Smo­czek dla niemowlęcia… — nie wiem, nie znam się!

5

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 07-02-2010

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Nie­cały rok temu, pod­czas spo­tka­nia ze zna­jo­mymi ich synek wypluł z buzi smo­czek. Wów­czas moje dziecko (róż­nica mię­dzy chłop­cami to około 10 mie­sięcy — mój star­szy) pod­nio­sło go i ze zdzi­wie­niem poka­zało rączką. Widzia­łam, jak bar­dzo zain­try­go­wał go przed­miot, który widział po raz pierw­szy w życiu, a któ­rego uży­wało inne dziecko. Ta sytu­acja uświa­do­miła nam — mężowi i mnie — jaką dumą napawa nas fakt, że udało nam się prze­trwać bez smoczka, mimo że cza­sem było ciężko.

Od początku (jesz­cze z cza­sów szkoły rodze­nia) byli­śmy zde­cy­do­wani na nie wpro­wa­dza­nie smoczka w życie naszego dziecka. Dla­czego? Dlatego:

  • Stwier­dzi­li­śmy, że smo­czek to głów­nie kor­ko­wa­nie dziecka dla wygody rodzica. Jakoś słabo podo­bało nam się zaty­ka­nie dziecka tylko dla­tego, że pła­cze (prze­cież jakiś powód ma, więc chyba raczej trzeba go zna­leźć i usu­nąć). Kor­ko­wa­nie buzi malu­cha uwa­ża­li­śmy bar­dziej za coś poni­ża­ją­cego dla dziecka, no i doszli­śmy do wnio­sku, że zawsze musi zna­leźć się inny spo­sób na uspo­ko­je­nie Mikołaja.
  • W więk­szo­ści przy­pad­ków, nawet gdy nie potra­fi­li­śmy odgad­nąć przy­czyny pła­czu Miko­łaja, uda­wało nam się go wyci­szyć. Na szczę­ście nie prze­cho­dzi­li­śmy kolek ani bole­snego ząb­ko­wa­nia, więc to pew­nie też wspo­mo­gło nasze anty­smocz­kowe zacię­cie. Acz­kol­wiek nie raz zda­rzały się syn­kowi dłu­go­trwałe pła­cze i z ręką na sercu przy­znać mogę, że ani razu myśl o smoczku nie zago­ściła w mojej ani męża gło­wie (a nawet jeśli w męża gło­wie zago­ściła, to się do niej nie przy­znał ;) )
  • Oba­wia­li­śmy się wad zgryzu, wad wymowy oraz opóź­nie­nia roz­woju mowy.
  • Nie widzia­łam potrzeby, by Miko­łaj ssał cokol­wiek poza moją pier­sią. Miko­łaj chyba też nie widział :) Wyszłam z zało­że­nia, iż czas, który spę­dzał przy piersi w zupeł­no­ści zaspo­kaja jego potrzebę ssania.
  • Był pewien czas — gdy nasze dziecko miało kilka mie­sięcy — że na nocne kar­mie­nie Miko­łaj budził mnie nie pła­czem, ale tak gło­śnym cmo­ka­niem i ssa­niem, że sły­sza­łam go z dru­giego pokoju. Nawet się nie budził. Wyglą­dało to tak, jakby śniło mu się, że ssie moją pierś. Bawiło nas to nie­jed­no­krot­nie, ale nigdy nie uwa­ża­li­śmy, by ten gło­śny odruch ssa­nia w jaki­kol­wiek spo­sób zastę­po­wać lub uci­szać smocz­kiem. Uzna­wa­li­śmy to po pro­stu jako sygnał do kar­mie­nia, który po jakimś cza­sie został zastą­piony nawo­ły­wa­niem i tyle.
  • Wię­cej grze­chów nie pamię­tam… ;)

Broń Boże, nie zamie­rzam tu wypo­wia­dać wojny smocz­ko­wym rodzi­com. Jeśli ktoś świa­do­mie z jakichś sen­sow­nych powo­dów zde­cy­do­wał się na wyko­rzy­sta­nie smoczka (choć ja nie sły­sza­łam raczej o tako­wych, ale super znawcą tematu nie jestem i być może ist­nieją sytu­acje, gdy bez smoczka, dla dobra dziecka, się nie da), to jego sprawa i tyle. Chcia­łam tylko poka­zać, że nam się udało bez. Że naprawdę można. Wiem, że wie­le­kroć rodzice nawet nie zasta­na­wiają się nad tym, że smo­czek może w jakiś spo­sób dziecku zaszko­dzić. Od poko­leń kor­ko­wało się dzieci, to widocz­nie tak trzeba. A może po pro­stu komuś podoba się dziecko ze smo­kiem w buzi. Nie wni­kam. Mnie się nie podoba, mi jest zakor­ko­wa­nego dziecka żal; żal mi jego zębów, języka, jego hamo­wa­nej potrzeby wypo­wia­da­nia się… I tyle :)

Pro­szę Was tylko o jedno — jeśli sta­je­cie przed dyle­ma­tem smocz­ko­wym, to zasta­nów­cie się sto razy, zanim w ogóle ten przed­miot kupi­cie, czy naprawdę jest on potrzebny Waszemu dziecku.