Roz­wój oso­bo­wo­ści dziecka na pod­sta­wie jego rysun­ków — prze­my­śle­nia po zadzi­wia­ją­cej lekturze…

1

Posted by Zosia | Posted in Moja czytelnia, Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem | Posted on 31-05-2011

Tagi: , , , , , , , , , ,

kalbarczyk okładka
Publi­ka­cja okładki za zgodą ibuk.pl

Cał­kiem nie­dawno wpa­dła mi w dło­nie, albo raczej w oczy — bo czy­ta­łam elek­tro­niczną wer­sję tej książki w ibuk.pl — pozy­cja o inte­re­su­ją­cym tytule: “Naj­waż­niej­sze lata, czyli jak rozu­mieć rysunki małych dzieci”. Autor — Anna Kal­bar­czyk. Spoj­rza­łam na tytuł, krótki opis pozy­cji i pomy­śla­łam, że to dobra książka dla mnie — temat bar­dzo inte­re­su­jący i taki “na cza­sie”, jeśli cho­dzi o wiek mojego dziecka. Zaczę­łam czy­tać…
A był to już dość późny wie­czór i trak­to­wa­łam tę książkę jako ostat­nią lek­turę przed snem. Nie­stety, wraz z kolej­nymi stro­nami ciśnie­nie wzro­sło mi na tyle, że o śnie mogłam zapo­mnieć ;)

Do rze­czy. Autorka w książce inter­pre­tuje rysunki i na tej pod­sta­wie wysnuwa tezę na temat roz­woju oso­bo­wo­ści dziecka w wieku od 2 do 6 lat. Zaska­ku­jąca na samym początku (we wstę­pie) oka­zuje się infor­ma­cja, że wszyst­kie rysunki w książce są autor­stwa dziecka Autorki. Pierw­sza więc myśl — jak można napi­sać pracę, z któ­rej tytułu już wynika, że nie jest to bynaj­mniej stu­dium przy­padku, na pod­sta­wie prac jed­nego dziecka? Nawet jeśli autorka chcia­łaby się obro­nić, że jest to stu­dium przy­padku (a nigdzie nie zna­la­złam takiej infor­ma­cji, cała praca wręcz nasy­cona jest uogól­nie­niami odno­szą­cymi się do całej grupy wie­ko­wej dzieci), to czyż tytuł dla prze­cięt­nego czy­tel­nika nie wska­zuje jed­no­znacz­nie, iż w opar­ciu o tę lek­turę możemy inter­pre­to­wać rysu­nek dowol­nego dziecka?

Posu­nię­cie dość nie­pro­fe­sjo­nalne. Nie można (choć w sumie, widać, że można, skoro taka książka zna­la­zła się w druku) na pod­sta­wie prac jed­nego dziecka, czy też na pod­sta­wie obser­wa­cji zacho­wań jed­nej osoby uogól­niać pew­nych cech na całą grupę wie­kową. Nawet jeśli autorka ma doświad­cze­nie w pracy z dziećmi i obej­rzała setki ich prac pla­stycz­nych, to w książce nie zna­lazł się ani jeden rysu­nek innego dziecka, w związku z czym takie gene­ra­li­zo­wa­nie jest po pro­stu nie­do­pusz­czalne. To tak, gdy­bym ja, inter­pre­tu­jąc rysunki mojego dziecka, które w wieku lat 3 i 5 mie­sięcy rysuje sło­neczka z uśmiech­niętą buzią i strzałki, uogól­niła taką tezę: Dzieci w wieku 3 — 3,5 lat uosa­biają słońce (nada­jąc mu ludz­kie cechy) i sil­nie akcen­tują zain­te­re­so­wa­nie stron­no­ścią (bo strzałki dziecko moje rysuje w róż­nych kie­run­kach). Kochani, do wszyst­kiego da się “doro­bić” jakąś teo­rię. Ale cza­sem trzeba się zasta­no­wić nad tym, czy ta teo­ria jest czymś podparta…

Jeśli cho­dzi o inter­pre­ta­cję rysunku małych dzieci, to myślę, że psy­cho­lo­dzy i peda­go­dzy wie­dzą naj­le­piej, ile czasu trzeba się tego uczyć i że taka inter­pre­ta­cja nie może być wyko­nana ot tak sobie. Orze­ka­nie na pod­sta­wie prac jed­nego malca, że dzieci w tym wieku lubią dane kolory lub pisaki czy kredki wydaje się naprawdę mocną prze­sadą. A jeśli nawet, jak już wspo­mnia­łam wcze­śniej, autorka ma doświad­cze­nie i zaob­ser­wo­wała pewne ten­den­cje, to poda­wa­nie takiej teo­rii, w któ­rej bazuje się na rysun­kach jed­nego dziecka, nie ma pod­staw mery­to­rycz­nych, moim zdaniem.

Książka sama w sobie napi­sana jest dość kolo­kwial­nym języ­kiem. Pełno w niej ogól­ni­ków, brak odwo­łań do lite­ra­tury innych auto­rów, by poprzeć jakoś swoje tezy. Tek­sty pokroju, że trzy­la­tek nie rysuje pal­ców u rąk (tudzież rysuje je w nie­od­po­wied­niej ilo­ści), mimo że wie, ile ich ma, nic nie wno­szą do mojej wie­dzy na temat dzieci, ani do mojej wie­dzy na temat inter­pre­ta­cji ich rysunków.

Z zajęć z dia­gnozy peda­go­gicz­nej na stu­diach pamię­tam, jak wykła­dowca bar­dzo zwra­cał nam uwagę, że nie można bez odpo­wied­niego przy­go­to­wa­nia inter­pre­to­wać dzie­cię­cych wytwo­rów. A nawet jeśli ktoś jest do tego przy­go­to­wany, to musi znać cały kon­tekst powsta­nia pracy i wiele innych czyn­ni­ków, bo nie­pra­wi­dłowa inter­pre­ta­cja może być bar­dzo krzyw­dząca. Tutaj, co prawda, jakaś wielka krzywda się nie sta­nie, gdy zaczniemy wni­kać w prace naszych dzieci w opar­ciu o tę książkę, ale może jakaś łatwo­wierna mama wystra­szyć się, że oso­bo­wość jej dziecka roz­wija się w nie­pra­wi­dłowy spo­sób, bo w wieku trzech lat nie rysuje koli­stych wzo­rów na sukience swo­jej mamy, albo uszy jej rysun­ko­wych postaci są mniej­sze od oczu, a wg książki dzieci w tym wieku rysują uszy więk­sze, bo podobno narzą­dem słu­chu głów­nie poznają świat w tym wieku (śmiała teoria).

Kolejna rzecz, przy któ­rej wręcz poku­si­łam się o kon­sul­ta­cję z psy­cho­lo­giem, to ów roz­wój oso­bo­wo­ści. W przy­padku tak małych dzieci trudno jest mówić o oso­bo­wo­ści. Nawet okre­śle­nie “roz­wój oso­bo­wo­ści” w przy­padku dwu­latka wydaje się lek­kim nad­uży­ciem, bo ten pro­ces dopiero się roz­po­czyna. U takich malu­chów mówi się o zacho­wa­niu raczej, jego zabu­rze­niach, zmia­nach itd. Oso­bo­wość to coś, co roz­wija się wsku­tek doświad­czeń czło­wieka i (wg nie­któ­rych teo­rii) cech gene­tycz­nych. Poza tym do bada­nia oso­bo­wo­ści (i jej roz­woju) upo­waż­nieni są w Pol­sce: psy­cho­lo­dzy, psy­chia­trzy i peda­go­dzy, któ­rzy mają do dys­po­zy­cji odpo­wied­nie narzę­dzia.

Brak pro­fe­sjo­na­li­zmu. To kolejny przy­tyk. Nie­pro­fe­sjo­nalne jest bowiem pisa­nie pracy inter­pre­tu­jąc rysunki wła­snego dziecka i roz­po­wszech­nia­nie tego niczym wyroczni. Można podej­rze­wać autorkę o brak obiek­ty­wi­zmu, w końcu to jej rodzina, a w przy­padku osób spo­krew­nio­nych nigdy nie uda nam się być w pełni obiektywnymi.

Zbyt­nie gene­ra­li­zo­wa­nie i brak próby badaw­czej. O tym pisa­łam już wcze­śniej, ale wspo­mnę raz jesz­cze. Gdy się­gam po książkę, którą mam poważ­nie trak­to­wać i która ma wpro­wa­dzić mnie w inter­pre­ta­cję dzie­cię­cych rysun­ków, to nie wyobra­żam sobie, by wnio­ski w niej zawarte nie były poparte przy­kła­dami prac wielu dzieci.

Tyle na ten temat dzi­siaj, moi mili. Nie pamię­tam już, kiedy ostat­nio jakaś książka z zakresu peda­go­giki i wycho­wa­nia wywo­łała we mnie tyle nega­tyw­nych emo­cji. Nie pole­cam Wam jej w żadnym kon­tek­ście. Bo, jeśli choć tro­chę wie­cie o dzie­ciach, oso­bo­wo­ści, pra­cach nauko­wych, inter­pre­ta­cji dzie­cię­cych rysun­ków i ota­cza­ją­cym nas świe­cie, czy­ta­nie tej książki nie­po­trzeb­nie pod­nie­sie Wam ciśnie­nie. No, chyba że zastą­pi­cie nią poranną kawę ;)

Lap­to­piki dla dzieciarni!

6

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 05-04-2011

Tagi: , , , , , ,

Poprzed­niego ponie­działku rząd poczę­sto­wał nas infor­ma­cją, że od nowego roku szkol­nego każdy pierw­szo­kla­si­sta otrzyma lap­top. Albo raczej — net­book. Po co? Ano po to (podobno), żeby się dzie­ciar­nia roz­wi­jała tech­no­lo­gicz­nie, by “nadą­żała” za nowo­cze­sno­ścią (czy­taj: Zacho­dem, a może nawet i USA!), by miała pomoc pod­czas odra­bia­nia lek­cji… i w ogóle, żeby było tak super, jak tylko super w szkole być może (zwłasz­cza z nowym laptopem).

Pierw­sza myśl, która mnie nawie­dziła — po ki czort pierw­sza­kom te kom­pu­try? Czy nie lepiej byłoby dofi­nan­so­wać sto­łówki, żeby taki wystra­szony pierw­szak, pusz­czony na głę­boką wodę (bo jak ma pra­cu­ją­cych rodzi­ców, to poza lek­cjami wie­kuje w świe­tlicy do 17.00) miał w ciągu dnia porządny, cie­pły posi­łek? Ale nie, po co… Weź­mie se lap­topa na sto­łówkę, to może mu kto da łyżkę zupy, jak pozwoli “pograć” w nie­le­gal­nie ścią­gnięte gierki…

I tu docho­dzimy do kolej­nej zło­tej myśli. Lap­top, jak to lap­top — bez dostępu do Inter­netu nie­wiele jest wart. Nasu­wają się więc pyta­nia — czy w ramach “Lap­topa dla pierw­szaka” dostęp do sieci będzie “w pakie­cie”, czy tu już port­fel rodzi­ców wcho­dzi w grę? Jeśli Inter­netu nie będzie, to po co taki kom­pu­ter mal­com? Żeby za 400 zł dać dzie­cia­kom jakiś sen­sowny sprzęt, to trza się będzie mocno napo­cić. Nie mówiąc już o wypo­sa­że­niu tego w cokol­wiek sen­sow­nego. Choćby w pakiet Office. Zaczną więc ścią­gać, bo skąd niby mają dostać?
No, ale w sumie, to i tak nie bar­dzo wyobra­żam sobie sze­ścio­latka pyka­ją­cego pre­zen­ta­cję w Power­Po­int czy wypra­co­wa­nie “Ala ma kota” w Wor­dzie. Choć niby powi­nien, w końcu dosta­nie lap­topa! Nikt nie bie­rze pod uwagę tego, że ten sprzęt będzie słu­żył mal­com jako kolejna zabawka. I tyle! A Inter­net? Jeśli nawet będzie dar­mowy (co nadal nie jest jasne), to będzie słu­żył nie jako źródło infor­ma­cji, ale jako źródło roz­rywki oraz nie­le­gal­nego ścią­ga­nia wszel­kich gie­rek czy pro­gra­mów, bo coś w tego “łysego” lapsa trzeba będzie włożyć.

Kolejne pyta­nie — ile z tych lap­to­pów pod koniec roku szkol­nego nadal będzie w rękach pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli? Ile będzie sytu­acji, że pierw­szaka okradną starsi kole­dzy? A ile takich, kiedy star­sze rodzeń­stwo zawład­nie sprzę­tem, bo im bar­dziej jest potrzebny, a w domu bieda i nie ma? Ile w końcu razy będziemy mogli poli­cy­to­wać na Alle­gro net­bo­oka wysta­wio­nego przez rodzi­ców pierw­szaka, bo na chleb zabra­kło? Albo też ile będzie takich lap­sów sprze­da­nych za wódkę w rodzi­nach, gdzie zarob­ków nie ma, za to są nałogi i pusto w portfelu?

Czy myśli też ktoś o tym, że to kolejne kil­ka­set gra­mów (mini­mum) dorzu­co­nych do i tak prze­peł­nio­nego uczniow­skiego plecaczka?

Czy ktoś pomy­ślał o tym, że może lepiej byłoby dofi­nan­so­wać szkolne pra­cow­nie kom­pu­te­rowe, bo nadal w wielu miej­scach sprzęt jest gorzej niż nie­uży­walny lub nie ma dostępu do Internetu?

Czy w końcu też pomy­ślał ktoś o tym, że szkoły (czy­taj: głów­nie nauczy­ciele) nie są przy­go­to­wani do pro­wa­dze­nia zajęć przy uży­ciu kom­pu­tera? Pra­cuję w gim­na­zjum, w któ­rym na sta­nie są, o ile się nie mylę, ze trzy tablice inte­rak­tywne. Jeśli każda z nich jest użyta raz w tygo­dniu, to uwa­żam to za suk­ces. Po pierw­sze: nauczy­ciele wciąż nie­pew­nie czują się pra­cu­jąc na takim sprzę­cie, po dru­gie: jeśli dyrek­cja nie włą­czy w koszty pro­gra­mów do tych tablic na początku roku, to potem sobie możesz poma­rzyć, że taki pro­gram dosta­niesz. No, chyba, że ukrad­niesz w sieci. Sam więc fakt posia­da­nia przez ucznia kom­pu­tera prze­no­śnego nie­wiele zmieni w dydaktyce.

Gdzieś­tam czy­ta­łam tekst odno­śnie całej “net­bo­oko­wej” sprawy, że nauczy­ciele będą uczest­ni­czyli w szko­le­niach na temat nowych tech­no­lo­gii. Jestem obec­nie po serii szko­leń (40h) na tzw. “Nauczy­ciela e-szkoły”. Od ponad roku szkoły objęte tym pro­gra­mem cze­kają na obie­cany sprzęt. My, nauczy­ciele, zosta­li­śmy prze­szko­leni (za cięż­kie, unijne pie­nią­dze) z obsługi plat­formy “Fron­ter”, przy czym w trak­cie szko­leń wciąż nie było wia­domo, czy to aku­rat ten kon­kretny pro­gram wygra prze­targ i będzie uży­wany. Do tego nasz dostęp do tej plat­formy koń­czył się w stycz­niu, w związku z czym nawet ambitny nauczy­ciel miał pro­blem, by cokol­wiek zro­bić w niej z uczniami (zwłasz­cza, że szko­le­nia zaczęły się przed Bożym Naro­dze­niem — było więc mało czasu na wpro­wa­dze­nie w to choćby grupy uczniów. Następ­nie prze­rwa świą­teczna — więc nikt tam nie zaglą­dał — po czym koń­czył się semestr i ucznio­wie, deli­kat­nie mówiąc, mieli gdzieś fron­tera, bo sie­dzieli nad kni­gami i zali­czali braki). Tak wygląda szko­le­nie z “nowych tech­no­lo­gii” dla nauczy­cieli w nowo­cze­snej Pol­sce. Warto dodać, że jestem po kie­runku “Edu­ka­cja medialna i tech­no­lo­gie infor­ma­cyjne”, w związku z czym tech­no­lo­gie owe nie są dla mnie czymś nowym.

Po kolejne… W spo­rej czę­ści pol­skich domów jest już przy­naj­mniej jeden kom­pu­ter. Gdy robi­łam na początku roku szkol­nego ankiety wśród uczniów pierw­szych klas gim­na­zjum w któ­rym pra­cuję, tylko jedna osoba na 180 kom­pu­tera nie posia­dała. Wiem, że to może wyjąt­kowa sytu­acja, że są regiony, gdzie kom­pu­ter to dobro nie­do­stępne, ale nie zmie­nia to faktu, że sprzęt ten na stałe zago­ścił w naszych miesz­ka­niach i będzie już tylko lepiej (pod kątem dostępu do niego). Dla­czego więc mamy fun­do­wać kolej­nego rupie­cia dzie­ciom, które i tak już sporo czasu spę­dzają przed moni­to­rami lub tele­wi­zo­rami? Prze­cież jeśli potrze­bują, to star­sze rodzeń­stwo lub rodzice pozwolą sko­rzy­stać, by skrob­nąć zada­nie domowe. Czy pierw­szak naprawdę potrze­buje oso­bi­stego kom­pu­tera? Gdy dzien­ni­karz radiowy spy­tał dzie­ciaki co by robiły, gdyby dostały taki sprzęt wszy­scy jed­nym chó­rem odpo­wie­dzieli: “Będziemy grać w gry!”. Nie lepiej, żeby pograli w piłkę, poczy­tali książkę (nie e-booka) lub zapo­znali się z war­ca­bami? Kom­pu­te­ro­ma­nia i tak czeka nasze dzieci — po co je do tego dodat­kowo pchać? Nie mówiąc już o tym, że taki net­book nie jest naj­zdrow­szym roz­wią­za­niem dla postawy malca. Sami wiemy, jak my, doro­śli, czę­sto sie­dzimy przy kom­pu­te­rze. A to garb, a to pół­le­żąco, a to z lap­to­pem na kola­nach na łóżku czy fotelu. Jeśli takiego pierw­szaka nikt nie dopil­nuje, to sko­lioza czy inna kifoza w pakie­cie z lap­sem gratis.

No, ale dzie­ciar­nia prze­cież dosta­nie lap­to­piki, bo Mini­ster­stwo posta­no­wiło. I są prze­ko­nani, że wie­dzą, co robią. Powo­dze­nia, zatem!

Do pra­cow­ni­ków działu mar­ke­tingu i innych spamerów

4

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 01-11-2010

Tagi: , , , , , , ,

Drogi Pra­cow­niku z działu marketingu!

Zanim napi­szesz do mnie maila z notką pra­sową lub prośbą o zamiesz­cze­nie arty­kułu rekla­mu­ją­cego: wodę-mineralną/krem-na-wypryski/mokre-chusteczki/Bóg-wie-jeden-co, zasta­nów się głę­boko: czy jest jakiś powód dla któ­rego chcia­ła­bym zro­bić to za darmo?

Jeśli: nie jesteś moim dobrym znajomym/najbliższą-rodziną lub osobą, u któ­rej się w jakiś spo­sób zadłu­ży­łam odpo­wiedź brzmi: NIE! Jeśli nie jesteś w sta­nie zaofe­ro­wać nawet zwy­kłego linka do mojego bloga, to ska­suj mój adres mailowy ze swo­jej listy, bo tra­cisz swój i mój czas.

Nie wiem, dla­czego utarło się, że jeśli ktoś pro­wa­dzi bloga, to wprost marzy o tym, by zamiesz­czać w nim arty­kuły rekla­mowe (przy­słane cza­sem w for­mie gotowca, a cza­sem jedy­nie w postaci wska­zó­wek dot. tek­stu) przez pro­du­centa jakie­goś (w wypadku mojego bloga) oko­ło­dzie­cio­wego spe­cy­fiku. Za każ­dym razem myślę naiw­nie — no pew­nie, czemu nie, jeśli ta, dajmy na to, woda-mineralna-specjalnego-przeznaczenia-dla-niemowląt jest rze­czy­wi­ście dobra, to dla­czego mia­ła­bym jej nie zre­cen­zo­wać? Piszę więc do działu mar­ke­tingu z zapy­ta­niem: co w zamian? Żądania nie są wygó­ro­wane. Zazwy­czaj ów pro­dukt do wypró­bo­wa­nia oraz/lub zalin­ko­wa­nie mojego bloga. W odpo­wie­dzi: CISZA.

Albo ja mam takiego pecha, że tra­fiam na samych bez­czeli, albo fak­tycz­nie środo­wi­sko mar­ke­tin­gow­ców jest tak naiwne, że sądzi, iż blo­ger z utę­sk­nie­niem całe dnie czeka na maila z pro­po­zy­cją arty­kułu. Tro­chę przy­zwo­ito­ści i kul­tury! Dla­czego mam to robić za darmo?

Jeśli pro­wa­dzę bloga, to zna­czy, że mam o czym pisać. Nie dla­tego, że ocze­kuję wspar­cia w postaci komer­cyj­nych gotow­ców. Jeśli masz coś do poka­za­nia i chcesz to zare­kla­mo­wać, to pro­szę bar­dzo. Ale nie licz, że będę Ci za to dzię­ko­wać. Zapro­po­nuj coś w zamian. Mi też zależy na pro­mo­cji. Czy link do cudzego bloga jako forma zapłaty to aż tak wiele?

Pomyśl o tym, zanim do mnie napi­szesz. Po co masz mar­no­wać czas?

Oswa­jamy dzie­cięce lęki

1

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 02-05-2010

Tagi: , , , , , , , ,

Dziś krótko, zwięźle i na temat.

Miko­łaj przez bar­dzo długi czas dosta­wał histe­rii pod­czas każ­dej wizyty u leka­rza. Jak już ewen­tu­al­nie udało nam się wejść bez pła­czu do gabi­netu, to każda próba zbli­że­nia się spe­cja­li­sty do Micha koń­czyła się dra­ma­tem i — nie­stety — zazwy­czaj wyko­ny­wa­niem bada­nia na siłę, bo żadne tłu­ma­cze­nia nie działały.

Aż tu nagle przy­szła nam z pomocą pewna zabawka. Kilka mie­sięcy temu za punkty z karty Smart na sta­cji ben­zy­no­wej zamó­wi­li­śmy dla Micha taką wali­zeczkę z zesta­wem lekar­skim (firmy Klein). Zabawka wyglą­dała cał­kiem cie­ka­wie, dobrej jako­ści, z czy­stym sumie­niem mogę polecić.

zestaw_lekarski_Klein
fot. ze strony www.mdziecko.pl

Nowa zabawka — nowa zabawa. Mamy sprzęt, więc możemy bawić się w leka­rza. Raz Miko­łaj był leka­rzem, raz ja, kiedy indziej Mariusz. Pacjenci też bywali różni — począw­szy od domow­ni­ków, a skoń­czyw­szy na wszel­kich maskot­kach a nawet boha­te­rach ksią­że­czek. Miko­łaj badał ser­duszka ste­to­sko­pem, robił zastrzyki, mie­rzył tem­pe­ra­turę w uchu, stu­kał w kolano mło­tecz­kiem i uży­wał lekar­skich noży­czek w bli­żej nie­okre­ślo­nych celach :) Zabawa szła też w drugą stronę — kiedy to Michu był pacjen­tem. Na koniec bada­nia pacjent otrzy­my­wał jedną z przy­go­to­wa­nych wcze­śniej nakle­jek z Dobra­noc­nego Ogrodu i wycho­dził zado­wo­lony ;)

Zabawa zabawą, ale byłam cie­kawa, na ile takie zaję­cia tema­tyczne zapro­cen­tują w rze­czy­wi­sto­ści. I powiem Wam, że rezul­tat prze­rósł moje ocze­ki­wa­nia. Sytu­acja z wizyt lekar­skich zmie­niła się w 100%! Miko­łaj bez pro­blemu daje się zba­dać, pozwala zaj­rzeć leka­rzowi do ucha i poka­zuje gar­dło. Przy oka­zji któ­rejś z wizyt udało nam się wypro­sić od pedia­try drew­nianą szpa­tułkę, więc mamy dodat­kowy przed­miot do zabawy. Ja pozby­łam się stresu zwią­za­nego z zacho­wa­niem Miko­łaja u leka­rza, Miko­łaj pozbył się stresu zwią­za­nego z bada­niem lekar­skim. Obec­nie wystar­czy, że przed wizytą uprze­dzę, że pani dok­tor będzie “słu­chać ser­duszka” i zaglą­dać do gar­dła, i po problemie.

Jest to w sumie pierw­sza zabawa tema­tyczna, dzięki któ­rej udało nam się oswoić lęk Miko­łaja. Jak na razie innych lęków (dłu­go­trwa­łych i więk­szych) nie odno­to­wa­łam. Był nie­wielki pro­blem zwią­zany z obci­na­niem wło­sów — golę Micha maszynką — ale udało się ostat­nio go zmi­ni­ma­li­zo­wać, gdy Miko­łaj mógł pooglą­dać wła­snego tatę, który wcale nie pła­cze, gdy mama goli mu włosy :)

Kochani, jeśli Wasze dziecko cze­goś się boi, posta­raj­cie się zna­leźć jakiś spo­sób na oswo­je­nie tego lęku. Nie cze­kaj­cie aż samo przej­dzie, bo nie­kiedy może się to cią­gnąć bar­dzo długo. Szkoda czasu i ner­wów dziecka. Być może nie zawsze uda się wymy­ślić jakąś trafną zabawę, ale warto pró­bo­wać. Wiele pro­ble­mów roz­wią­zują też róż­nego rodzaju bajki tera­peu­tyczne. Szu­kaj­cie roz­wią­zań, zaan­ga­żuj­cie się w ich wyko­na­nie, a zoba­czy­cie sami, jak to pro­cen­tuje :)

Żegnam Was opty­mi­stycz­nie i dłu­go­week­en­do­wo­ma­jowo :)

Naresz­cie maj!

P.S. Na dowód: zdję­cie Miko­łaja z ostat­niej wizyty u sto­ma­to­loga — fot. by Zacza­ro­wana Kraina:

stomatolog

Dzię­cięca histe­ria — co robić?

14

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 19-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , ,

Myślę, że temat zawsze na cza­sie. Pisa­łam już o tym, co prawda, w komen­ta­rzu do arty­kułu “Co z tym bun­tem?”, ale przy­pusz­czam, że nie każdy do niego dociera. A z tego, co wyświe­tla mi od czasu do czasu google ana­ly­tics wnio­skuję, że temat taki wymaga odręb­nego wpisu. Tak więc, do dzieła.

Dzie­cię nasze — obec­nie 2 lata i 3 mie­siące — momen­tów dzie­cię­cej histe­rii miało (i pew­nie mieć będzie) cał­kiem sporo. Początki były nie­zwy­kle trudne — zarówno dla nas, jak i dla Miko­łaja, bo nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, jak sobie pora­dzić. Co prawda w miej­scach publicz­nych takie sceny raczej nie miały miej­sca (naj­czę­ściej w domu, tudzież na klatce scho­do­wej), ale nie zmie­nia to faktu, że pro­blem się poja­wił i trzeba było nauczyć się odpo­wied­niego postę­po­wa­nia.

Oto kilka porad, które sami otrzy­ma­li­śmy lub wypra­co­wa­li­śmy w związku z róż­nego typu histe­rycz­nymi oraz agre­syw­nymi zacho­wa­niami dziecka, i które, warto dodać, przy­nio­sły u nas zamie­rzony sku­tek. Zastrze­gam wszakże, iż nie jest to recepta na wszyst­kie nega­tywne zacho­wa­nia waszych malu­chów i może się zda­rzyć, że dana metoda nie podziała na jakieś dziecko.

  • Po pierw­sze aniel­ska cier­pli­wość. Wiem, że łatwo jest mówić, nato­miast w sytu­acji, gdy dziecko zaczyna cię tłuc, gryźć, lub rzuca się na zie­mię, cier­pli­wość to ostat­nia rzecz, która może przyjść do głowy. Nie ma się co dzi­wić — nie­kiedy roz­hi­ste­ry­zo­wane dziecko potrafi wypro­wa­dzić z rów­no­wagi nawet naj­bar­dziej zrów­no­wa­żo­nego rodzica. Sama nie raz i nie dwa w takiej sytu­acji mia­łam ochotę zro­bić parę rze­czy zupeł­nie nie­do­pusz­czal­nych ;) Ale jakby na to nie spoj­rzeć — ktoś musi być opa­no­wany. Nie ma co liczyć, że będzie to twoje dziecko. Przy­gryź wargi, policz do dzie­się­ciu, oddy­chaj głę­boko — zrób cokol­wiek, by nie dać się spro­wo­ko­wać, bo takiej reak­cji dziecko pod­świa­do­mie ocze­kuje — że swoim zacho­wa­niem przy­cią­gnie twoją uwagę. Im bar­dziej będziesz reago­wać, tym więk­szą masz szansę, że histe­rie będą się powtarzać.
  • Jeśli dziecko rzuca się na ziemię/podłogę, zaczyna kopać, tłuc rękami, posta­raj się je przy­trzy­mać. W domo­wych warun­kach naj­le­piej prze­nieść malu­cha na dywan czy łóżko, by nie zro­biło sobie krzywdy i żebyś jed­no­cze­śnie mógł/mogła je unie­ru­cho­mić — przy­trzy­maj ręce i nogi, jeśli zaczyna tłuc głową, rów­nież ją posta­raj się zabez­pie­czyć. Wydaje się to cał­kiem pro­ste w odnie­sie­niu do małego — pół­to­ra­rocz­nego czy dwu­let­niego — dziecka, ale może­cie zdzi­wić się, ile taki szkrab w chwili histe­rii ma siły. Wtedy dosko­na­łym roz­wią­za­niem oka­zuje się koc. Po pro­stu zawiń malu­cha w koc na tyle cia­sno, by nie miał moż­li­wo­ści się wydo­stać, a zara­zem na tyle swo­bod­nie, by nie stała mu się krzywda. Dziecko z pew­no­ścią w pierw­szym momen­cie zare­aguje jesz­cze więk­szym krzy­kiem, ale spró­buj to prze­trwać. Jeśli nie chcesz (lub nie możesz) użyć koca i jed­no­cze­śnie jesteś na tyle silny/a, by przy­trzy­mać roz­krzy­cza­nego malu­cha, usiądź po turecku, a dziecko usadź sobie na kola­nach — ple­cami do cie­bie. Przy­trzy­maj mu ręce i nogi — by nie kop­nęło cię lub nie ude­rzyło. Posta­raj się, by głowa malu­cha zna­la­zła się na wyso­ko­ści two­jej klatki pier­sio­wej. Jeśli dziecko jest wyż­sze, lub jeśli usa­dzisz je zbyt wysoko na swo­ich kola­nach tak, że jego głowa będzie na wyso­ko­ści two­jej twa­rzy, musisz liczyć się z tym, że możesz mieć roz­ciętą wargę, wybity ząb lub roz­cięty łuk brwiowy. Brzmi nie­wia­ry­god­nie? Jest jak naj­bar­dziej moż­liwe. Roz­hi­ste­ry­zo­wane dziecko czę­sto wygina się do tyłu i zarzuca głowę. Jeśli w takim momen­cie nie przy­trzy­masz mu jej, a twoja twarz znaj­dzie się na linii tego wygię­cia, masz spore szanse zostać znokautowany/a.
  • Jeśli dziecko cię gry­zie, posta­raj się nie wyry­wać mu ręki/nogi/innej gry­zio­nej czę­ści ciała, ale przy­ci­śnij jego głowę do tego miej­sca. Taki ucisk będzie, po pierw­sze, pew­nym szo­kiem dla malu­cha, po dru­gie spo­wo­duje, że buzia samo­ist­nie się otwo­rzy, a zęby pusz­czą. Można powie­dzieć w tym momen­cie, że nie wolno gryźć. Ten gest nie boli dziecka, nie można jed­nakże okre­ślić go mia­nem szcze­gól­nie przy­jem­nego, więc powi­nien przy­nieść ocze­ki­wany sku­tek. Może­cie mi wie­rzyć, że metoda ta wspa­niale wyga­siła gry­zie­nie nas przez Miko­łaja. Po kilku takich pró­bach synek nauczył się, że gry­zie­nie mamy i taty to nic przyjemnego.
  • Gdy twoje dziecko zaczyna cię szczy­pać, spró­buj zacho­wać się podob­nie, jak w przy­padku gry­zie­nia — przy­ci­śnij mocno rękę dziecka wów­czas, gdy stara się na tobie wyła­do­wać. Kilka takich prób i w więk­szo­ści przy­pad­ków pozbę­dzie­cie się pro­blemu małej szczy­pa­wicy :)
  • Jeśli maluch chce cię ude­rzyć, posta­raj się mu to unie­moż­li­wić — po pro­stu przy­trzy­maj w locie jego rękę i powiedz sta­now­czo, że nie wolno bić. Zdaję sobie sprawę, że nie­kiedy dziecko “ude­rza z zasko­cze­nia”, ale jeśli rodzic wie, że może się podob­nej reak­cji spo­dzie­wać po swoim malu­chu, to raczej trudno go zasko­czyć. Gdy twoje dziecko w taki wła­śnie spo­sób reaguje np. na zakazy, to w momen­cie, gdy mu cze­goś zabra­niasz wiesz już, co cię może za chwilę spo­tkać. Masz więc szansę się przy­go­to­wać. Na całą serię prób bicia mnie przez moje dziecko mogła­bym poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki te sytu­acje, gdy udało mu się ude­rzyć. Wy też dacie radę — tylko bądź­cie bar­dziej uważni :)
  • Dziecko ude­rza swoją głową w podłoże/ścianę/meble. I tak się może zda­rzyć. Mojemu synowi, w ubie­głe lato, przez dobry mie­siąc nie scho­dził guz z czoła. Każda sytu­acja, gdy cze­goś mu zabra­nia­li­śmy, koń­czyła się tłu­cze­niem głową. Psy­cho­log pora­dziła nam, że naj­le­piej jest powstrzy­mać malu­cha przed ude­rze­niem się — to raczej oczy­wi­ste i czę­sto rze­czy­wi­ście da się to zro­bić. Nato­miast, jeśli nie uda się zare­ago­wać na czas, to w pierw­szej kolej­no­ści należy przy­tu­lić malu­cha. Małe dziecko w takiej sytu­acji sku­pia się od razu na tym, że boli je głowa, zapo­mi­na­jąc już o przy­czy­nie tego bólu. I rze­czy­wi­ście, jak naj­częst­sze powstrzy­my­wa­nie Miko­łaja bądź uni­ka­nie sytu­acji pobu­dza­ją­cej go do tłu­cze­nia głową pomo­gło nam pozbyć się przy­czyny guzów na czole. Dodać jesz­cze warto, że im star­sze dziecko, tym spryt­niej­sze potrafi być w takim zacho­wa­niu. Zda­rza się bowiem, gdy tłu­cze­nie głową przy­nosi zamie­rzony sku­tek, że dziecko zaczyna kon­tro­lo­wać swoją reak­cję w nie­zbyt pożą­dany spo­sób — ude­rza głową np. w takie miej­sca, by zro­bić wiele hałasu, ale żeby jed­no­cze­śnie nie­zbyt mocno bolało. Dziecko to mały kom­bi­na­tor :) Nie daj­cie się prze­chy­trzyć ;)
  • Gdy dziecko zaczyna histe­ry­zo­wać tylko poprzez płacz lub krzyk, spró­buj­cie zigno­ro­wać jego zacho­wa­nie. Nie mów­cie nic, nie patrz­cie na dziecko, zaj­mij­cie się czymś naj­le­piej. Brak ocze­ki­wa­nej reak­cji po kilku pró­bach prze­kona dziecko, że takie zacho­wa­nie jest mało skuteczne.

Zdaję sobie sprawę, że nie­które z tych metod mogą oka­zać Wam się bru­talne. Spo­koj­nie, nie pod­po­wia­dam Wam, jak się znę­cać nad dziec­kiem. :) Ani przy­trzy­ma­nie w kocu, ani przy­ci­śnię­cie twa­rzy pod­czas gry­zie­nia, ani żadna inna opi­sana metoda nie boli malu­cha, ani nie jest dla niego nie­bez­pieczna. Co wię­cej — nie­które z nich mogą uchro­nić waszą pocie­chę przed zro­bie­niem sobie krzywdy, o unik­nię­ciu siń­ców na two­ich rękach nie wspo­mi­na­jąc. Nie­stety, dziecko, wpa­da­jąc w histe­rię, jest tak sku­pione na tym, co robi, że nie dzia­łają próby słow­nych nego­cja­cji. Jedyną sen­sowną metodą wydaje się zadzia­ła­nie fizyczne — przez przy­trzy­ma­nie, unie­ru­cho­mie­nie, przy­ci­śnię­cie. Daje to malu­chowi sygnał, że to, co robi, nie dość, że nie przy­nie­sie mu korzy­ści, to jesz­cze może być dla niego nie­przy­jemne. Tak, wiem, zaraz posy­pie się grad komen­ta­rzy, że to prze­moc zwy­czajna, że dziecku trzeba tłu­ma­czyć. Ale, kochani, posta­raj­cie się wytłu­ma­czyć 15 mie­sięcz­nemu dziecku, że nie wolno gryźć mamy, bo to boli. Życzę powo­dze­nia :) Nato­miast zamiast metody oko za oko (którą nie­któ­rzy pró­bują sto­so­wać w takich sytu­acjach i, rzecz jasna, nie­sku­tecz­nie) można wła­śnie przy­trzy­mać czy przy­ci­snąć. Dziecku nie dzieje się krzywda, a dostaje jasny sygnał, że nie tędy droga.

Cóż, tyle na razie przy­cho­dzi mi do głowy, jeśli cho­dzi o małych histe­ry­ków. Pamię­taj­cie, że takie histe­rie są sto­sun­kowo czę­stą formą wyra­ża­nia emo­cji przez dzieci. Na pew­nym eta­pie maluch nie potrafi jesz­cze ich wyar­ty­ku­ło­wać, wielu rze­czy nie rozu­mie, ota­cza­jący go świat lub nad­miar bodź­ców może go nega­tyw­nie pobu­dzić. Naszym zada­niem jest poka­zać mu, że droga takiej histe­rycz­nej agre­sji nie pro­wa­dzi do sukcesu.

Na koniec jesz­cze dodam, że dobrze jest też po pro­stu uni­kać sytu­acji, które mogą wywo­łać histe­rię u dziecka. Warto poob­ser­wo­wać, kiedy nasze dziecko wpada w szał. Być może, gdy jest szcze­gól­nie zmę­czone, gdy przy­tła­cza go duża ilość bodź­ców, gdy mama zabroni mu cze­goś uży­wa­jąc jakichś kon­kret­nych słów. Cza­sem histe­ria wydaje się być o nic — ale zawsze ma jakiś powód. Nie­kiedy wydaje się on rodzi­cowi błahy, ale np. wyrę­cze­nie dziecka w zdję­ciu mu z głowy czapki może oka­zać się iskrą wybu­chową u dwu­latka sta­ra­ją­cego się wyka­zać swoją odręb­ność i samo­dziel­ność. Nie­któ­rych sytu­acji da się unik­nąć, innych nie. Ale jeśli musi­cie zro­bić coś, co wie­cie, że może skut­ko­wać ata­kiem szału waszej pocie­chy, jeste­ście w sta­nie przy­naj­mniej psy­chicz­nie przy­go­to­wać się na to, co będzie się za chwilę działo.

Kochani, tak naprawdę histe­rie nie miną nigdy :) Co naj­wy­żej będą ewo­lu­ować ich formy. Dwu­la­tek cię ugry­zie, czte­ro­la­tek rzuci się na pod­łogę, sied­mio­la­tek powie ci, że jesteś głupi/a, jede­na­sto­la­tek trza­śnie drzwiami, czter­na­sto­la­tek uciek­nie z domu na godzinę lub na całą noc, a szes­na­sto­la­tek prze­sta­nie się do cie­bie odzy­wać… Nie jest lekko :) Ale i tak, przy­znaj­cie, rodzi­ciel­stwo dostar­cza nam tylu rado­ści, że o przy­krych i trud­nych spra­wach szybko daje się zapo­mnieć :)