Kuli­nar­nie

0

Posted by Zosia | Posted in Pychotki | Posted on 22-02-2010

Tagi: , , , , , , , ,

Dziś tak na szybko. Chcę — nie, nie chcę, po pro­stu muszę — pole­cić Wam super szybki i pro­sty prze­pis na pyy­yszne cia­steczka. Prze­pis jest autor­stwa mojego kuli­nar­nego guru, nie­ży­ją­cego już Macieja Kuro­nia, i pocho­dzi z jego (a teraz rów­nież jego synów) strony inter­ne­to­wej.

Her­bat­niki Maćka Kuro­nia odkry­łam jakiś mie­siąc temu, po nie­uda­nej pró­bie wyro­bie­nia cia­sta na ciastka z jakiejś książki tema­tycz­nej z Lidla. Nijak nie chciało się kleić, rodzina na cia­cho cze­kała, cóż więc było robić? A że z prze­pi­sów Kuro­nia robi­łam już dużo (od dwóch lat prak­tycz­nie cała Wigi­lia i Święta) i wycho­dzi wszystko i zawsze, więc stwier­dzi­łam, że na ciast­kach się też nie zawiodę. No i rzeczywiście.

Co do samych cia­stek, to są to, fak­tycz­nie, naj­zwy­klej­sze w świe­cie her­bat­niki, rewe­la­cyjne na sobotnio-niedzielne spo­tka­nia rodzinne przy kawie. Pro­ste, tra­dy­cyjne i tak zwy­czaj­nie smaczne. Jedyne, co zmie­ni­łam, to formę. Nie prze­pusz­czam cia­sta przez maszynkę, ale roz­wał­ko­wuję i wyci­nam forem­kami z Ikei w kształ­cie zwie­rza­ków — Miko­łaj wprost je uwiel­bia! Poza tym po uło­że­niu na blaszce sma­ruję ciastka roz­trze­pa­nym żółtkiem i posy­puję spe­cjal­nym cukrem — odkry­tym nie­dawno — cyna­mo­no­wym z Dia­mantu. Cia­steczka mają dzięki temu pyszny cyna­mo­nowy smak i aro­mat. Pole­cam wszyst­kim ser­decz­nie! A jak wykom­bi­nu­je­cie jakieś nowe, cie­kawe dodatki, to daj­cie koniecz­nie znać. Chęt­nie wypró­buję :)

A oto i sam prze­pis — zaczerp­nięty ze strony Macieja Kuronia:

  • 250 g mąki pszennej
  • 200 g mąki ziemniaczanej
  • 100 g masła
  • 100 g cukru
  • 125 ml śmietany
  • 2 jajka
  • łyżeczka proszku do pieczenia

Mie­szamy i prze­sie­wamy razem do miski lub na stol­nicę: mąkę pszenną, mąkę ziem­nia­czaną oraz pro­szek do pie­cze­nia. Doda­jemy masło, cukier, śmie­tanę i jaja. Wyra­biamy i zagnia­tamy cia­sto. Do wyra­bia­nia her­bat­ni­ków w zasa­dzie potrzebna jest maszynka do mięsa ze spe­cjalną nakładką do cia­stek. Na pewno nie­któ­rzy z Pań­stwa mają takie nakładki w domu. W tym przy­padku, trzeba zasto­so­wać taką nakładkę, żeby cia­sto wycho­dziło w for­mie taśmy, którą uci­namy w odstę­pach 5 – 6 cm. Możemy rów­nież po pro­stu roz­wał­ko­wać cia­sto na stol­nicy i wykra­jać her­bat­niki foremką. Bla­chy natłusz­czamy, ukła­damy na nich pro­sto­kątne ciastka i wkła­damy do pie­kar­nika nagrza­nego do 180 – 200ºC. Jak zawsze, trzeba uwa­żać, żeby się zanadto nie przy­pie­kły. Her­bat­niki są cien­kie, więc mogą się upiec już po 7 – 8 minu­tach. Wyj­mu­jemy bla­chę, gdy widzimy, że mają złoty kolor. Możemy przed pie­cze­niem podzie­lić cia­sto na por­cje i dodać do każ­dej por­cji dowol­nie wybrane dodatki sma­kowe, tj.: wani­lię, skórkę cytry­nową, cze­ko­ladę, olejki zapa­chowe itp. Wtedy otrzy­mamy her­bat­niki o róż­nych smakach.

Powo­dze­nia i smacznego!

Z łóżeczka do łóżka — kiedy i jak?

4

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 19-02-2010

Tagi: , , , , , , ,

lozeczko

Jak to na rodzi­ców swego pierw­szego dziecka przy­stało, wiele rze­czy, rzecz jasna, robimy po raz pierw­szy. Mniej-więcej trzy mie­siące temu swo­isty debiut mie­li­śmy w przy­zwy­cza­ja­niu Miko­łaja ze spa­nia w łóżeczku do spa­nia w łóżku. Całość skoń­czyła się suk­ce­sem, nato­miast zamie­rzam to tutaj opi­sać, bo może komuś się przyda kilka rad/pomysłów.

Do tego, czy Miko­łaj już potrze­buje łóżka doszli­śmy w bar­dzo pro­sty spo­sób. Ponie­waż nasze dziecko bar­dzo szybko rośnie (w związku z czym jest dość wyso­kie jak na swój wiek — 90 cen­tyl), to po pro­stu zaczęło wyra­stać z łóżeczka. Być może gdyby spał z pod­ku­lo­nymi nogami, czy jak­kol­wiek ina­czej powy­gi­nany (każdy ma jakąś tam swoją kon­ste­la­cję koń­czyn pod­czas snu), to może by to nie było takie rażące, jed­nakże Misiek śpi zazwy­czaj roz­cią­gnięty tak, jak się tylko da — ręce nad głową, nogi pro­ste… Cza­sem, owszem, zda­rzy się, że śpi na boku lekko wygięty, ale nawet wtedy, jeśli doli­czyć cały łóżecz­kowy inwen­tarz (któ­rego w sumie to zli­czyć się nie da), nie wyglą­dało to za dobrze. Do tego ewi­dent­nie prze­stał się mie­ścić w łóżeczku turystycznym.

Miko­łaj od pierw­szych tygo­dni życia nauczony był spać we wła­snym łóżeczku, samo­dziel­nie w pokoju. Pierw­szy tydzień spa­łam z nim w łóżku, po czym wymię­kłam. Potem tro­chę pod­sy­pia­łam w Miśka pokoju (on w łóżeczku, ja w łóżku), ale tu też dałam radę z jakiś tydzień. W końcu sta­nęło na tym, że Miko­łaj zasy­piał przy piersi, następ­nie odkła­da­łam go do łóżeczka, po czym sama wędro­wa­łam do dru­giego pokoju, do wła­snego łóżka, w któ­rym w dodatku spał wła­sny mąż. Gdy Miko­łaj miał około 7 mie­sięcy nauczy­li­śmy go zasy­piać samo­dziel­nie w łóżeczku. Od tego czasu tak to wła­śnie wyglą­dało — wie­czo­rem cycek, kąpiel, czy­ta­nie, odkła­da­nie do łóżeczka i wycho­dze­nie z pokoju. Miko­łaj po kilku dniach przy­zwy­czaił się, że wycho­dzimy, on sobie jesz­cze chwilę coś tam poga­dał do sie­bie i bar­dzo szybko zasy­piał. Jak się zro­bił star­szy i sie­dzący, to czas po naszym wyj­ściu z pokoju zaj­mo­wała mu zabawa dostęp­nymi w łóżeczku zabawkami.

Przy­znam, że bar­dzo nas to dopie­ściło — dziecko samo­dziel­nie zasy­pia­jące, chwilka wię­cej czasu wie­czo­rem dla sie­bie. No i nagle wyrósł Michu jeden z łóżeczka, a przed nami sta­nęła potworna wizja łóżka. Co takiego strasz­nego może być w zwy­kłym łóżku spy­ta­cie? A rzecz pro­sta: wie­czorna swo­boda dziecka! Dziecka, które już nie będzie wołało z łóżeczka, że mu się chce pić, ale które po pro­stu wyj­dzie z łóżka i pokoju w naj­mniej ocze­ki­wa­nym i pożą­da­nym momen­cie, by nam to w twarz powie­dzieć. Dziecka, które być może wcale nie będzie chciało już samo­dziel­nie zasy­piać, tylko będzie urzą­dzać dzi­kie piel­grzymki do pokoju rodzi­ców co 5 minut, aż nie zaśnie. Dziecka, które będzie stra­szyć w nocy śpią­cych rodzi­ców, gdy nagle, prze­bu­dzone, sta­nie, niczym zjawa u ich głów i się roz­wyje. Można by jesz­cze wymie­niać, ale po co?

Tak, wiem, wyszedł tu pro­fil pato­lo­gicz­nych rodzi­ców, któ­rzy nie zaj­mują się dziec­kiem, tylko zamy­kają je w pokoju, a sami robią Bóg wie co. Otóż, kochani, uspo­koję Was, że tak nie jest :) Mamy z mężem i Miko­ła­jem swój wie­czorny rytuał, w któ­rym jest zarówno dopiesz­czony, jak i doedu­ko­wany czy­ta­niem. A że nam się podoba, że zasy­pia samo­dziel­nie?… Wszel­kie potrzeby przy­tu­la­nia zaspo­ka­jamy obo­pól­nie w ciągu dnia, więc wie­czór każdy ma już, że tak się wyrażę, “dla sie­bie”. A przy­zna­cie, że choć pół godziny wię­cej czasu, wie­czo­rem, dla rodzi­ców małego dziecka, to wielka przy­jem­ność :)

No, ale wra­cam do głów­nego wątku. Michu z łóżeczka zaczął wyra­stać, więc coś trzeba było zara­dzić. Przy­znam, że mie­li­śmy zagwostkę. Nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, jak przejść cały ten etap prze­sta­wia­nia Micha z jed­nego mebla na drugi, tym bar­dziej, że ciężko nam było osą­dzić, czy on sam jest już na to gotów. No ale doszli­śmy do wnio­sku, że prze­cież kie­dyś się przy­zwy­czai, a jeśli będziemy kon­se­kwentni w odpro­wa­dza­niu go do łóżka/pokoju to przy­nie­sie to ocze­ki­wany sku­tek. A skut­kiem owym miało być oczy­wi­ście nadal samo­dzielne zasy­pia­nie. Tyle, że w łóżku, na wol­no­ści, a nie za kra­tami ;)

Kilka dni przed kup­nem łóżka zaczę­li­śmy wyj­mo­wać Miko­ła­jowi szcze­belki z łóżeczka — naj­pierw w ciągu połu­dnio­wej drzemki (po zaśnię­ciu), a następ­nie wie­czo­rem przed poło­że­niem go spać. Ponie­waż posia­damy dwa mate­race z gąbki, takie skła­dane, które z braku lep­szego miej­sca sta­cjo­nują w Miś­ko­wym pokoju, posta­no­wi­li­śmy, za radą mojej sio­stry, roz­kła­dać mu je przy łóżeczku, w razie gdyby jakimś cudem miał z niego wypaść. Sku­tek był tro­chę odwrotny do zamie­rzo­nego, gdyż Michu po pro­stu zaczął nam zasy­piać na tych mate­ra­cach, a co za tym idzie, budzić się w środku nocy z pła­czem, bo zazwy­czaj zasnął na czymś w stylu twarda zabawka, albo góra podu­szek, co powo­do­wało uwie­ra­nie. Na kilka dni odsta­wi­li­śmy więc mate­race. Stwier­dzi­li­śmy, że może bez nich będzie jed­nak łatwiej. I rze­czy­wi­ście — udało się. Co prawda przy­zwy­cza­ja­nie trwało około tygo­dnia, ale koniec koń­ców Michu nacie­szył się wol­no­ścią i po tym cza­sie wszystko doszło do normy. Był jeden kry­zys, kiedy to dzie­cię nasze (zasy­pia­jące do tej pory około godz. 20.30) poszło spać po pół­nocy, bo — ura­do­wany swo­bodą — nie zamie­rzał się w ogóle chyba poło­żyć. Wów­czas w ruch poszły szcze­belki - nie­ro­zum­nie wyko­rzy­stana wol­ność została ogra­ni­czona na jedną noc — i podzia­łało — następ­nego wie­czoru nie trzeba było już się stre­so­wać, Misiek grzecz­nie po chwili zabawy zasnął sam w otwar­tym łóżeczku.

Po kilku dniach pozby­li­śmy się łóżeczka — wywieź­li­śmy je do mojej mamy na prze­cho­wa­nie. Ponie­waż wyszło to nie­spo­dzie­wa­nie, a nie mie­li­śmy jesz­cze łóżka, ście­li­li­śmy Michowi jeden z mate­racy. Zasy­piał na nim bez pro­blemu, dodat­kowo pod­eks­cy­to­wany, że ma nowe “legowisko”.

Dwa dni póź­niej mał­żo­nek poje­chał do Ikei, gdzie zaku­pił dzie­cięce łóżko. Miko­łaj przy­go­to­wany wcze­śniej cze­kał na swoje “doro­słe” spa­nie z eks­cy­ta­cją równą mojej. Następ­nie dziel­nie poma­gał przy skrę­ca­niu i cały szczę­śliwy oglą­dał nowy mebel. Razem z nowym łóżkiem dostała się Michowi nowa narzuta — też ike­ow­ska, z żabą. Po wcze­śniej­szych wpraw­kach — bez szcze­bel­ków naj­pierw, potem na samym mate­racu, Miko­łaj dosko­nale pora­dził sobie z przej­ściem z jed­nego mebla na drugi. Otrzy­mał nowo ume­blo­wany pokoik (zro­bi­łam mu przy tej oka­zji prze­me­blo­wa­nie), co miało też duże zna­cze­nie dla niego, gdyż pod­kre­śliło wagę zmian, jakie się doko­nały. Bez pro­blemu poszło zasy­pia­nie, w nocy budzi się nadal tylko wów­czas, gdy mu się coś przy­śni przy­krego, lub z powodu jakie­goś hałasu. Przy czym nie przy­cho­dzi do nas w nocy do pokoju, ale woła. Rano nato­miast, po prze­bu­dze­niu, wypra­co­wał sobie zabawną metodę. Wycho­dzi z łóżka, po czym puka w drzwi swo­jego pokoju. Trzeba zawo­łać “pro­szę” (i to koniecz­nie muszę zro­bić ja, bo jak woła mał­żo­nek, to Misiek krzy­czy: “Nie! Mama!”) i Miko­łaj dopiero wtedy otwiera drzwi i przy­cho­dzi do naszego pokoju.

Powiem Wam szcze­rze, że spo­dzie­wa­łam się tro­chę pro­ble­mów z prze­sta­wia­niem Miko­łaja na spa­nie w zwy­kłym łóżku — tym bar­dziej, że wła­ści­wie nigdy nie spał (tak świa­do­mie) z żadnym z nas. A tym cza­sem nasze dziecko zasko­czyło nas pozy­tyw­nie i oka­zało się bar­dziej przy­go­to­wane do tej zmiany od nas :)

Jedyne co mogę Wam dora­dzić, to kupno łóżka z barierką zabez­pie­cza­jącą, by dziecko nie wypa­dło z łóżka. U nas spraw­dza się dosko­nale. Dziecko jest tro­chę zasta­wione, ale ma też wystar­cza­jąco dużo miej­sca, by swo­bod­nie wycho­dzić i wcho­dzić do łóżka.

Wszyst­kim sta­ją­cym przed tym waż­nym momen­tem zakupu pierw­szego łóżka dla dziecka życzę powo­dze­nia i wytrwa­ło­ści. Krok ważny, ale wcale nie taki trudny, jak by się wyda­wało.
Pozdra­wiam Was, zer­ka­jąc jed­nym okiem na bieg Justyny Kowalczyk.

Na koniec zaś Miś­kowe łóżko z Ikei — stan sprzed dwóch mie­sięcy. Obec­nie ściana przy­łóż­kowa wygląda o wiele atrakcyjniej.

lozko

Kilka prawd o cesar­skim cięciu

5

Posted by Zosia | Posted in Nerwy w konserwy, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 11-02-2010

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , ,

porodowka

Ostat­nimi czasy bar­dzo modne stało się coś, co można okre­ślić “cesarka na życze­nie”. Oczy­wi­ście, nikt nie mówi o tym ofi­cjal­nie, bo prze­cież takiej usługi medycz­nej nie można sobie “zamó­wić”. Ale o tym, że coś jest na rze­czy, świad­czyć mogą różne zapew­nie­nia ze strony Mini­ster­stwa Zdro­wia czy NFZ (wygła­szane co jakiś czas), że cesar­skie cię­cia owszem, są refun­do­wane, ale muszą odby­wać się ze wska­zań lekar­skich itd. Cóż, Mini­ster­stwo swoje, matki rodzące swoje.

Gdy tydzień przed poro­dem leża­łam na oddziale pato­lo­gii ciąży dosyć nasłu­cha­łam się i naoglą­da­łam “wska­zań medycz­nych” do cesarki, które powo­do­wane były pew­nym (mam nadzieję, że nie­świa­do­mym) “widzi­mi­się” cię­żar­nych. Moje dziecko przy­szło na świat przez cc i naprawdę nie jestem w sta­nie pojąć dla­czego część kobiet wymu­sza na leka­rzach tę ope­ra­cję. Powiem Wam, co myślę o tym wszyst­kim: o tego rodzaju poro­dzie, o tym, co się może zda­rzyć po nim i jak w ogóle to wygląda.

Broń Boże, nie będę wcho­dziła w kwe­stie czy­sto medyczne, bo się na nich nie znam. Nie licz­cie, że napi­szę Wam jak dokład­nie działa znie­czu­le­nie czy jakich narzę­dzi lekarz używa przy ope­ra­cji. Nie w tym rzecz. Ale po kolei.

Przez całą ciążę nakrę­ca­łam się okrop­nie, że chcę rodzić natu­ral­nie. Wia­domo — zdro­wiej, bez­piecz­niej (teo­re­tycz­nie), dziecko zaraz przy mamie, szyb­sza rekon­wa­le­scen­cja, mąż przy poro­dzie… Same plusy. A że boli? No boli, co zro­bić. Kobieta decy­du­jąca się na dziecko powinna chyba mieć świa­do­mość, że w jakiś spo­sób owo dziecko na świat przyjść musi, a natura tak stwo­rzyła, że boli. Jedne kobiety ból odczu­wają bar­dziej, inne mniej. Szkoły rodze­nia pro­po­nują różne tech­niki radze­nia sobie z bólem i odde­chem przy poro­dzie. Na ile każda z nich jest sku­teczna, tego tak naprawdę nie wie nikt, ale z pew­no­ścią mogą choć tro­chę zmi­ni­ma­li­zo­wać przy­kre momenty. Matek, dla któ­rych ból poro­dowy był na tyle trau­ma­tyczny, że nie chcą wię­cej mieć dzieci, bądź rodzić natu­ral­nie jest na tyle mało, że naprawdę dziwi ilość wyko­ny­wa­nych w pol­skich szpi­ta­lach cesa­rek.

Nie jestem obec­nie w tema­cie co do znie­czu­leń przy poro­dzie. Wiem, że gdy dwa lata temu rodzi­łam, można było opła­cić przy poro­dzie natu­ral­nym ane­ste­zjo­loga, który podał znie­czu­le­nie zewną­trzo­po­nowe (takie samo zresztą, jak do cesarki, nie wiem tylko, czy dawki podaje się jed­na­kowe). Część kobiet się na nie decy­do­wała, część nie. Na ile jest to bez­pieczna lub konieczna metoda przy poro­dzie natu­ral­nym nie chcę się tu roz­wo­dzić. Zresztą kobiety, które w spo­sób natu­ralny rodziły w znie­czu­le­niu same wie­dzą czy było warto. Próg bólu jest u każ­dego inny, sza­nuję i rozu­miem decy­zję o zasto­so­wa­niu znie­czu­le­nia, choć oso­bi­ście sama raczej nie chcia­ła­bym rodzić natu­ral­nie jed­no­cze­śnie zupeł­nie nic nie czu­jąc od pasa w dół. Nie, nie jestem jakimś cybor­giem lub maso­chistką, która wprost marzy o sil­nych skur­czach :) Cho­dzi mi raczej o to, że mimo iż znie­czu­le­nie ma z pew­no­ścią tę zaletę, że rze­czy­wi­ście znie­czula, to rów­nież utrud­nia samo par­cie — kobieta nie do końca czuje, czy i jak prze. No, ale to jest pew­nie kwe­stia do dys­ku­sji. Sama tego nie prze­szłam, a jedy­nie tro­chę poczy­ta­łam na ten temat.
Poza tym piszę, że RACZEJ nie chcia­ła­bym przy poro­dzie natu­ral­nym znie­czu­le­nia, bo tak naprawdę nie wiem do końca, jak bym znio­sła już koń­cowe bóle połą­czone z par­ciem. Ponie­waż jed­nak 12 godzinne doświad­cze­nie w poro­dzie mam (zanim nie skoń­czył się cię­ciem), bóle lędź­wiowe prze­szłam, skur­cze bole­sne rów­nież, to na tym eta­pie mogę powie­dzieć, że obe­szła­bym się bez znie­czu­le­nia. No, ale wra­cam do meri­tum, bo jak zwy­kle, wcho­dzę w dygresje.

Całą ciążę liczy­łam na poród natu­ralny. Tym­cza­sem tydzień po ter­mi­nie tra­fi­łam na oddział pato­lo­gii ciąży, bo Miko­łaj zastraj­ko­wał. Trzy­krot­nie pod­czas pobytu w szpi­talu pró­bo­wano wyku­rzyć go za pomocą kro­pló­wek z oksy­to­cyny, ale bez­sku­tecz­nie. Dwa pierw­sze razy były zupeł­nie nie­efek­towne, przy trze­cim zaczęło się roz­krę­cać. Przy­szły silne bóle i skur­cze, zaczęło poja­wiać się roz­war­cie. Położna pomo­gła i prze­biła pęcherz pło­dowy, co poka­zało tylko, że wody są zie­lon­kawe i utwier­dziło, że na pewno tego dnia uro­dzę. Była ogromna szansa na poród natu­ralny. Prze­nie­siono nas na salę do porodu rodzin­nego. W sumie silne skur­cze i bóle trwały od około 10 rano do 20.00. Nie­stety, oka­zało się, że gdy odłą­czono kro­plówkę z oksy­to­cyną akcja poro­dowa zatrzy­mała się na 6 cen­ty­me­trach roz­war­cia, a skur­cze zaczęły nik­nąć. Nie było wyj­ścia — trzeba było ciąć.

Infor­ma­cji o cię­ciu wcale nie przy­ję­łam z ulgą, bo bar­dzo się tego bałam. Cokol­wiek by o tym nie mówić, jest to poważna ope­ra­cja, która może wią­zać się z całym mnó­stwem kom­pli­ka­cji. Ale nie­wiele mia­łam już do powie­dze­nia, skoro dziecku gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo. Poza tym bar­dzo prze­ży­wa­łam to, że nie dostanę dziecka od razu po poro­dzie. To chyba był mój naj­więk­szy stres tak naprawdę. No i że mogą być pro­blemy z kar­mie­niem natu­ral­nym. Koniec koń­ców mał­żo­nek sta­nął w goto­wo­ści, by natych­miast jak to tylko będzie moż­liwe, uczest­ni­czyć w pierw­szych minu­tach życia naszego dziecka, a ja poje­cha­łam na operacyjną.

Sama ope­ra­cja trwała około godziny (razem z zaszy­ciem). Oczy­wi­ście cały czas byłam pod opieką ane­ste­zjo­loga, ale wystą­piły pro­blemy z ciśnie­niem — w pew­nym momen­cie spa­dło tak bar­dzo, że zaczę­łam odpły­wać (sku­tek cało­dzien­nego porodu, do tego zakaz jedze­nia i picia przed poro­dem, który to osła­bił i odwod­nił orga­nizm). Dziecka po wyję­ciu z brzu­cha nie widzia­łam, tylko usły­sza­łam pierw­szy krzyk. Od razu zabrano Miko­łaja do kącika nowo­rodka, a mnie zaczęto szyć.
Wia­domo, że wiele zależy od per­so­nelu, że pew­nie lekarz mógłby poka­zać mi choć z daleka dziecko. Być może to się zda­rza, ale nie jest stan­dar­dem. To była dla mnie jedna z przy­krych rze­czy spo­wo­do­wa­nych cię­ciem - dziecko zoba­czy­łam po raz pierw­szy dopiero dobrą godzinę po poro­dzie i to przez bar­dzo krótki czas. Na szczę­ście przez cały czas przy Miko­łaju był mój mąż. Gdy prze­wie­ziono mnie na salę poope­ra­cyjną położna przy­nio­sła mi na kilka minut Miko­łaja, żeby spró­bo­wać przy­sta­wić go do piersi. Po chwili się udało, na szczę­ście, więc swo­bod­nie mogę oba­lić w tym miej­scu mit, że po cię­ciu nie można kar­mić pier­sią. Można. Ja jestem dowodem.

mis

Z per­spek­tywy tego doświad­cze­nia wiem, że cesarka to nie jest coś strasz­nego — w sen­sie, gdy naprawdę nie ma innej moż­li­wo­ści porodu. Jest wiele wska­zań do cię­cia, w wielu sytu­acjach cesarka jest konieczna zarówno dla zdro­wia dziecka jak i mamy. Ale tego, że zupeł­nie zdrowe kobiety decy­dują się na tego typu ope­ra­cję nigdy nie pojmę. Jeśli boisz się bólu, to załatw sobie znie­czu­le­nie, ale nie decy­duj się na cesarkę. Boisz się, że będziesz miała bli­znę w miej­scu intym­nym, bo może się przy­da­rzyć szycie? — a kawał bli­zny na brzu­chu cię nie przeraża?

Oto — w mojej opi­nii — wady cesarki:

  • moż­liwe kom­pli­ka­cje pod­czas samej ope­ra­cji — zarówno zwią­zane ze zdro­wiem matki, jak i dziecka
  • brak moż­li­wo­ści pierw­szego kon­taktu mamy z dziec­kiem zaraz po porodzie
  • mimo że mama po około godzi­nie od porodu widzi dziecko, to ma ogra­ni­czone moż­li­wo­ści, jeśli cho­dzi o jego przy­tu­la­nie, kar­mie­nie czy pie­lę­gna­cję. Mama leży pod­pięta do kro­pló­wek i przy­gwoż­dżona przez kil­ka­na­ście godzin do łóżka. Jeśli mąż lub pie­lę­gniarka nie przy­niosą dziecka, to może nie widzieć go przez ten czas w ogóle. Rodzi­łam w nocy, więc od pierw­szego krót­kiego spo­tka­nia z Miko­ła­jem na sali poope­ra­cyj­nej do chwili, gdy położna przy­nio­sła mi go rano i poło­żyła na łóżku obok mnie, nie mia­łam z dziec­kiem kon­taktu przez ponad 10 godzin. Dla jed­nych mam może to nie pro­blem, nato­miast ja bar­dzo prze­ży­wa­łam to, że nie mogę od razu zająć się dziec­kiem i z nim przebywać
  • kon­dy­cja mamy po cię­ciu jest o wiele gor­sza niż po poro­dzie natu­ral­nym. Pierw­sze wsta­nie z łóżka po cesarce jest bar­dzo przy­kre i trudne. Ciało jest obo­lałe, rana na brzu­chu boli. Masz ogra­ni­czoną strefę ruchów, nie jesteś w sta­nie dźwi­gać dziecka, a jeśli nawet możesz, to jest to zwią­zane z dodat­ko­wym bólem
  • moż­liwe jest zaka­że­nie rany po cesar­skim cię­ciu, co zwią­zane jest ze sta­nem zapal­nym, ropie­niem i tym podob­nymi zjawiskami
  • nawet naj­pięk­niej zszyta rana (ja podobno takową mam) zawsze pozo­stawi bli­znę i to wcale nie­małą. A nie każdą mamę stać na ope­ra­cję pla­styczną lub dro­gie kremy, by tę bli­znę roz­ja­śnić. Choć zakła­dam, że jeśli kogoś stać na opła­ce­nie cesar­skiego cię­cia “na życze­nie” (czy­taj: na danie w łapę leka­rzowi, który wymy­śli i wypi­sze wska­za­nie do cc), to pew­nie stać go też na usu­wa­nie este­tycz­nych “skut­ków” cięcia
  • ponie­waż łoży­sko nie zostało uro­dzone w spo­sób natu­ralny, macica obkur­cza się znacz­nie dłu­żej niż po poro­dzie natu­ral­nym. Może to spo­wo­do­wać dłuż­sze i bar­dziej obfite krwa­wie­nie po poro­dzie oraz znaczne opóź­nie­nie w roz­po­czę­ciu życia sek­su­al­nego po porodzie
  • do czasu zdję­cia szwów mama “czuje” brzuch przy każ­dym ruchu, rana rwie i pobo­lewa. Po zdję­ciu szwów jest tro­chę lepiej, ale do pełni sił ja oso­bi­ście doszłam dopiero jakiś mie­siąc po porodzie
  • pierw­sze dni po cię­ciu są też trudne pod wzglę­dem fizycz­nym o tyle, że na przy­kład kobieta może nie być w sta­nie sama wejść pod prysz­nic i się umyć. Gdyby nie mąż nie dała­bym rady pod­nieść nogi, by sta­nąć w brodziku
  • mimo że w grud­niu minęły dwa lata od cesar­skiego cię­cia, dwa mie­siące temu oka­zało się, że od wewnątrz przy końcu bli­zny poja­wił się bolący guz. Po zba­da­niu przez gine­ko­loga oka­zało się, że jest to endo­me­trioza, naj­praw­do­po­dob­niej spo­wo­do­wana tym, że pod­czas cesar­skiego cię­cia frag­ment łoży­ska lub innej wewnętrz­nej tkanki został przy­pad­kiem prze­nie­siony na jakimś narzę­dziu chi­rur­gicz­nym i zanie­czy­ścił ranę. Przez pra­wie dwa lata rósł aż do takiej postaci, że zaczął boleć, no i da się go teraz nama­cać. Jest to o tyle przy­kre, że guzek będzie rósł dalej, bolał moc­niej, w związku z czym trzeba go usu­nąć — chi­rur­gicz­nie, pod narkozą

Jeśli to wszystko nie prze­ko­nało Was, że cesarka wcale nie jest taka różowa, jak się może wyda­wać, to cóż — życzyć Wam mogę tylko zdro­wia i braku jakich­kol­wiek komplikacji.

Nato­miast mamy, które z jakichś powo­dów czeka poród przez cię­cie mogę zapew­nić, że widok wła­snego dziecka działa prze­ciw­bó­lowo i rege­ne­ru­jąco :) Mam nadzieję, że nie nastra­szy­łam Was opi­sem wła­snych doświad­czeń. Dobrze jest być jed­nak świa­domą tego, co może (ale nie zawsze musi) nas spo­tkać.
Nie ma się czego bać. Życiem dziecka i wła­snym nie warto ryzy­ko­wać. Cesarkę da się prze­trwać. Powo­dze­nia i szyb­kiego powrotu do sił Wam życzę!

mis2

Smo­czek dla niemowlęcia… — nie wiem, nie znam się!

5

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 07-02-2010

Tagi: , , , , , , , , , , ,

Nie­cały rok temu, pod­czas spo­tka­nia ze zna­jo­mymi ich synek wypluł z buzi smo­czek. Wów­czas moje dziecko (róż­nica mię­dzy chłop­cami to około 10 mie­sięcy — mój star­szy) pod­nio­sło go i ze zdzi­wie­niem poka­zało rączką. Widzia­łam, jak bar­dzo zain­try­go­wał go przed­miot, który widział po raz pierw­szy w życiu, a któ­rego uży­wało inne dziecko. Ta sytu­acja uświa­do­miła nam — mężowi i mnie — jaką dumą napawa nas fakt, że udało nam się prze­trwać bez smoczka, mimo że cza­sem było ciężko.

Od początku (jesz­cze z cza­sów szkoły rodze­nia) byli­śmy zde­cy­do­wani na nie wpro­wa­dza­nie smoczka w życie naszego dziecka. Dla­czego? Dlatego:

  • Stwier­dzi­li­śmy, że smo­czek to głów­nie kor­ko­wa­nie dziecka dla wygody rodzica. Jakoś słabo podo­bało nam się zaty­ka­nie dziecka tylko dla­tego, że pła­cze (prze­cież jakiś powód ma, więc chyba raczej trzeba go zna­leźć i usu­nąć). Kor­ko­wa­nie buzi malu­cha uwa­ża­li­śmy bar­dziej za coś poni­ża­ją­cego dla dziecka, no i doszli­śmy do wnio­sku, że zawsze musi zna­leźć się inny spo­sób na uspo­ko­je­nie Mikołaja.
  • W więk­szo­ści przy­pad­ków, nawet gdy nie potra­fi­li­śmy odgad­nąć przy­czyny pła­czu Miko­łaja, uda­wało nam się go wyci­szyć. Na szczę­ście nie prze­cho­dzi­li­śmy kolek ani bole­snego ząb­ko­wa­nia, więc to pew­nie też wspo­mo­gło nasze anty­smocz­kowe zacię­cie. Acz­kol­wiek nie raz zda­rzały się syn­kowi dłu­go­trwałe pła­cze i z ręką na sercu przy­znać mogę, że ani razu myśl o smoczku nie zago­ściła w mojej ani męża gło­wie (a nawet jeśli w męża gło­wie zago­ściła, to się do niej nie przy­znał ;) )
  • Oba­wia­li­śmy się wad zgryzu, wad wymowy oraz opóź­nie­nia roz­woju mowy.
  • Nie widzia­łam potrzeby, by Miko­łaj ssał cokol­wiek poza moją pier­sią. Miko­łaj chyba też nie widział :) Wyszłam z zało­że­nia, iż czas, który spę­dzał przy piersi w zupeł­no­ści zaspo­kaja jego potrzebę ssania.
  • Był pewien czas — gdy nasze dziecko miało kilka mie­sięcy — że na nocne kar­mie­nie Miko­łaj budził mnie nie pła­czem, ale tak gło­śnym cmo­ka­niem i ssa­niem, że sły­sza­łam go z dru­giego pokoju. Nawet się nie budził. Wyglą­dało to tak, jakby śniło mu się, że ssie moją pierś. Bawiło nas to nie­jed­no­krot­nie, ale nigdy nie uwa­ża­li­śmy, by ten gło­śny odruch ssa­nia w jaki­kol­wiek spo­sób zastę­po­wać lub uci­szać smocz­kiem. Uzna­wa­li­śmy to po pro­stu jako sygnał do kar­mie­nia, który po jakimś cza­sie został zastą­piony nawo­ły­wa­niem i tyle.
  • Wię­cej grze­chów nie pamię­tam… ;)

Broń Boże, nie zamie­rzam tu wypo­wia­dać wojny smocz­ko­wym rodzi­com. Jeśli ktoś świa­do­mie z jakichś sen­sow­nych powo­dów zde­cy­do­wał się na wyko­rzy­sta­nie smoczka (choć ja nie sły­sza­łam raczej o tako­wych, ale super znawcą tematu nie jestem i być może ist­nieją sytu­acje, gdy bez smoczka, dla dobra dziecka, się nie da), to jego sprawa i tyle. Chcia­łam tylko poka­zać, że nam się udało bez. Że naprawdę można. Wiem, że wie­le­kroć rodzice nawet nie zasta­na­wiają się nad tym, że smo­czek może w jakiś spo­sób dziecku zaszko­dzić. Od poko­leń kor­ko­wało się dzieci, to widocz­nie tak trzeba. A może po pro­stu komuś podoba się dziecko ze smo­kiem w buzi. Nie wni­kam. Mnie się nie podoba, mi jest zakor­ko­wa­nego dziecka żal; żal mi jego zębów, języka, jego hamo­wa­nej potrzeby wypo­wia­da­nia się… I tyle :)

Pro­szę Was tylko o jedno — jeśli sta­je­cie przed dyle­ma­tem smocz­ko­wym, to zasta­nów­cie się sto razy, zanim w ogóle ten przed­miot kupi­cie, czy naprawdę jest on potrzebny Waszemu dziecku.

Pirat Rabar­bar

2

Posted by Zosia | Posted in Moja czytelnia | Posted on 03-02-2010

Tagi: , , , , , , , , ,

Mał­żo­nek mój od dłu­giego czasu wra­cał wspo­mnie­niami do książki, którą mu w dzie­ciń­stwie czy­tali rodzice. Cho­dziło o krót­kie histo­ryjki Woj­cie­cha Wit­kow­skiego pt. “Burz­liwe dzieje pirata Rabar­bara”. Książka wydana w cza­sach komuny, w ostat­nich latach była trudno dostępna. Kilka razy udało nam się ujrzeć ją na Alle­gro, ale w takiej cenie, że aż przy­kro. Widać towar był defi­cy­towy. Aż tu nagle, pew­nego jesien­nego dnia mał­żo­nek wró­cił z Empiku z roz­anie­loną miną — wzno­wili Pirata Rabar­bara! Cóż było robić — zaczę­li­śmy czy­tać ją wie­czo­rem Miko­ła­jowi. Przy­znam, że dość scep­tycz­nie pode­szłam począt­kowo do owego dzieła. I zosta­łam mile zasko­czona — książka jest świetna, Rabar­bar prze­cudny, a Bar­bara stała się moim ido­lem ;) Obec­nie koń­czymy już trzeci, ostatni tom przy­gód zabaw­nego pirata. I z całego serca mogę ją wszyst­kim polecić.

Książka o Rabar­ba­rze, jest pierw­szą z czy­ta­nych wie­czo­rem, na którą nasze dwu­let­nie dziecko zaczęło żywo reago­wać. Czy­tamy Miko­ła­jowi nie­mal od samych naro­dzin. Zawsze robimy to przed poło­że­niem go spać, sia­da­jąc razem w jego pokoju. Do tej pory nie było widać więk­szych oznak wsłu­chi­wa­nia się w treść, lecz przy lek­tu­rze Rabar­bara Miko­ła­jowi czę­sto zda­rza się po pro­stu sia­dać i słu­chać. Dosko­nale rozu­miał też, że szedł dziś do przed­szkola na bal kar­na­wa­łowy prze­brany za owego książ­ko­wego bohatera.

Przy­gody weso­łego i sym­pa­tycz­nego pirata podzie­lone są, jak już wspo­mnia­łam, na trzy tomy: “Burz­liwe dzieje pirata Rabar­bara”, “Dal­sze burz­liwe dzieje pirata Rabar­bara” oraz “Jesz­cze dal­sze burz­liwe dzieje pirata Rabar­bara”. Wzno­wione przez wydaw­nic­two BIS; każda z czę­ści zawiera w sobie około dwu­dzie­stu kil­ku­stro­ni­co­wych opo­wia­dań. Posta­cie wykre­owane w każ­dym z nich są nie­sa­mo­wi­cie barwne, cie­kawe, uka­zane z ogrom­nym poczu­ciem humoru. Główny boha­ter, jak i pozo­stali człon­ko­wie jego rodziny (żona Bar­bara, syn Krzty­nek, córeczka Ania oraz papugi) od razu wzbu­dzają w czy­tel­niku sym­pa­tię, która rośnie wraz z ilo­ścią prze­czy­ta­nych kar­tek. W godny uwagi spo­sób została tu przede wszyst­kim uka­zana więź pirata z mał­żonką; trzeba przy­znać, że autor stwo­rzył wspa­niałą, prze­za­bawną parę, a nie­które zacho­wa­nia Rabarbara-męża czy Barbary-żony nie raz i nie dwa wyda­wały mi się dziw­nie zna­jome… ;)

Książka może wyda­wać się bar­dziej inte­re­su­jąca dla chłop­ców niż dziew­czy­nek, choć nie sądzę, by była nudna dla tych dru­gich. To raczej zawód boha­tera może nasu­nąć taki rodzaj odbiorcy, acz­kol­wiek z pew­no­ścią jest wiele dziew­czy­nek, które chcia­łyby zostać pira­tami, więc nie widzę prze­szkód, by im te opo­wia­da­nia czy­tać. Gdy się kie­dyś docze­kam córeczki chęt­nie się­gnę raz jesz­cze po Wit­kow­skiego :)

Jeśli koniecz­nie trzeba doszu­ki­wać się walo­rów edu­ka­cyj­nych we wspo­mnia­nych książ­kach, to mogę kilka wymie­nić. Barwny język opo­wia­dań wspa­niale roz­wija wyobraź­nię małego czy­tel­nika. Roz­bu­dza też poczu­cie humoru, dzięki ogrom­nej zawar­to­ści prze­za­baw­nych sytu­acji. Główny boha­ter, mimo iż cza­sem leni­stwo wkrada się w jego życie (dla mnie to leni­stwo, dla Rabar­bara to “zamy­śle­nie się na kilka wypa­leń fajki”), jest nie­sa­mo­wi­cie dobrym i pacy­fi­stycz­nym czło­wie­kiem. Zawsze stara się poko­jowo roz­wi­kłać napo­tkane pro­blemy. Nawet amu­ni­cja, którą wozi na swoim szku­ne­rze jest nie­groźna — pomi­dory i arbuzy — a sam okręt zdo­bią kwie­ci­ste żagle. Pirat Rabar­bar zawsze znaj­duje spo­sób, by dopro­wa­dzić sprawę do szczę­śli­wego dla wszyst­kich końca.

Tyle z pie­śni pochwal­nej ku czci Rabar­bara. Jeśli nie wie­cie, co czy­tać dziecku przed snem, to ser­decz­nie zachę­cam do tych wła­śnie opo­wia­dań. Warto choćby po to, by się szcze­rze pośmiać w zimowe, dłu­gie wieczory.

A oto okładki wspo­mnia­nych ksią­żek — umiesz­czone dzięki uprzej­mo­ści wydaw­nic­twa BIS, za co ser­decz­nie dziękuję.

Część pierw­sza:
pirat1

Część druga:
pirat2

I trze­cia:
pirat3