziecko i zamknął samo­chód. Oka­zało się, że to wła­śnie lalka reborn.
    Ludzie, czy to jest nor­malne? Czy to nie jest two­rze­nie sobie złud­nego świata, gdzie jestem ja i moje sztuczne dziecko, które trak­tuję jak praw­dziwe?
  3. No, to jesz­cze jestem w sta­nie zro­zu­mieć, bo jak się jakaś bab­cia uprze, że chce mieć lalkę wyglą­da­jącą jak jej wnu­sio sprzed lat trzy­dzie­stu, to nikt jej nie prze­kona. Acz­kol­wiek sam fakt, że ta lalka jest tak dopra­co­wana w sfe­rze ana­to­mii, wyglądu skóry itd. spra­wia, że mnie bar­dziej odpy­cha niż zachwyca
  4. Cele kolek­cjo­ner­skie rozu­miem w zupeł­no­ści. Jedni kolek­cjo­nują papro­chy z pępka (to nie jest żart!!!), to inni mogą lalki reborn. Jak kto woli. (Chyba jed­nak skło­ni­ła­bym się w stronę tych papro­chów… zawsze to jed­nak moje wła­sne papro­chy… ;) )
  5. Co do tego, czy taką lalką powinny bawić się dzieci, to mam baaar­dzo mie­szane uczu­cia. Co prawda pani Bin­czew­ska z Pozna­nia, która jako pierw­sza w Pol­sce zaczęła wyra­biać takie lalki mówi, że bawią się nimi jej córki, a kole­żanki owych córek są lal­kami zachwy­cone, to jed­nak coś we mnie się sprze­ci­wia…
    Lalka powinna wyglą­dać jak lalka, jak coś sztucz­nego. Lalka, która wygląda jak praw­dziwe dziecko nie jest w moim odczu­ciu i prze­ko­na­niu dobrym mate­ria­łem dydak­tycz­nym, czy nawet zwy­czaj­nie zaba­wo­wym.
    Czy widział ktoś kie­dyś, by dziecko bawiło się wypcha­nym psem albo kotem? Nawet maskotki nie wyglą­dają tak real­nie jak ta lalka.
    No ale każdy ma swoje zda­nie. Inną sprawą jest cena tej lalki. Podobno tanio, to 600 zł za sztukę (choć na alle­gro widzia­łam jakieś pro­mo­cje świą­teczne nawet za 300 zł). Nie dała­bym mojemu dziecku do zabawy lalki za 600 zł. Ale to zwy­czaj­nie dla­tego, że mnie na to nie stać :)
  6. Cele komer­cyjne — ok. Choć już na przy­kład tekst gdzieś wyczy­tany, że lalki te byłyby świetne jako narzę­dzie dydak­tyczne dla mło­dzieży, która (na przy­kład w Ame­ryce) ma zaję­cia z opieki nad nie­mow­lę­ciem, jakoś mało do mnie prze­ma­wia. No ale może fak­tycz­nie ma to więk­szy sens niż paczka cukru czy balo­niki imi­tu­jące dziecko. Choć gdyby naprawdę chcieli lalkę, to chyba dałby radę taki zwy­czajny gumowy nie­mow­lak za 5 dolców zamiast reborn za 200…

Co do wyglądu tych lalek, to powie­dzieć mogę tylko tyle, że są egzem­pla­rze mniej i bar­dziej udane. Albo ina­czej — są bar­dziej i mniej uzdol­nione i doświad­czone “artystki” wyko­nu­jące reborn. Lalki Bin­czew­skiej nie wstrzą­sają aż tak bar­dzo. Ale już lalki, które zna­la­złam na alle­gro wyglą­dały po pro­stu jak na zdję­ciach trumiennych.

Co do całej otoczki, która towa­rzy­szy lal­kom reborn, to musi­cie wie­dzieć, że lalki reborn nie powinno się tak zwy­czaj­nie kupić. Ją się adop­tuje. Ona ma swój cer­ty­fi­kat z datą uro­dzin. Lalka reborn do momentu adop­cji mieszka w “żłobku”. Rodzic, który adop­tuje reborn dostaje cza­sem dodat­kowy pakiet. Zazwy­czaj znaj­dują się w nim jakieś ubranka, ulu­biona maskotka (tak kochani, lalka prze­cież umie wybrać sobie ulu­bioną maskotkę!), smo­czek, a nawet (jak się chwalą nie­któ­rzy w swo­ich aukcjach) frag­ment pępo­winy owej lalki…

Tak więc jak już zaadop­tu­jesz sobie taką lalkę, i dosta­niesz całą jej wyprawkę, i pępo­winkę, i masko­teczkę, i przy­wie­ziesz ją do domu, poło­żysz w łóżeczku i będziesz ze szczę­ścia jedną nogą w nie­bie, to pomyśl przez chwilę, że mimo iż trak­tu­jesz ją jak wła­sne dziecko, kochasz całym ser­cem i zamie­rzasz o nią dbać, to ona nigdy, ale to nigdy, nie powie do cie­bie “mamo”, nie poko­cha cię, a nawet nie będzie w sta­nie cię zwy­czaj­nie polu­bić. Dla­czego? Dla­tego, że tak zwy­czaj­nie, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ona po pro­stu nie żyje.

Pozdra­wiam!

Kilka lin­ków zwią­za­nych z reborn:

I na koniec parę zdjęć. Popa­trz­cie, a naj­le­piej zaj­rzyj­cie na strony “arty­stek” i pooglą­daj­cie w powięk­sze­niu, bo tutaj mogą umknąć wam szcze­góły… I sami zde­cy­duj­cie, czy rze­czy­wi­ście chcie­li­by­ście mieć taką lalkę w domu.


źródło: Alle­gro by Sur­ma­czj


źródło: www.binczewska.pl

Ponie­waż zarówno Real­ba­by­dolls Nur­sery jak i Monica’s Dolls zażą­dały usu­nię­cia zdjęć swo­ich prac z tego wpisu pozo­stały Wam, Dro­dzy Czy­tel­nicy, tylko dwie lalki do obej­rze­nia (choć i to pew­nie kwe­stia czasu ;) ) Myślę jed­nakże, że nie będzie to dla Was pro­ble­mem, w sieci można zna­leźć sporo foto­gra­fii reborn, więc zapra­szam do poszu­ki­wań na stro­nach wytwór­ców tych lalek.

Pozdra­wiam,
Zosia