Laleczki Chucky?

17

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Nerwy w konserwy, Pod mikroskopem | Posted on 20-11-2009

Tagi: , , , , ,

Jakiś tydzień temu tra­fi­łam na coś, co nazywa się lalka reborn. Pierw­sza moja reak­cja na jej widok, to kola­cja pod­cho­dząca mi do gar­dła (serio!). Pierw­sze sko­ja­rze­nie — mały trup.

Lalki te mają jak naj­wier­niej przy­po­mi­nać nie­mowlę, a czę­sto wręcz nowo­rodka — włą­cza­jąc w to pomarsz­czoną skórę, czę­sto gile w nosie, zapła­kane oczy, zaśli­nione usta, otar­cia na kola­nach, różne prze­bar­wie­nia skórne wystę­pu­jące u dzieci itp. Gene­ral­nie ma wyglą­dać jak naj­praw­dziw­sze ludz­kie dziecko.

Nie była­bym jed­nak sobą, gdy­bym na prze­czy­ta­niu jed­nego tylko arty­kułu poprze­stała. Temat mnie zain­te­re­so­wał, zaczę­łam więc szu­kać dokład­niej­szych infor­ma­cji. Nie zamie­rzam tu robić wykładu na temat histo­rii takich lale­czek, ani też spo­sobu ich wyko­ny­wa­nia. Wszyst­kie kwe­stie historyczno-techniczne pominę. Przejdę więc do sedna — do sensu wyrobu takich lal.

Jak do wielu innych rze­czy, tak i do lale­czek reborn ich miło­śnicy doro­bili pewne ide­olo­gie. I tak, podobno, mogą one służyć:

  1. mat­kom, które stra­ciły dziecko (w celach terapeutycznych)
  2. kobie­tom, które dziecka mieć nie mogą (w celach rekompensaty)
  3. kobie­tom, które chcą mieć pamiątkę z czasu dzie­ciń­stwa swego dziecka/wnuka (sens niby podobny do zdję­cia dzie­ciaka, a jed­nak to nie to samo)
  4. celom kolek­cjo­ner­skim
  5. do zabawy star­szym dzie­ciom (podobno powy­żej 5 lat)
  6. celom komer­cyj­nym w sen­sie jako mane­kiny nie­mow­ląt w fil­mach, sztu­kach itp.

Co ja na to…?

  1. Naprawdę nie wiem, która matka byłaby w sta­nie pocie­szyć się po stra­cie dziecka po pierw­sze lalką, po dru­gie lalką z twa­rzą (mniej lub bar­dziej podobną) jej zmar­łego dziecka. Tera­pii w tym nie widzę żadnej, bar­dziej ukłon w kie­runku cho­roby psychicznej…
  2. Kobiety, które nie mogą mieć dziecka są z pew­no­ścią w cięż­kiej sytu­acji. Ale czy zamó­wie­nie sobie takiej lalki zre­kom­pen­suje jej brak dziecka? Tak, wiem, był o tym film podobno, że na Wyspach jest teraz taka moda, że kobiety z tymi lal­kami w wóz­kach spa­ce­rują, udają, że je kar­mią itd. Zna­la­złam nawet infor­ma­cję o przy­padku, gdzie poli­cja wybiła szybę w samo­cho­dzie, bo myśleli, że ktoś zosta­wił w fote­liku małe dziecko i zamknął samo­chód. Oka­zało się, że to wła­śnie lalka reborn.
    Ludzie, czy to jest nor­malne? Czy to nie jest two­rze­nie sobie złud­nego świata, gdzie jestem ja i moje sztuczne dziecko, które trak­tuję jak praw­dziwe?
  3. No, to jesz­cze jestem w sta­nie zro­zu­mieć, bo jak się jakaś bab­cia uprze, że chce mieć lalkę wyglą­da­jącą jak jej wnu­sio sprzed lat trzy­dzie­stu, to nikt jej nie prze­kona. Acz­kol­wiek sam fakt, że ta lalka jest tak dopra­co­wana w sfe­rze ana­to­mii, wyglądu skóry itd. spra­wia, że mnie bar­dziej odpy­cha niż zachwyca
  4. Cele kolek­cjo­ner­skie rozu­miem w zupeł­no­ści. Jedni kolek­cjo­nują papro­chy z pępka (to nie jest żart!!!), to inni mogą lalki reborn. Jak kto woli. (Chyba jed­nak skło­ni­ła­bym się w stronę tych papro­chów… zawsze to jed­nak moje wła­sne papro­chy… ;) )
  5. Co do tego, czy taką lalką powinny bawić się dzieci, to mam baaar­dzo mie­szane uczu­cia. Co prawda pani Bin­czew­ska z Pozna­nia, która jako pierw­sza w Pol­sce zaczęła wyra­biać takie lalki mówi, że bawią się nimi jej córki, a kole­żanki owych córek są lal­kami zachwy­cone, to jed­nak coś we mnie się sprze­ci­wia…
    Lalka powinna wyglą­dać jak lalka, jak coś sztucz­nego. Lalka, która wygląda jak praw­dziwe dziecko nie jest w moim odczu­ciu i prze­ko­na­niu dobrym mate­ria­łem dydak­tycz­nym, czy nawet zwy­czaj­nie zaba­wo­wym.
    Czy widział ktoś kie­dyś, by dziecko bawiło się wypcha­nym psem albo kotem? Nawet maskotki nie wyglą­dają tak real­nie jak ta lalka.
    No ale każdy ma swoje zda­nie. Inną sprawą jest cena tej lalki. Podobno tanio, to 600 zł za sztukę (choć na alle­gro widzia­łam jakieś pro­mo­cje świą­teczne nawet za 300 zł). Nie dała­bym mojemu dziecku do zabawy lalki za 600 zł. Ale to zwy­czaj­nie dla­tego, że mnie na to nie stać :)
  6. Cele komer­cyjne — ok. Choć już na przy­kład tekst gdzieś wyczy­tany, że lalki te byłyby świetne jako narzę­dzie dydak­tyczne dla mło­dzieży, która (na przy­kład w Ame­ryce) ma zaję­cia z opieki nad nie­mow­lę­ciem, jakoś mało do mnie prze­ma­wia. No ale może fak­tycz­nie ma to więk­szy sens niż paczka cukru czy balo­niki imi­tu­jące dziecko. Choć gdyby naprawdę chcieli lalkę, to chyba dałby radę taki zwy­czajny gumowy nie­mow­lak za 5 dolców zamiast reborn za 200…

Co do wyglądu tych lalek, to powie­dzieć mogę tylko tyle, że są egzem­pla­rze mniej i bar­dziej udane. Albo ina­czej — są bar­dziej i mniej uzdol­nione i doświad­czone “artystki” wyko­nu­jące reborn. Lalki Bin­czew­skiej nie wstrzą­sają aż tak bar­dzo. Ale już lalki, które zna­la­złam na alle­gro wyglą­dały po pro­stu jak na zdję­ciach trumiennych.

Co do całej otoczki, która towa­rzy­szy lal­kom reborn, to musi­cie wie­dzieć, że lalki reborn nie powinno się tak zwy­czaj­nie kupić. Ją się adop­tuje. Ona ma swój cer­ty­fi­kat z datą uro­dzin. Lalka reborn do momentu adop­cji mieszka w “żłobku”. Rodzic, który adop­tuje reborn dostaje cza­sem dodat­kowy pakiet. Zazwy­czaj znaj­dują się w nim jakieś ubranka, ulu­biona maskotka (tak kochani, lalka prze­cież umie wybrać sobie ulu­bioną maskotkę!), smo­czek, a nawet (jak się chwalą nie­któ­rzy w swo­ich aukcjach) frag­ment pępo­winy owej lalki…

Tak więc jak już zaadop­tu­jesz sobie taką lalkę, i dosta­niesz całą jej wyprawkę, i pępo­winkę, i masko­teczkę, i przy­wie­ziesz ją do domu, poło­żysz w łóżeczku i będziesz ze szczę­ścia jedną nogą w nie­bie, to pomyśl przez chwilę, że mimo iż trak­tu­jesz ją jak wła­sne dziecko, kochasz całym ser­cem i zamie­rzasz o nią dbać, to ona nigdy, ale to nigdy, nie powie do cie­bie “mamo”, nie poko­cha cię, a nawet nie będzie w sta­nie cię zwy­czaj­nie polu­bić. Dla­czego? Dla­tego, że tak zwy­czaj­nie, naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ona po pro­stu nie żyje.

Pozdra­wiam!

Kilka lin­ków zwią­za­nych z reborn:

I na koniec parę zdjęć. Popa­trz­cie, a naj­le­piej zaj­rzyj­cie na strony “arty­stek” i pooglą­daj­cie w powięk­sze­niu, bo tutaj mogą umknąć wam szcze­góły… I sami zde­cy­duj­cie, czy rze­czy­wi­ście chcie­li­by­ście mieć taką lalkę w domu.


źródło: Alle­gro by Sur­ma­czj


źródło: www.binczewska.pl

Ponie­waż zarówno Real­ba­by­dolls Nur­sery jak i Monica’s Dolls zażą­dały usu­nię­cia zdjęć swo­ich prac z tego wpisu pozo­stały Wam, Dro­dzy Czy­tel­nicy, tylko dwie lalki do obej­rze­nia (choć i to pew­nie kwe­stia czasu ;) ) Myślę jed­nakże, że nie będzie to dla Was pro­ble­mem, w sieci można zna­leźć sporo foto­gra­fii reborn, więc zapra­szam do poszu­ki­wań na stro­nach wytwór­ców tych lalek.

Pozdra­wiam,
Zosia

Co z tym buntem???

9

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 05-11-2009

Tagi: , , , , , , , , , , ,

W ciągu nie­mal dwu­let­niej kariery rodzi­ciel­skiej, na temat buntu dwu­latka nasłu­cha­łam i naczy­ta­łam się tyle, że zli­czyć się nie da: że taki straszny, że zawsze dopad­nie, że kie­dyś minie, ale swoje trzeba prze­żyć, że dziecko nie­zno­śne, że agre­sywne, że nie słu­cha, że… Że mi ręce opa­dały od samego myśle­nia o tym.

Dzie­cię moje lube za dni kilka koń­czy 23 mie­siące. Rzec by można — ide­alny czas na bunt! Ale sama zaczy­nam się zasta­na­wiać, czy to aby nie tro­chę prze­re­kla­mo­wane?

Bo jeśli to fak­tycz­nie takie typowe i w ogóle, to skąd te roz­bież­no­ści, które zna­leźć można w lite­ra­tu­rze i innych źródłach na temat owego buntu?

Na ten przy­kład Helen Bee w “Psy­cho­lo­gii roz­woju czło­wieka” okre­śla dwu­latka, jako osobę, która czę­ściej wypeł­nia prośby rodzi­ców, niż się od nich uchyla. “(…)dzieci w tym wieku dość chęt­nie na wiele się zga­dzają. Ich opór jest z reguły bierny, po pro­stu nie wyko­nują pole­ceń. Tylko w nie­wiel­kim pro­cen­cie sytu­acji dziecko mówi “nie” lub czyn­nie sprze­ci­wia się rodzi­com. Przy­padki jaw­nej odmowy nasi­lają się w wielu trzech i czte­rech lat”

Kolejne odnie­sie­nie do tzw. buntu — “Roz­wój psy­chiczny dziecka od 0 do 10 lat” (Fran­ces L. Ilg, L.B.Ames, S.M. Baker): “Choć wielu ludzi mówi bez namy­słu o “strasz­nych dwu­lat­kach”, to jest to nie­po­ro­zu­mie­nie. Przez sześć mie­sięcy około dru­giego roku życia dzieci są w zasa­dzie grzeczne i nie spra­wiają wiel­kich kło­po­tów. Mówiąc ogól­nie, dwa i pół, a nie dwa, to wiek, który słusz­nie można nazwać strasznym”.

Skąd więc to utarte prze­ko­na­nie, że jak dziecko ma dwa lata, to zaraz musi być zbun­to­wane? Prze­cież mię­dzy dwa a dwa i pół roku naprawdę jest róż­nica! Nikt tego nie widzi???

Co nato­miast podają tzw. porady fachow­ców, udzie­lane na zna­nych “oko­ło­dzie­cio­wych” stro­nach internetowych/czasopismach? Kilka losowo wybra­nych przykładów:

  • “Ten pierw­szy okres buntu (będzie następny! w okre­sie doj­rze­wa­nia) przy­pada mię­dzy 18. a 26. mie­sią­cem życia. Ale nie są to sztywne gra­nice. Za to pra­wie każdy rodzic w podob­nym okre­sie skarży się, że dziecko poka­zuje „cha­rak­te­rek”, „staje się zło­śliwe”, „pró­buje rzą­dzić”. (www.babyonline.pl)
  • “Bunt dwu­latka roz­po­czyna się około osiem­na­stego mie­siąca życia malca. Zwy­kle wtedy w dziecku odzywa się indy­wi­du­ali­sta — wszystko chce zro­bić sam, pro­po­zy­cje rodzica są nego­wane, maluch wpada w szał, kiedy chcemy go ubrać, histe­ry­zuje przy jedze­niu lub okłada pię­ściami mamę czy tatę, kiedy coś idzie nie po jego myśli.” (www.benc.pl)
  • “Wraz z ukoń­cze­niem przez dziecko pierw­szego roku życia wiele mam oddy­cha z ulgą: maluch zaczyna cho­dzić, staje się coraz bar­dziej samo­dzielny i nie jest już tak absor­bu­jący, jak nie­mowlę. Nie­stety, po kilku tygo­dniach względ­nego spo­koju może oka­zać się, że bar­dzo pogodne i wesołe dotąd dziecko zaczyna spra­wiać pro­blemy: poja­wiają się nie­kon­tro­lo­wane wybu­chy zło­ści, histe­ryczne pła­cze i krzyki, a nawet prze­jawy agre­sji wobec innych – zarówno doro­słych, jak i dzieci.” (www.dziecko.kobiety.net.pl)
  • “Tak zwany okres buntu roz­po­czyna się około 18. mie­siąca życia i może trwać, z mniej­szym lub więk­szym nasi­le­niem, nawet do pią­tego roku życia.” (www.mamdziecko.interia.pl)

Tro­chę tu roz­bież­no­ści. Jedni mówią (tudzież powta­rzają po innych), że już w wieku 18 mie­sięcy może dopaść twe dzie­cię bunt. Inni nie­malże stra­szą, że z momen­tem nadej­ścia dru­gich uro­dzin w dziecko naj­wi­docz­niej wcho­dzi dia­beł, bo jak ina­czej wytłu­ma­czyć tę strasz­liwą zmianę zacho­wa­nia, która doko­nała się dokład­nie w ciągu jed­nego dnia? ;)

Lite­ra­tura podaje, że same dwa lata nic nie wno­szą jeśli cho­dzi o tema­tykę buntu, i że tzw. “zmiany na gor­sze” to kwe­stia nieco póź­niej­sza — 2,5 roku bardziej.

Wiem, cze­piam się, powie­cie. “Prze­cież dwu-i-pół-letnie dziecko to w końcu też dziecko, które ma dwa lata”. I tak, i nie. Dwa lata miało pół roku wcze­śniej, teraz ma 2,5 a to, w przy­padku takiego szkraba, ogromna róż­nica.
Przez pół roku w życiu doro­słego może się wyda­rzyć mnó­stwo rze­czy, a 6 mie­sięcy w życiu dwu­let­niego dziecka to kawał czasu. Dziecko 2,5 let­nie to nie to samo, co dwu­la­tek. Przez pół roku zdo­było wiele nowych umie­jęt­no­ści, poznało wiele nowych rze­czy, miejsc, zja­wisk. W porów­na­niu do wieku lat dwóch jest zazwy­czaj mądrzej­sze… No, chyba widzi­cie tę różnicę?

Rozu­miem też, że owe gra­nice “buntu dwu­latka” nie są (w więk­szo­ści) uwa­żane za jakąś stu­pro­cen­tową normę, że mogą nastą­pić wah­nię­cia (jak ze wszyst­kim), typu u jed­nego dziecka mie­siąc póź­niej, u innego dwa wcze­śniej…
Ale czy rze­czy­wi­ście warto się nasta­wiać na obec­ność buntu dwu­latka w życiu naszym i naszych pociech? Nie wydaje wam się cza­sami, że ten bunt jest tro­chę przez nas nakrę­cony? Że go sobie cza­sem pró­bu­jemy wmó­wić, by wytłu­ma­czyć swoje nie­do­cią­gnię­cia (albo i nawet porażki) wycho­waw­cze czy po pro­stu taką a nie inną oso­bo­wość dziecka?

Bunt dwu­latka jest okre­ślany cza­sem jako walka dziecka o nie­za­leż­ność. Tak, to nor­malna sprawa w życiu każ­dego czło­wieka. Ale cały czas się zasta­na­wiam, czy to rze­czy­wi­ście jest takie spek­ta­ku­larne, takie straszne, takie naprawdę nie­co­dzienne, że tyle się o tym słyszy?

Obser­wuję moje dziecko codzien­nie. Ma obec­nie 23 mie­siące i, na dobrą sprawę, można by powie­dzieć, że od pię­ciu mie­sięcy (wg powszech­nie dostęp­nych źródeł) ma zupełne prawo do buntu dwu­latka.

I cóż na to mogę wam powiedzieć?

A to, że moje dzie­cię lube przy­naj­mniej od roku ma okres buntu ;) Od bar­dzo, bar­dzo dawna Miko­łaj potra­fił zasy­gna­li­zo­wać (deli­katne okre­śle­nie na wrzask i ryk), że cze­goś nie chce, nie lubi, nie zrobi.

I co, czy w takim razie na przy­kład 14-miesięczne dziecko też prze­cho­dziło już bunt dwu­latka? Do tej pory nie odno­to­wuję spek­ta­ku­lar­nych zmian w owym “zbun­to­wa­niu”.
Co jakiś czas zmie­nia się może tylko zakres zain­te­re­so­wań owego “buntu” — na przy­kład: jed­nego dnie bun­tuje się prze­ciwko wcho­dze­niu po scho­dach, a innego prze­ciwko wycho­dze­niu na spacer.

Czy to, że dziecko pró­buje wyra­zić wła­sną opi­nię, albo nie chce prze­rwać jakiejś zaj­mu­ją­cej czyn­no­ści musi być od razu nazy­wane bun­tem? No ludzie… A wy sami, jak wam prze­rwą M jak Miłość to tacy szczę­śliwi jeste­ście? Albo jak wam zje­dzą całą cze­ko­ladę, którą tak lubi­cie, to tole­ran­cyj­nie i dobro­dusz­nie pokle­pu­je­cie żarłoka po brzuszku?
Pew­nie, nie ryczy­cie zaraz na cały głos i nie kopie­cie wino­wajcy z całej siły, no ale uwa­żam was za doro­słych, więc praw­do­po­dob­nie potra­fi­cie już pano­wać nad swo­imi emo­cjami. Dzieci tego jesz­cze nie potra­fią, stąd zacho­wa­nia okre­ślane mia­nem strasz­nego “buntu”.

Być może kręcę na sie­bie samą bicz. :) Być może za pół roku (gdy Michu będzie miał lat 2 i pół, bo ta wer­sja bar­dziej do mnie prze­ma­wia) będę zała­my­wać ręce i szu­kać pomocy u znaw­ców, bo dzie­cię mi się “zbun­tuje”.
Ale naprawdę wie­rzyć mi się nie chce, że takie coś naprawdę ist­nieje

No dobra, prze­sa­dzam, uznaję oczy­wi­ście cał­ko­wi­cie fakt ist­nie­nia okresu, w któ­rym dziecko zaczyna czuć swoją odręb­ność i zazna­czać swoją nie­za­leż­ność. Broń Boże, nie neguję cze­goś tak pew­nego, bo to nor­malne sta­dium roz­wo­jowe w życiu każ­dego czło­wieka. Musi nastą­pić, jest dużym prze­ło­mem, wiele zmie­nia w poj­mo­wa­niu sie­bie i świata.
Ale ciężko mi uwie­rzyć, że to jest takie straszne, zaska­ku­jące, wido­wi­skowe i cał­ko­wi­cie (z dnia na dzień) odmieni moje dziecko.
(No chyba, że tra­fił nam się od samego początku iście nie­okieł­znany egzem­plarz, w związku z czym ów słynny “bunt” będzie fak­tycz­nie tylko kon­ty­nu­acją zacho­wań już istniejących.)

Nie będę więc na razie mówić o bun­cie, pisać o bun­cie i myśleć o bun­cie. Moje dziecko bun­tuje się od dawien dawna ;) Miało swego czasu napady histe­rii, ataki agre­sji (gdy nas gry­zło, tłu­kło, szczy­pało — pora­dzi­li­śmy sobie z tym), upiera się cza­sem przy swoim, albo nie chce wyko­nać jakie­goś pole­ce­nia, ale naprawdę nie uwa­żam tego za bunt!

Myślę, że wszystko to da się wytłu­ma­czyć w inny spo­sób — na przy­kład: zmę­cze­niem, zde­ner­wo­wa­niem, nową dla dziecka sytu­acją, zbyt dużą ilo­ścią bodź­ców, miej­scem, któ­rego dziecko nie lubi lub obec­no­ścią nie­lu­bia­nej osoby, chę­cią zwró­ce­nia na sie­bie uwagi itd. Owszem, na te wszyst­kie przy­czyny dziecko może zazwy­czaj reago­wać w jeden “zbun­to­wany” spo­sób, ale czy to zna­czy, że od razu trzeba wrzu­cać wszystko do jed­nego worka z napi­sem “bunt dwu­latka”? Bo co? Bo wszystko musi mieć swoją nazwę?

Ogła­szam wszem i wobec, że moje dziecko nie będzie miało cze­goś takiego jak bunt dwu­latka. Bo coś takiego nie ist­nieje :)
Zakła­dam gor­sze i lep­sze okresy w jego życiu.
Uznaję, że będzie wal­czył o swoją nie­za­leż­ność (meto­dami, które będą dopro­wa­dzać mnie pew­nie do szew­skiej pasji) i że będzie sta­rał się posta­wić na swoim.
Przy­pusz­czam też, że w momen­cie, gdy w jego życiu/rozwoju będą zacho­dziły te wszyst­kie ważne zmiany, nie będzie sobie cza­sem z nimi umiał pora­dzić, co może zna­leźć odzwier­cie­dle­nie w jego zacho­wa­niu (matki całego świata, czy w takim razie my nie prze­cho­dzimy co mie­siąc takiego “buntu” pod­czas PMSu? ;) )

Ale liczę, że z każ­dej sytu­acji uda nam się wyjść bar­dziej z suk­ce­sem niż z porażką. A jak nie…? cóż, porażki wpi­sane są w życie — zmo­dy­fi­ku­jemy swoje metody i będziemy szu­kać roz­wią­zań dalej.

Ale roz­wią­za­nia na bunt dwu­latka nie znaj­dziemy, bo nie można prze­cież roz­wią­zy­wać pro­blemu, któ­rego tak naprawdę nie ma :)

Pozdra­wiam was ja, zbun­to­wana matka nie­zbun­to­wa­nego dwu­latka :)