Lap­to­piki dla dzieciarni!

6

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 05-04-2011

Tagi: , , , , , ,

Poprzed­niego ponie­działku rząd poczę­sto­wał nas infor­ma­cją, że od nowego roku szkol­nego każdy pierw­szo­kla­si­sta otrzyma lap­top. Albo raczej — net­book. Po co? Ano po to (podobno), żeby się dzie­ciar­nia roz­wi­jała tech­no­lo­gicz­nie, by “nadą­żała” za nowo­cze­sno­ścią (czy­taj: Zacho­dem, a może nawet i USA!), by miała pomoc pod­czas odra­bia­nia lek­cji… i w ogóle, żeby było tak super, jak tylko super w szkole być może (zwłasz­cza z nowym laptopem).

Pierw­sza myśl, która mnie nawie­dziła — po ki czort pierw­sza­kom te kom­pu­try? Czy nie lepiej byłoby dofi­nan­so­wać sto­łówki, żeby taki wystra­szony pierw­szak, pusz­czony na głę­boką wodę (bo jak ma pra­cu­ją­cych rodzi­ców, to poza lek­cjami wie­kuje w świe­tlicy do 17.00) miał w ciągu dnia porządny, cie­pły posi­łek? Ale nie, po co… Weź­mie se lap­topa na sto­łówkę, to może mu kto da łyżkę zupy, jak pozwoli “pograć” w nie­le­gal­nie ścią­gnięte gierki…

I tu docho­dzimy do kolej­nej zło­tej myśli. Lap­top, jak to lap­top — bez dostępu do Inter­netu nie­wiele jest wart. Nasu­wają się więc pyta­nia — czy w ramach “Lap­topa dla pierw­szaka” dostęp do sieci będzie “w pakie­cie”, czy tu już port­fel rodzi­ców wcho­dzi w grę? Jeśli Inter­netu nie będzie, to po co taki kom­pu­ter mal­com? Żeby za 400 zł dać dzie­cia­kom jakiś sen­sowny sprzęt, to trza się będzie mocno napo­cić. Nie mówiąc już o wypo­sa­że­niu tego w cokol­wiek sen­sow­nego. Choćby w pakiet Office. Zaczną więc ścią­gać, bo skąd niby mają dostać?
No, ale w sumie, to i tak nie bar­dzo wyobra­żam sobie sze­ścio­latka pyka­ją­cego pre­zen­ta­cję w Power­Po­int czy wypra­co­wa­nie “Ala ma kota” w Wor­dzie. Choć niby powi­nien, w końcu dosta­nie lap­topa! Nikt nie bie­rze pod uwagę tego, że ten sprzęt będzie słu­żył mal­com jako kolejna zabawka. I tyle! A Inter­net? Jeśli nawet będzie dar­mowy (co nadal nie jest jasne), to będzie słu­żył nie jako źródło infor­ma­cji, ale jako źródło roz­rywki oraz nie­le­gal­nego ścią­ga­nia wszel­kich gie­rek czy pro­gra­mów, bo coś w tego “łysego” lapsa trzeba będzie włożyć.

Kolejne pyta­nie — ile z tych lap­to­pów pod koniec roku szkol­nego nadal będzie w rękach pra­wo­wi­tych wła­ści­cieli? Ile będzie sytu­acji, że pierw­szaka okradną starsi kole­dzy? A ile takich, kiedy star­sze rodzeń­stwo zawład­nie sprzę­tem, bo im bar­dziej jest potrzebny, a w domu bieda i nie ma? Ile w końcu razy będziemy mogli poli­cy­to­wać na Alle­gro net­bo­oka wysta­wio­nego przez rodzi­ców pierw­szaka, bo na chleb zabra­kło? Albo też ile będzie takich lap­sów sprze­da­nych za wódkę w rodzi­nach, gdzie zarob­ków nie ma, za to są nałogi i pusto w portfelu?

Czy myśli też ktoś o tym, że to kolejne kil­ka­set gra­mów (mini­mum) dorzu­co­nych do i tak prze­peł­nio­nego uczniow­skiego plecaczka?

Czy ktoś pomy­ślał o tym, że może lepiej byłoby dofi­nan­so­wać szkolne pra­cow­nie kom­pu­te­rowe, bo nadal w wielu miej­scach sprzęt jest gorzej niż nie­uży­walny lub nie ma dostępu do Internetu?

Czy w końcu też pomy­ślał ktoś o tym, że szkoły (czy­taj: głów­nie nauczy­ciele) nie są przy­go­to­wani do pro­wa­dze­nia zajęć przy uży­ciu kom­pu­tera? Pra­cuję w gim­na­zjum, w któ­rym na sta­nie są, o ile się nie mylę, ze trzy tablice inte­rak­tywne. Jeśli każda z nich jest użyta raz w tygo­dniu, to uwa­żam to za suk­ces. Po pierw­sze: nauczy­ciele wciąż nie­pew­nie czują się pra­cu­jąc na takim sprzę­cie, po dru­gie: jeśli dyrek­cja nie włą­czy w koszty pro­gra­mów do tych tablic na początku roku, to potem sobie możesz poma­rzyć, że taki pro­gram dosta­niesz. No, chyba, że ukrad­niesz w sieci. Sam więc fakt posia­da­nia przez ucznia kom­pu­tera prze­no­śnego nie­wiele zmieni w dydaktyce.

Gdzieś­tam czy­ta­łam tekst odno­śnie całej “net­bo­oko­wej” sprawy, że nauczy­ciele będą uczest­ni­czyli w szko­le­niach na temat nowych tech­no­lo­gii. Jestem obec­nie po serii szko­leń (40h) na tzw. “Nauczy­ciela e-szkoły”. Od ponad roku szkoły objęte tym pro­gra­mem cze­kają na obie­cany sprzęt. My, nauczy­ciele, zosta­li­śmy prze­szko­leni (za cięż­kie, unijne pie­nią­dze) z obsługi plat­formy “Fron­ter”, przy czym w trak­cie szko­leń wciąż nie było wia­domo, czy to aku­rat ten kon­kretny pro­gram wygra prze­targ i będzie uży­wany. Do tego nasz dostęp do tej plat­formy koń­czył się w stycz­niu, w związku z czym nawet ambitny nauczy­ciel miał pro­blem, by cokol­wiek zro­bić w niej z uczniami (zwłasz­cza, że szko­le­nia zaczęły się przed Bożym Naro­dze­niem — było więc mało czasu na wpro­wa­dze­nie w to choćby grupy uczniów. Następ­nie prze­rwa świą­teczna — więc nikt tam nie zaglą­dał — po czym koń­czył się semestr i ucznio­wie, deli­kat­nie mówiąc, mieli gdzieś fron­tera, bo sie­dzieli nad kni­gami i zali­czali braki). Tak wygląda szko­le­nie z “nowych tech­no­lo­gii” dla nauczy­cieli w nowo­cze­snej Pol­sce. Warto dodać, że jestem po kie­runku “Edu­ka­cja medialna i tech­no­lo­gie infor­ma­cyjne”, w związku z czym tech­no­lo­gie owe nie są dla mnie czymś nowym.

Po kolejne… W spo­rej czę­ści pol­skich domów jest już przy­naj­mniej jeden kom­pu­ter. Gdy robi­łam na początku roku szkol­nego ankiety wśród uczniów pierw­szych klas gim­na­zjum w któ­rym pra­cuję, tylko jedna osoba na 180 kom­pu­tera nie posia­dała. Wiem, że to może wyjąt­kowa sytu­acja, że są regiony, gdzie kom­pu­ter to dobro nie­do­stępne, ale nie zmie­nia to faktu, że sprzęt ten na stałe zago­ścił w naszych miesz­ka­niach i będzie już tylko lepiej (pod kątem dostępu do niego). Dla­czego więc mamy fun­do­wać kolej­nego rupie­cia dzie­ciom, które i tak już sporo czasu spę­dzają przed moni­to­rami lub tele­wi­zo­rami? Prze­cież jeśli potrze­bują, to star­sze rodzeń­stwo lub rodzice pozwolą sko­rzy­stać, by skrob­nąć zada­nie domowe. Czy pierw­szak naprawdę potrze­buje oso­bi­stego kom­pu­tera? Gdy dzien­ni­karz radiowy spy­tał dzie­ciaki co by robiły, gdyby dostały taki sprzęt wszy­scy jed­nym chó­rem odpo­wie­dzieli: “Będziemy grać w gry!”. Nie lepiej, żeby pograli w piłkę, poczy­tali książkę (nie e-booka) lub zapo­znali się z war­ca­bami? Kom­pu­te­ro­ma­nia i tak czeka nasze dzieci — po co je do tego dodat­kowo pchać? Nie mówiąc już o tym, że taki net­book nie jest naj­zdrow­szym roz­wią­za­niem dla postawy malca. Sami wiemy, jak my, doro­śli, czę­sto sie­dzimy przy kom­pu­te­rze. A to garb, a to pół­le­żąco, a to z lap­to­pem na kola­nach na łóżku czy fotelu. Jeśli takiego pierw­szaka nikt nie dopil­nuje, to sko­lioza czy inna kifoza w pakie­cie z lap­sem gratis.

No, ale dzie­ciar­nia prze­cież dosta­nie lap­to­piki, bo Mini­ster­stwo posta­no­wiło. I są prze­ko­nani, że wie­dzą, co robią. Powo­dze­nia, zatem!

Reak­ty­wa­cja

0

Posted by Zosia | Posted in Bez związku | Posted on 02-03-2011

Tagi:

Kochani, wiem, że to wstyd. Tyle wejść dzien­nie, a ostatni wpis sprzed kilku mie­sięcy. Ale solen­nie obie­cuję, że do nie­dzieli wie­czo­rem pojawi się tu coś nowego i — mam nadzieję — będzie się poja­wiało regu­lar­nie. Tak więc o jesz­cze kilka dni cier­pli­wo­ści pro­szę :)

Pozdra­wiam ser­decz­nie i przed­wio­sen­nie :)

Do pra­cow­ni­ków działu mar­ke­tingu i innych spamerów

4

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy | Posted on 01-11-2010

Tagi: , , , , , , ,

Drogi Pra­cow­niku z działu marketingu!

Zanim napi­szesz do mnie maila z notką pra­sową lub prośbą o zamiesz­cze­nie arty­kułu rekla­mu­ją­cego: wodę-mineralną/krem-na-wypryski/mokre-chusteczki/Bóg-wie-jeden-co, zasta­nów się głę­boko: czy jest jakiś powód dla któ­rego chcia­ła­bym zro­bić to za darmo?

Jeśli: nie jesteś moim dobrym znajomym/najbliższą-rodziną lub osobą, u któ­rej się w jakiś spo­sób zadłu­ży­łam odpo­wiedź brzmi: NIE! Jeśli nie jesteś w sta­nie zaofe­ro­wać nawet zwy­kłego linka do mojego bloga, to ska­suj mój adres mailowy ze swo­jej listy, bo tra­cisz swój i mój czas.

Nie wiem, dla­czego utarło się, że jeśli ktoś pro­wa­dzi bloga, to wprost marzy o tym, by zamiesz­czać w nim arty­kuły rekla­mowe (przy­słane cza­sem w for­mie gotowca, a cza­sem jedy­nie w postaci wska­zó­wek dot. tek­stu) przez pro­du­centa jakie­goś (w wypadku mojego bloga) oko­ło­dzie­cio­wego spe­cy­fiku. Za każ­dym razem myślę naiw­nie — no pew­nie, czemu nie, jeśli ta, dajmy na to, woda-mineralna-specjalnego-przeznaczenia-dla-niemowląt jest rze­czy­wi­ście dobra, to dla­czego mia­ła­bym jej nie zre­cen­zo­wać? Piszę więc do działu mar­ke­tingu z zapy­ta­niem: co w zamian? Żądania nie są wygó­ro­wane. Zazwy­czaj ów pro­dukt do wypró­bo­wa­nia oraz/lub zalin­ko­wa­nie mojego bloga. W odpo­wie­dzi: CISZA.

Albo ja mam takiego pecha, że tra­fiam na samych bez­czeli, albo fak­tycz­nie środo­wi­sko mar­ke­tin­gow­ców jest tak naiwne, że sądzi, iż blo­ger z utę­sk­nie­niem całe dnie czeka na maila z pro­po­zy­cją arty­kułu. Tro­chę przy­zwo­ito­ści i kul­tury! Dla­czego mam to robić za darmo?

Jeśli pro­wa­dzę bloga, to zna­czy, że mam o czym pisać. Nie dla­tego, że ocze­kuję wspar­cia w postaci komer­cyj­nych gotow­ców. Jeśli masz coś do poka­za­nia i chcesz to zare­kla­mo­wać, to pro­szę bar­dzo. Ale nie licz, że będę Ci za to dzię­ko­wać. Zapro­po­nuj coś w zamian. Mi też zależy na pro­mo­cji. Czy link do cudzego bloga jako forma zapłaty to aż tak wiele?

Pomyśl o tym, zanim do mnie napi­szesz. Po co masz mar­no­wać czas?

Piękna mama

1

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Pod mikroskopem, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 12-03-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , ,

W nawią­za­niu do poprzed­niego wpisu chcia­ła­bym Wam, dro­gie Mamy (i Nie-Mamy rów­nież), coś pole­cić. Otóż, nama­wiać Was będę namięt­nie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką. Dla­czego? Posta­ram się wyja­śnić w kilku słowach.

Myślę, że więk­szość z nas, jeśli nie codzien­nie, to przy­naj­mniej od wiel­kiego dzwonu (czy­taj w nie­dzielę i święta) pró­buje nało­żyć sobie maki­jaż. Każda z nas chce prze­cież dobrze się pre­zen­to­wać. Tak, wiem, znam tę gadkę, że kobieta bez maki­jażu wygląda rów­nie pięk­nie, co natu­ral­nie itd. Ale bądźmy szczere — naprawdę nie­wiele z nas może pochwa­lić się ide­alną, piękną cerą. Poza tym nie cho­dzi mi tu o maki­jaż, który ma bić po oczach, ale o coś, co pasuje indy­wi­du­al­nie do każ­dej z nas. Do tego potrzebna jesteś Ty, Droga Mamo lub Nie-Mamo, oraz wła­śnie makijażystka.

Kilka tygo­dni temu zosta­łam zapro­szona na indy­wi­du­alne spo­tka­nie przez zaprzy­jaź­nioną maki­ja­żystkę i cha­rak­te­ry­za­torkę — Romę. Spo­tka­nie trwało około dwóch godzin i było dla mnie odkry­wa­niem nowego lądu. Ha, pew­nie, że się wcze­śniej malo­wa­łam. Ale oka­zało się, że połowa z moich kosme­ty­ków została źle (przeze mnie, rzecz jasna) dobrana kolo­ry­stycz­nie, o jako­ści już nie wspo­mi­na­jąc. Ale nie to było dla mnie naj­waż­niej­sze. Roma wytłu­ma­czyła mi (i roz­ry­so­wała) krok po kroku jak, co i czym malo­wać. W jaki spo­sób nakła­dać dany cień, jak nakła­dać pod­kład, w jaki spo­sób zro­bić kre­skę eyeli­ne­rem… To brzmi tak banal­nie… Wyda­wało mi się do tej pory, że prze­cież wszystko to robi­łam dobrze, w końcu jakoś strasz­nie nie wyglą­da­łam po zro­bie­niu sobie maki­jażu. I owszem, ale po tym spo­tka­niu moje umie­jęt­no­ści wzro­sły o wiele, wiele bar­dziej. Roma pomo­gła mi dobrać kolo­ry­stykę, wytłu­ma­czyła jaki maki­jaż na jaką porę dnia, pole­ciła kilka spraw­dzo­nych firm pro­du­ku­ją­cych kosme­tyki, sprze­dała kilka tri­ków i wyja­śniła co eks­po­no­wać, a co tuszo­wać (i w jaki sposób)…

Pole­cam Wam takie spo­tka­nie całym ser­cem. Jeśli jeste­ście z Wro­cła­wia, tudzież oko­lic, to, rzecz jasna, bez owi­ja­nia w bawełnę, radzę Wam skon­tak­to­wać się wła­śnie z Romą. Link do jej strony inter­ne­to­wej od dawna już wisi w zakładce “Zaj­rzyj koniecz­nie”, ale wrzu­cam go też tutaj: Maki­jaż od kuchni. Jeśli miesz­ka­cie dalej, to poszu­kaj­cie sobie w oko­licy kogoś podob­nego, bo to, co może­cie zyskać warte jest zain­we­sto­wa­nia kil­ku­dzie­się­ciu zło­tych. Nie cho­dzi mi tylko o zauro­czone spoj­rze­nia męża (tudzież innych męż­czyzn ;) ), ale przede wszyst­kim o Wasze wła­sne samo­po­czu­cie. Jeśli jesz­cze się sobie nie spodo­ba­ły­ście, to macie na to realną szansę — naucz­cie się pra­wi­dłowo robić maki­jaż. To nic wiel­kiego, a z sza­rej myszki może­cie wycza­ro­wać praw­dziwą kró­lową :) I to swo­imi wła­snymi rękoma!

Jeśli lubi­cie się malo­wać, zaczy­na­cie swoją przy­godę z maki­ja­żem, tudzież chcia­ły­by­ście coś zmie­nić w swoim wyglą­dzie, jesz­cze raz powta­rzam: Idź­cie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką. Powiem wię­cej: jeśli potrze­bu­je­cie zro­bić coś dla sie­bie, jeśli jeste­ście zmę­czone codzien­no­ścią, znu­dzone, znu­żone, przy­ga­szone, jeśli potrze­bu­je­cie wyjść z domu, zmie­nić choć na chwilę środo­wi­sko z dzie­cię­cego na bab­skie, to: Idź­cie na spo­tka­nie z maki­ja­żystką!!! Wró­ci­cie wypo­częte, pełne nowej ener­gii, śliczne, uśmiech­nięte — przy­naj­mniej jak po week­en­dzie w spa ;) Bab­skie spo­tka­nie dla Bab. Warto :)

Laleczki Chucky?

17

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem | Posted on 20-11-2009

Tagi: , , , , ,

Jakiś tydzień temu tra­fi­łam na coś, co nazywa się lalka reborn. Pierw­sza moja reak­cja na jej widok, to kola­cja pod­cho­dząca mi do gar­dła (serio!). Pierw­sze sko­ja­rze­nie — mały trup.

Lalki te mają jak naj­wier­niej przy­po­mi­nać nie­mowlę, a czę­sto wręcz nowo­rodka — włą­cza­jąc w to pomarsz­czoną skórę, czę­sto gile w nosie, zapła­kane oczy, zaśli­nione usta, otar­cia na kola­nach, różne prze­bar­wie­nia skórne wystę­pu­jące u dzieci itp. Gene­ral­nie ma wyglą­dać jak naj­praw­dziw­sze ludz­kie dziecko.

Nie była­bym jed­nak sobą, gdy­bym na prze­czy­ta­niu jed­nego tylko arty­kułu poprze­stała. Temat mnie zain­te­re­so­wał, zaczę­łam więc szu­kać dokład­niej­szych infor­ma­cji. Nie zamie­rzam tu robić wykładu na temat histo­rii takich lale­czek, ani też spo­sobu ich wyko­ny­wa­nia. Wszyst­kie kwe­stie historyczno-techniczne pominę. Przejdę więc do sedna — do sensu wyrobu takich lal.

Jak do wielu innych rze­czy, tak i do lale­czek reborn ich miło­śnicy doro­bili pewne ide­olo­gie. I tak, podobno, mogą one służyć:

  1. mat­kom, które stra­ciły dziecko (w celach terapeutycznych)
  2. kobie­tom, które dziecka mieć nie mogą (w celach rekompensaty)
  3. kobie­tom, które chcą mieć pamiątkę z czasu dzie­ciń­stwa swego dziecka/wnuka (sens niby podobny do zdję­cia dzie­ciaka, a jed­nak to nie to samo)
  4. celom kolek­cjo­ner­skim
  5. do zabawy star­szym dzie­ciom (podobno powy­żej 5 lat)
  6. celom komer­cyj­nym w sen­sie jako mane­kiny nie­mow­ląt w fil­mach, sztu­kach itp.

Co ja na to…?

  1. Naprawdę nie wiem, która matka byłaby w sta­nie pocie­szyć się po stra­cie dziecka po pierw­sze lalką, po dru­gie lalką z twa­rzą (mniej lub bar­dziej podobną) jej zmar­łego dziecka. Tera­pii w tym nie widzę żadnej, bar­dziej ukłon w kie­runku cho­roby psychicznej…
  2. Kobiety, które nie mogą mieć dziecka są z pew­no­ścią w cięż­kiej sytu­acji. Ale czy zamó­wie­nie sobie takiej lalki zre­kom­pen­suje jej brak dziecka? Tak, wiem, był o tym film podobno, że na Wyspach jest teraz taka moda, że kobiety z tymi lal­kami w wóz­kach spa­ce­rują, udają, że je kar­mią itd. Zna­la­złam nawet infor­ma­cję o przy­padku, gdzie poli­cja wybiła szybę w samo­cho­dzie, bo myśleli, że ktoś zosta­wił w fote­liku małe dziecko i zamknął samo­chód. Oka­zało się, że to wła­śnie lalka reborn.
    Ludzie, czy to jest nor­malne? Czy to nie jest two­rze­nie sobie złud­nego świata, gdzie jestem ja i moje sztuczne dziecko, które trak­tuję jak praw­dziwe?
  3. No, to jesz­cze jestem w sta­nie zro­zu­mieć, bo jak się jakaś bab­cia uprze, że chce mieć lalkę wyglą­da­jącą jak jej wnu­sio sprzed lat trzy­dzie­stu, to nikt jej nie prze­kona. Acz­kol­wiek sam fakt, że ta lalka jest tak dopra­co­wana w sfe­rze ana­to­mii, wyglądu skóry itd. spra­wia, że mnie bar­dziej odpy­cha niż zachwyca
  4. Cele kolek­cjo­ner­skie rozu­miem w zupeł­no­ści. Jedni kolek­cjo­nują papro­chy z pępka (to nie jest żart!!!), to inni mogą lalki reborn. Jak kto woli. (Chyba jed­nak skło­ni­ła­bym się w stronę tych papro­chów… zawsze to jed­nak moje wła­sne papro­chy… ;) )
  5. Co do tego, czy taką lalką powinny bawić się dzieci, to mam baaar­dzo mie­szane uczu­cia. Co prawda pani Bin­czew­ska z Pozna­nia, która jako pierw­sza w Pol­sce zaczęła wyra­biać takie lalki mówi, że bawią się nimi jej córki, a kole­żanki owych córek są lal­kami zachwy­cone, to jed­nak coś we mnie się sprze­ci­wia…
    Lalka powinna wyglą­dać jak lalka, jak coś sztucz­nego. Lalka, która wygląda jak praw­dziwe dziecko nie jest w moim odczu­ciu i prze­ko­na­niu dobrym mate­ria­łem dydak­tycz­nym, czy nawet zwy­czaj­nie zaba­wo­wym.
    Czy widział ktoś kie­dyś, by dziecko bawiło się wypcha­nym psem albo kotem? Nawet maskotki nie wyglą­dają tak real­nie jak ta lalka.
    No ale każdy ma swoje zda­nie. Inną sprawą jest cena tej lalki. Podobno tanio, to 600 zł za sztukę (choć na alle­gro widzia­łam jakieś pro­mo­cje świą­teczne nawet za 300 zł). Nie dała­bym mojemu dziecku do zabawy lalki za 600 zł. Ale to zwy­czaj­nie dla­tego, że mnie na to nie stać :)
  6. Cele komer­cyjne — ok. Choć już na przy­kład tekst gdzieś wyczy­tany, że lalki te byłyby świetne jako narzę­dzie dydak­tyczne dla mło­dzieży, która (na przy­kład w Ame­ryce) ma zaję­cia z opieki nad nie­mow­lę­ciem, jakoś mało do mnie prze­ma­wia. No ale może fak­tycz­nie ma to więk­szy sens niż paczka cukru czy balo­niki imi­tu­jące dziecko. Choć gdyby naprawdę chcieli lalkę, to chyba dałby radę taki zwy­czajny gumowy nie­mow­lak za 5 dolców zamiast reborn za 200…

Co do wyglądu tych lalek, to powie­dzieć mogę tylko tyle, że są egzem­pla­rze mniej i bar­dziej udane. Albo ina­czej — są bar­dziej i mniej uzdol­nione i doświad­czone “artystki” wyko­nu­jące reborn. Lalki Bin­czew­skiej nie wstrzą­sają aż tak bar­dzo. Ale już lalki, które zna­la­złam na alle­gro wyglą­dały po pro­stu jak na zdję­ciach trumiennych.

Co do całej otoczki, która towa­rzy­szy lal­kom reborn, to musi­cie wie­dzieć, że lalki reborn nie powinno się tak zwy­czaj­nie kupić. Ją się adop­tuje. Ona ma swój cer­ty­fi­kat z datą uro­dzin. Lalka reborn do momentu adop­cji mieszka w “żłobku”. Rodzic, który adop­tuje reborn dostaje cza­sem dodat­kowy pakiet. Zazwy­czaj znaj­dują się w nim jakieś ubranka, ulu­biona maskotka (tak kochani, lalka prze­cież umie wybrać sobie ulu­bioną maskotkę!), smo­czek, a nawet (jak się chwalą nie­któ­rzy w swo­ich aukcjach) frag­ment pępo­winy owej lalki…

Tak więc jak już zaadop­tu­jesz sobie taką lalkę, i dosta­niesz całą jej wyprawkę, i pępo­winkę, i masko­teczkę, i przy­wie­ziesz ją do domu, poło­żysz w łóżeczku i będziesz ze szczę­ścia jedną nogą w nie­bie, to pomyśl przez chwilę, że mimo iż trak­tu­jesz ją jak wła­sne dziecko, kochasz całym ser­cem i zamie­rzasz o nią dbać, to ona nigdy, ale to nigdy, nie powie do cie­bie “mamo”, nie poko­cha cię, a nawet nie będzie w sta­nie cię zwy­czaj­nie polu­bić. Dla­czego? Dla­tego, że tak zwy­czaj­nie, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ona po pro­stu nie żyje.

Pozdra­wiam!

Kilka lin­ków zwią­za­nych z reborn:

I na koniec parę zdjęć. Popa­trz­cie, a naj­le­piej zaj­rzyj­cie na strony “arty­stek” i pooglą­daj­cie w powięk­sze­niu, bo tutaj mogą umknąć wam szcze­góły… I sami zde­cy­duj­cie, czy rze­czy­wi­ście chcie­li­by­ście mieć taką lalkę w domu.


źródło: Alle­gro by Sur­ma­czj


źródło: www.binczewska.pl

Ponie­waż zarówno Real­ba­by­dolls Nur­sery jak i Monica’s Dolls zażą­dały usu­nię­cia zdjęć swo­ich prac z tego wpisu pozo­stały Wam, Dro­dzy Czy­tel­nicy, tylko dwie lalki do obej­rze­nia (choć i to pew­nie kwe­stia czasu ;) ) Myślę jed­nakże, że nie będzie to dla Was pro­ble­mem, w sieci można zna­leźć sporo foto­gra­fii reborn, więc zapra­szam do poszu­ki­wań na stro­nach wytwór­ców tych lalek.

Pozdra­wiam,
Zosia