Słów kilka o rezo­nan­sie magne­tycz­nym głowy dziecka

8

Posted by Zosia | Posted in Bez związku, Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 28-09-2009

Tagi: , , , , , , , , ,

Co to jest rezo­nans magne­tyczny pisać nie będę. Kto nie wie, nie­chaj spraw­dzi, na przy­kład tutaj bądź tutaj. A dla­czego wpis będzie o tym bada­niu? Bo w ubie­głym tygo­dniu robi­li­śmy je Miś­kowi i kilka wnio­sków mi się nasu­nęło w związku z tym. Napi­szę, co, w mojej opi­nii, warto zabrać wów­czas ze sobą i jak to w ogóle wygląda.

Zazna­czam, że rezo­nans był robiony w znie­czu­le­niu ogól­nym w szpi­talu na ul.Unii Lubel­skiej w Szcze­ci­nie.

Jak wygląda taki rezo­nan­sowy dzień? Już podaję:

  • dziecko musi być na czczo — nie tylko nie powinno jeść co naj­mniej 6 godzin przed uśpie­niem, ale też pić (3h — taką infor­ma­cję prze­czy­ta­łam na kar­cie z wywia­dem, jaką dosta­łam do wypeł­nie­nia po zgło­sze­niu się na oddział dzienny
  • po zgło­sze­niu się do reje­stra­cji wezwała nas lekarka, która prze­pro­wa­dziła ze mną szcze­gó­łowy wywiad (prze­byte cho­roby, szcze­pie­nia, oko­licz­no­ści poro­dowe itd) oraz zba­dała, zwa­żyła i zmie­rzyła Miśka
  • po wizy­cie lekar­skiej prze­szli­śmy do pokoju zabie­go­wego w celu zało­że­nia wenflonu (Michowi udało się go na dobre wetknąć tylko w stopę)
  • po zało­że­niu wenflonu prze­szli­śmy pod salę rezo­nansu, gdzie nie­stety, trzeba było cze­kać w pra­wie dwu­go­dzin­nej kolejce (nie dla­tego, że tyle dzieci przed nami było, ale dla­tego, że jest tam tylko jedna ekipa ane­ste­zjo­lo­giczna do usy­pia­nia dzieci i, jak to bywa, mieli ręce pełne roboty)
  • w końcu wezwano nas na rezo­nans — Misiek sie­dział mi na kola­nach, w tym cza­sie ane­ste­zjo­log go zaga­dy­wał a pie­lę­gniarka podała przez wenflon tzw. “głu­piego jasia”; Misiek zupeł­nie roz­luź­niony dał zmie­rzyć sobie tętno i ciśnie­nie, po czym prze­nio­słam go na łóżko do rezo­nansu; lekarz wstrzyk­nął mu znie­czu­le­nie i po chwili Miś zasnął a mnie wypro­szono grzecz­nie na korytarz
  • po około 25 minu­tach zawo­łano mnie z kory­ta­rza i powie­dziano, że wszystko poszło dobrze i że Michu jesz­cze śpi, więc trzeba pocze­kać, aż się wybudzi
  • Michu spał pra­wie godzinę, obu­dził się pod­czas prze­no­sze­nia go z kozetki do łóżeczka do trans­portu z powro­tem na oddział dzienny
  • po wej­ściu na oddział dzienny pie­lę­gniarka podała mu przez wenflon kro­plówkę z glukozą
  • po około 2h odwie­dziła nas lekarka, by obej­rzeć Micha, dała kartę wypi­sową i powie­działa, że możemy nie­długo wyjść
  • po około dwóch godzi­nach od wizyty lekarki przy­szła pie­lę­gniarka, wyjęła Michowi wenflon, zmie­rzyła ciśnie­nie, stwier­dziła, że wszystko jest ok i że możemy iść do domu
  • wró­ci­li­śmy do domu

Wszystko to w sumie trwało 8 godzin.

A teraz dobre rady:

  • zabierz ze sobą jedze­nie!!! zarówno dla dziecka (po około 1,5 godziny po wybu­dze­niu pozwo­lono Michowi jeść — był baaar­dzo głodny) jak i dla sie­bie (ja nie wzię­łam, sądząc, że w połu­dnie będę już w domu. Życie przed śmier­cią gło­dową ura­to­wała mi moja sio­stra, która pod­rzu­ciła mi tro­chę wałówki do szpi­tala). Jedze­nie ważna rzecz — z peł­nym żołąd­kiem szpi­tal wydaje się mniej straszny ;)
  • zabierz zapa­sowe ubra­nie dla dziecka — nawet, jeśli myślisz, że twoje dziecko jest stwo­rze­niem bar­dzo czy­stym i nie będzie potrzeby go prze­bie­rać, to po nar­ko­zie mogą wystą­pić wymioty. Lepiej mieć coś w zapa­sie na przebranie
  • do rezo­nansu dziecko może być ubrane, ale nie może mieć na sobie nic meta­lo­wego. Warto pomy­śleć o tym wcze­śniej. Zwróć­cie uwagę na zatrza­ski w body i koszul­kach. Naj­le­piej ubrać dziecko w jakiś luźny, cie­pły dres, żeby było mu wygod­nie
  • zabierz­cie ze sobą jakieś zabawki — nie ma co liczyć na wypo­sa­że­nie sal dzie­cię­cych w szpi­ta­lach. Poza tym wła­sne zabawki przy­dają się pod­czas ocze­ki­wa­nia na bada­nie na kory­ta­rzu. Warto zabez­pie­czyć się też jakimś gadże­tem, który “usa­dzi” dziecko w miej­scu — Miko­łaj miał wenflon w nodze, więc nie mógł cho­dzić. Sie­dze­nie 1,5 h na ławce jest dla dziecka nudne, więc warto coś mu wcze­śniej cie­ka­wego przy­go­to­wać. Dobrze też mieć przy sobie wózek (ja nie mia­łam) wła­śnie w takim wypadku — jak już się dzie­cię znu­dzi zabawką i sie­dze­niem na ławce można go powo­zić w wózku — ja nosi­łam 15 kg na rękach…
  • wła­sne zabawki przy­dają się też na sali obser­wa­cyj­nej, już po rezo­nan­sie, gdy trzeba utrzy­mać dziecko w łóżku (kro­plówka) jesz­cze przez jakieś 1,5h
  • zabierz dziecku wygodne obu­wie do cho­dze­nia po sali szpitalnej
  • przy­go­tuj jakąś nową, atrak­cyjną zabawkę w for­mie nagrody dla dziecka — ja dałam ją Michowi po wyj­ściu ze szpi­tala (nie pomy­śla­łam o tym wcze­śniej, więc dopiero w dro­dze do domu mu ją kupi­łam), ale możesz mu ją dać po bada­niu, jesz­cze w szpi­talu — jest więk­sza szansa, że będzie spo­koj­nie sie­dział w łóżku pod­czas kroplówki
  • ubierz się w wygodne ciu­chy i buty — żadne tam korale do kolan i gar­sonki. Przez kilka godzin chodzenia/stania/siedzenia w sali i na kory­ta­rzu szpi­tal­nym wygod­niej ci będzie w czymś luźnym
  • w ogóle to radzę, by na takie bada­nie jechać we dwie osoby. Ja poje­cha­łam sama z Michem, ale oka­zało się, że prze­ro­sło to moje siły. Poza tym we dwoje jest raź­niej i wygod­niej. I ma cię kto zastą­pić, gdy musisz iść do ubi­ka­cji ;)

Tyle z mojej strony :)

Z czym to się je — motyw i kom­po­zy­cja — pierw­sze trudne słowa :)

1

Posted by Zosia | Posted in Mama fotoamatorka | Posted on 21-09-2009

Tagi: , , , , , , , , , ,

Jak wygląda zdję­cie — każdy wie. Jak się robi zdję­cie — też niby każdy wie. Podobno nic trud­nego — usta­wiasz “auto” w swoim apa­ra­cie, patrzysz w wizjer tudzież wyświe­tlacz, naci­skasz przy­cisk… i już! Potem ewen­tu­al­nie wywołujesz/zgrywasz z karty i dru­ku­jesz, oglą­dasz i… porażka! Z lewej strony ucięta ręka, z pra­wej wystaje czy­jaś noga… i te oczy takie czer­wone! No ale cóż — zro­bi­łeś zdję­cie, więc i tak je poka­żesz. Wszy­scy zna­jomi z naszej-klasy pochwalą twój foto­gra­ficzny zmysł, więc się uspo­ko­isz; stwier­dzisz, że widocz­nie tylko ci się wyda­wało, że to zdję­cie nie takie wyszło… I za chwilę zro­bisz kolejne, w taki sam bez­na­dziejny sposób…

Pew­nego dnia tra­fisz na stronę z czy­jąś pro­fe­sjo­nalną gale­rią, być może będzie to port­fo­lio foto­grafa dzie­cię­cego i pomy­ślisz: “To jest coś!” Dzieci na zdję­ciach takie wyraźne, ładne, kolo­rowe… W każ­dym zdję­ciu tkwi jakiś prze­kaz, jedna uchwy­cona emo­cja, jeden gest, chwila zapo­mnie­nia w zaba­wie…
I też chcesz, by twoje dziecko miało takie zdję­cie. Szu­kasz więc takiego pro­fe­sjo­nal­nego foto­grafa, by zmon­to­wał ci taką gale­rię. A oka­zuje się, że cał­kiem dobre zdję­cia swo­jemu dziecku możesz zro­bić ty sam!

Nie znie­chę­cam tu bynaj­mniej do korzy­sta­nia z usług fachow­ców. To z pew­no­ścią nie­po­wta­rzalna i piękna pamiątka — taka pro­fe­sjo­nalna sesja zdję­ciowa dziecka lub z dziec­kiem. Ale taka sesja zda­rza się rzadko, raz na jakiś czas, cza­sem nawet raz w życiu. Usługa bywa droga (nic w tym dziw­nego, że arty­sta ceni swoją pracę), do tego jest cza­so­chłonna. I uka­zuje tylko maleńki skra­wek życia waszego dziecka.

Nato­miast wy jeste­ście z dziec­kiem nie­mal cały czas. I nie­ustan­nie macie moż­li­wość upa­mięt­nia­nia tych szcze­gól­nych momen­tów. Dla­czego nie zagłę­bić się więc w pro­ble­ma­tykę, nie poszu­kać infor­ma­cji jak zro­bić dobre, poprawne zdję­cie? Nikt nie będzie tu oce­niał walo­rów arty­stycz­nych, bo dla każ­dego rodzica zdję­cie jego dzieci będzie miało zna­miona arcy­dzieła. Ale warto dowie­dzieć się wię­cej, by za lat kil­ka­na­ście móc poka­zać dzie­ciom piękne zdję­cia z ich rów­nie pięk­nego dzieciństwa.

Tyle sło­wem strasz­nie przy­dłu­giego wstępu. Powi­nien być krót­szy, ale tak mi się dobrze pisało, że nie mogłam prze­stać :)

Motyw w fotografii:

Miało być o kilku trud­nych sło­wach. Zacznę od motywu. Każdy mniej-więcej orien­tuje się, co to słowo może zna­czyć. Gene­ral­nie cho­dzi o temat zdję­cia. Nie, nie, nie musi­cie go zapi­sy­wać na odwro­cie zdję­cia ;) Wystar­czy, że będzie w waszej gło­wie pomysł kogo/co chce­cie na zdję­ciu poka­zać. To ważne — zanim się­gniesz po apa­rat, pomyśl chwilę nad moty­wem. Nie rób zdję­cia “w ciemno”, po to, by było. Niech ma w sobie coś, co chcesz prze­ka­zać innym.
Wia­domo — post jest o foto­gra­fii dzie­cię­cej, więc z góry zakła­dam, że moty­wem w tym wypadku też jest dziecko (dzieci). Ale i tu warto się zagłę­bić — czy chcesz zro­bić tylko por­tret swo­jego dziecka? Jeśli tak, to ok, też dobrze. Ale może chcesz przez ten por­tret poka­zać coś wię­cej?
Na przy­kład to, ile twoje dziecko wysta­wia zębów w uśmie­chu? a może to, jak bar­dzo jest samo­dzielne jedząc cze­ko­la­dowe lody i bru­dząc nimi wszystko dookoła? a może chcesz poka­zać jak bar­dzo gry­masi przy myciu rąk lub jak mocno kocha swego plu­szo­wego misia?
Szu­kaj­cie moty­wów, tema­tów. Obser­wa­cja dziecka przy­nosi ich dzien­nie całe kro­cie. Patrz­cie czym inte­re­suje się wasze dzie­cię. I zrób­cie zdję­cie. A może zdo­było jakąś nową umiejętność? — zróbcie zdję­cie. Pomy­słów na zdję­cia jest tyle, ile aktyw­no­ści mają dzieci w ciągu dnia. Trzeba to wyko­rzy­stać. Wtedy zdję­cia nie będą nudne.

Kom­po­zy­cja w fotografii:

Kom­po­zy­cja. Dru­gie trudne słowo. Cho­dzi tu o takie “miej­sca sku­pia­jące uwagę” na zdję­ciu. Przy­wy­kli­śmy do robienia/oglądania zdjęć z cen­tral­nie umiesz­czo­nymi posta­ciami. Nie zawsze dobrze to wygląda, a po set­nym takim zdję­ciu robi się zwy­czaj­nie nudne. Ogól­nie, to zasady kom­po­zy­cji foto­gra­fo­wie zaczerp­nęli z malar­stwa — już mala­rze wie­dzieli, w któ­rych miej­scach umie­ścić ważne ele­menty, by obraz stał się dyna­miczny, wyra­zi­sty i sku­piał uwagę widza dokład­nie na tym, na czym chcieli, by sku­piał.

W lite­ra­tu­rze można zna­leźć trzy główne zasady kom­po­zy­cji: trój­po­działu, podział złoty i zasada prze­kąt­nych. Każda z nich polega na pro­wa­dze­niu przez obraz linii. Miej­sca prze­cię­cia się owych linii to tzw. mocne punkty — obszary, w któ­rych umiesz­czamy, na przy­kład, postać dziecka.

Gene­ral­nie to w trój­po­dziale dzie­limy zdję­cie czte­rema liniami na 9 rów­nych czę­ści. W podziale zło­tym też są cztery linie, ale nie dzielą foto­gra­fii na czę­ści równe, ale w takich zależ­no­ściach: 3:5; 5:8; 8:13. “Trzeci spo­sób polega na podziale pro­sto­kąt­nego kadru prze­kątną, i popro­wa­dze­niu od niej dwóch pro­stych pro­sto­pa­dłych do pozo­sta­łych wierz­choł­ków” (Cheł­moń­ski K.: Kadro­wa­nie i kom­po­zy­cja obrazu — prze­wod­nik, 2002)

Zasady te wyglą­dają kolejno tak:

  • Zasada trój­po­działu:

    trojpodzial

  • Podział złoty:

    zloty

  • Zasada prze­kąt­nych:

    przekatne

Jeśli umie­ścimy w jed­nym z tych punk­tów obiekt, który chcemy foto­gra­fo­wać, to zagwa­ran­tuje nam to, że odbiorca bez­błęd­nie roz­po­zna główny motyw naszego obrazu (Cheł­moń­ski K.: Kadro­wa­nie i kom­po­zy­cja obrazu — prze­wod­nik, 2002)

Linie na zdję­ciach dość grube zro­bi­łam — by było jasno i wyraź­nie dla każ­dego ;) Co do samych moc­nych punk­tów — jeśli obiekt jest duży (jak na przy­kład postać dziecka na powyż­szych zdję­ciach), to sta­ramy się, by ów punkt przy­padł jak naj­bar­dziej na środek postaci. Oczy­wi­ście nikt nie ma linijki w oku, by dokład­nie zmie­rzyć co do cen­ty­me­tra, że dany obiekt leży cen­tral­nie w moc­nym punk­cie. Ale warto zwra­cać na to uwagę i któ­rąś z tych zasad sto­so­wać — w pew­nym momen­cie wej­dzie wam ona “w oko” i będzie o wiele łatwiej :)

Przy­znam szcze­rze, że w moich zdję­ciach naj­czę­ściej można zna­leźć zasadę trój­po­działu. Jakoś tak naj­bar­dziej przy­pa­dła mi do gustu i… oka. Ale zachę­cam do pró­bo­wa­nia kom­po­no­wa­nia zdjęć według dwóch pozo­sta­łych. Też muszę bar­dziej się do nich przy­ło­żyć :)

Tylko pamię­taj­cie — nie cho­dzi o to, by w każ­dym z “moc­nych punk­tów” umie­ścić jakiś temat, ale tylko w jed­nym z nich. Taka jest zasada. Oczy­wi­ście, nic nie prze­szko­dzi w jej łama­niu, ale to już w bar­dziej nowa­tor­skich pro­jek­tach foto­gra­ficz­nych ;)

No i cóż, na pierw­szy teo­re­ty­zu­jący post wystarczy.

Do zapa­mię­ta­nia na dziś:

  • wybierz sta­ran­nie (w miarę moż­li­wo­ści) motyw (temat) zdjęcia
  • jeśli masz na to czas skom­po­nuj od razu popraw­nie swoją foto­gra­fię — według jed­nej z trzech pozna­nych zasad. Jeśli nie masz na to czasu (nie­kiedy tak się zda­rza przy ruchli­wym dziecku :) ) to cho­ciaż się posta­raj by temat, który chcesz uchwy­cić był cały w kadrze, a resztę dotniesz w pro­gra­mie do obróbki zdjęć :)

    Pozdra­wiam, Mama Foto­ama­torka :)

    P.S. Pod­czas pisa­nia posił­ko­wa­łam się swoją pracą magi­ster­ską (o zacnym tytule: “Rola foto­gra­fii w pod­ręcz­ni­kach szkol­nych do przy­rody” :) ) oraz arty­ku­łem Kuby Cheł­moń­skiego wyczy­ta­nego na www.fotopolis.pl — link bez­po­średni do tego artykułu.

Foto(m)amatorka dzie­cięca

0

Posted by Zosia | Posted in Mama fotoamatorka | Posted on 20-09-2009

Tagi: , , ,

Od pew­nego czasu cho­dzi po gło­wie myśl, by z mojej foto­gra­ficz­nej pasji i, bądź co bądź, wie­dzy, zro­bić uży­tek w for­mie małego porad­nika dla rodzi­ców. Nie zamie­rzam pisać tu wiel­kich arty­ku­łów na temat wyż­szo­ści foto­gra­fii ana­lo­go­wej nad cyfrową (bądź odwrot­nie), ale sądzę, że moje doświad­cze­nia z pstry­kac­twem dzie­cię­cia (i nie tylko) oraz samo­dziel­nie zdo­by­wana wie­dza mogą przy­dać się komuś zupeł­nie “zie­lo­nemu” w tych sprawach.

Zamiar mam taki, by pod­su­wać pewne pomy­sły na cie­kawe zdję­cia dzieci, jed­no­cze­śnie ilu­stru­jąc je przy­kła­dem oraz, przede wszyst­kim, mniej-więcej tłu­ma­czyć jak uzy­skać dany efekt, na co zwró­cić uwagę i jak się w ogóle do foto­gra­fo­wa­nia zabrać. Bo mam wra­że­nie, że dzieci to naj­czę­ściej foto­gra­fo­wane osoby na świe­cie. Każdy kto ma dziecko posiada choć jedno jego zdję­cie (tak naprawdę to nie wie­rzę, że tylko jedno!). Zdję­cia można teraz robić wszę­dzie (ech, te tele­fony z apa­ra­tem), do tego apa­raty tanieją co rusz, więc szkoda byłoby tego nie wyko­rzy­stać. A jeśli już coś robimy, to czemu nie sta­rać się robić tego jak najlepiej?

Zapra­szam więc Was, Dro­dzy Rodzice-Fotoamatorzy do kącika mamy foto­ama­torki. Mam nadzieję, że znaj­dzie­cie tu coś dla sie­bie. A jak będzie coś nie­ja­snego lub zro­dzi się Wam jakieś pyta­nie, to pisz­cie, pro­szę. W miarę moż­li­wo­ści posta­ram się na nie odpo­wie­dzieć. Tylko mnie o sprawy natury sprzę­to­wej nie pytaj­cie za wni­kli­wie, bo na tym się nie znam kom­plet­nie i jakoś brak mi zapału, by się w tym zagłę­bić :)

Buci­kowo

1

Posted by Zosia | Posted in Poradnik rodzinno-życiowy | Posted on 14-09-2009

Tagi: , , , ,

W ubie­głym tygo­dniu, pod­czas wizyty u leka­rza reha­bi­li­ta­cji w Pro­myku Słońca wypły­nął temat Miś­ko­wych butów. Kil­ku­krot­nie roz­ma­wia­łam już o tym z tera­peu­tami, ale teraz zosta­łam jesz­cze poczę­sto­wana wyda­waną przez Pro­myk bro­szurką, gdzie m.in. o butach też poczy­tać można. Infor­ma­cje uwa­żam za pomocne, więc posta­no­wi­łam je tutaj też umie­ścić. Jak już tak ostat­nio reha­bi­li­ta­cyj­nie piszę, to i o porząd­nych butach być powinno :)

Sami mie­li­śmy kło­poty z dobo­rem pra­wi­dło­wego obu­wia. Wybór jest ogromny, cza­sami, nie­stety, o zaku­pie bar­dziej decy­duje wygląd buta a nie jego budowa. I czę­sto oka­zuje się, że ze stratą dla dziecka, a raczej dla jego stóp. Niby nic takiego — buty. A jed­nak w przy­padku tych tyci-stóp to sprawa wagi ogrom­nej, bo można je naj­zwy­czaj­niej w świe­cie zde­for­mo­wać. Infor­ma­cji na temat doboru obu­wia też można w świe­cie zna­leźć sporo i nie­kiedy sprzecz­nych. Jako więc, że mam jakieś zaufa­nie do spe­cja­li­stów z Pro­myka stwier­dzi­łam, że “ich­niej­sza” notatka jest sensowna.

Cóż więc zawiera ta super-broszurka na temat butów? — przepiszę jak leci: (w nawia­sach moje dopi­ski ewen­tu­alne)
Ide­alny bucik powi­nien mieć:

  • usztyw­niony zapię­tek (to ten frag­ment buta za piętą ;) )
  • cho­lewkę, która sta­bi­li­zuje kostkę, ale nie krę­puje ruchów stopy (nie cho­dzi tu tylko o buty jesienno-zimowe. San­dały też z taką cho­lewką można kupić, przy­naj­mniej w roz­mia­rach 19 – 26. Wyż­szej roz­mia­rówki nie znam, bo na razie Michu mie­ści się w niż­szym przedziale)
  • ela­styczną, nie za miękką, nie za sztywną, nie­śli­zga­jącą się pode­szwę (brzmi wspa­niale, ale jak to oce­nić? gene­ral­nie ciężko, ale od lekarki dowie­dzia­łam się, że pode­szwa typu teni­sówki czy trampki jest za miękka. Trzeba but wziąć do łapska, poma­cać i spraw­dzić czy stopa w nim da radę się zgiąć — i tu ważne!!! — w 1/3 dłu­go­ści od pal­ców stopy licząc — tak, jak natura wymy­śliła, by się stopa zgi­nała. Buty, które zgi­nają się w innych miej­scach są złe­eee. Test ów jest pro­sty, sami spraw­dza­li­śmy przy wybo­rze san­dał­ków w Bartku — jedne się zgi­nały w 1/3, inne wcale — taka sztywna pode­szwa, inne jesz­cze zgi­nały się w poło­wie. No więc my, jako uświa­do­mieni rodzice wybie­ramy te 1/3)
  • roz­miar dosto­so­wany do nogi — przed dużym pal­cem powi­nien być ok. 1 cm luzu, a boki nie mogą ściśle opi­nać stopy, ani nie mogą być za luźne (jak zwy­kle trzeba liczyć na wła­sne wyczu­cie w zakre­sie “ani za cia­sne, ani za luźne” ;) Co do roz­miaru, to naj­wy­god­niej zmie­rzyć stopę dziecka w kon­kret­nym skle­pie, gdzie kupu­jemy buty. Wia­domo — roz­mia­rówka poszcze­gól­nych firm różni się nie­kiedy, do tego w skle­pach jest zawsze pod ręką spe­cjalna miarka. W ogóle to czy­ta­łam nie­dawno cał­kiem, że w skle­pach Ecco­Kids wpro­wa­dzono spe­cjalne ska­nery dzie­cię­cych stóp. Oso­bi­ście tego nie widzia­łam, trzeba będzie kie­dyś spraw­dzić w Pasażu. A arty­kuł o tym do przej­rze­nia tutaj)
  • sze­roki nosek, który zapew­nia swo­bodny ruch pal­ców w cza­sie cho­dze­nia
    (żadnych “ścię­tych czub­ków”! Wąskie noski defor­mują palce dziecka)
  • ewen­tu­al­nie pro­fi­lo­waną nie­wielką wkładkę — bez spe­cjal­nego zale­ce­nia orto­pedy lepiej uni­kać wkła­dek pod­pie­ra­ją­cych skle­pie­nie stopy — osła­biają one roz­wój i siłę mię­śni, które w spo­sób natu­ralny mają kształ­to­wać stopę (jak się da kupić buty zupeł­nie pła­skie w środku, to świet­nie, ale to się raczej nie zda­rza. Gene­ral­nie trzeba uwa­żać, żeby but nie był w środku jakoś mocno profilowany)

Pod tymi infor­ma­cjami doczy­tać mogłam, że nie­wska­zane jest “dona­sza­nie” butów po innych dzie­ciach (bo się buty dosto­so­wują do stopy wła­ści­ciela i nowy wła­ści­ciel może przez to defor­mo­wać swe stopy nie­szczę­sne) oraz żeby jak naj­wię­cej pozwo­lić dziecku cho­dzić boso i po roż­nych fak­tu­rach, gdyż wzmac­niają się wtedy mię­śnie mode­lu­jące skle­pie­nie stopy.

Od sie­bie jesz­cze dodam, że buty trzeba kupo­wać dziecku z dziec­kiem, a nie “na oko”. Nie­stety bez dziecka nie da się wszyst­kiego zmie­rzyć — cza­sem taka zwy­kła rzecz jak wygoda wkła­da­nia stopy w bucik oka­zuje się pro­ble­mem w nie­któ­rych mode­lach. Nie spraw­dzimy tego bez przy­mie­rza­nia buta.

Co do tego, czy dziecko w domu ma cho­dzić w butach, czy nie (mówię tu o takich małych cho­dziacz­kach, nie o kil­ku­na­sto­let­nich “koniach” ;) ) to napo­tka­łam na sprzeczne infor­ma­cje. Cztery tera­peutki stwier­dziły, że jak jest moż­li­wość, to dziecko ma cho­dzić boso, bo wtedy czyn­nie mię­śnie pra­cują. Nato­miast lekarka reha­bi­li­ta­cji stwier­dziła, że jak już dziecko wię­cej czasu cho­dzi na nogach niż czwo­ra­kuje, to powinno mieć buty — takie “trze­wi­kowe” san­dałki do domu (dopóki dziecko w więk­szo­ści racz­kuje bądź pełza nie powinno mieć w domu na nogach butów, bo koślawi przez to stopy) . I tu mamy zgrzyt — kogo posłu­chać — “wyż­szej rangą” czy więk­szo­ści? Tu już, nie­stety, Wam nie pomogę, każdy roz­strzy­gnąć musi sam, tudzież poga­dać z ortopedą/lekarzem rehabilitacji/fizjoterapeutą dzie­cię­cym i wysłu­chać ich zda­nia. My na razie posta­no­wi­li­śmy, że Michu w domu nadal bez butów będzie cho­dził. Ubra­łam mu takie “trze­wi­kowe” san­dałki i cho­dził w nich jak “nieszczęście” — noga nie zgi­nała mu się w kostce swo­bod­nie i czła­pał w nich jak kaczka. No, ale to już każdy sam niech osądzi.

Ogól­nie rzecz bio­rąc buty ważna rzecz. Może komuś się te infor­ma­cje przy­da­dzą :)
Pozdrawiam!!!

Reha­bi­li­ta­cyj­nie…

0

Posted by Zosia | Posted in Bez związku | Posted on 10-09-2009

Tagi: , , , , ,

Na dziś przy­pa­dła nam kon­tro­lna wizyta u leka­rza reha­bi­li­ta­cji. Oczy­wi­ście pacjen­tem było nasze dzie­cię. Infor­ma­cje bar­dzo krze­piące dla nas to takie, że możemy już wyco­fać się z reha­bi­li­ta­cji metodą Bobath (2 razy w tygo­dniu po 45 minut, w krzyku i zło­ści ze strony Micha, w ogól­nej fru­stra­cji ze strony mojej i tera­peutki) i zastą­pić ją ćwicze­niami bar­dziej ogól­no­ro­zwo­jo­wymi (raz w tygo­dniu). Alle­luja! Serce rośnie na myśl, że jed­nak pra­wie pół­to­ra­roczne “ujeż­dża­nie” do Pro­myka Słońca przy­nio­sło wresz­cie ocze­ki­wany efekt :) Był czas, że pew­nie wygod­niej byłoby tam zamiesz­kać — oprócz week­en­dów jeź­dzi­li­śmy do Pro­myka codzien­nie. Ostat­nich kilka mie­sięcy było “luźniejsze” — tylko 3 razy w tygo­dniu + raz do innej przy­chodni do psy­cho­loga. Teraz odpad­nie nam jesz­cze jeden dzień, więc wszystko zmie­rza ku lep­szemu :)

Dziś lekarka stwier­dziła, że Michu owszem, parę nie­do­cią­gnięć jesz­cze ma, ale to już naprawdę kwe­stie bar­dziej kosme­tyczne i można dać mu odpo­cząć. Wreszcie!!!

Ten ostro-rehabilitacyjny czas można ująć w kilku punktach:

  • zner­wi­co­wa­nie Miśka na widok leka­rzy i gene­ral­nie wszyst­kich, któ­rzy się do niego zbli­żają w bli­żej nie­okre­ślo­nym celu (a nuż będzie to tera­peuta i będzie ugnia­tał Vojtą?)
  • mnó­stwo ner­wów naszych wspól­nych zwią­za­nych z w/w zner­wi­co­wa­niem Miśka
  • cał­kiem nie­zła sumka wyda­nych pie­nię­dzy na dodat­kowe wizyty lekar­skie i tera­peu­tyczne (ale prze­cież na dziecku się nie oszczę­dza… Tylko dla­czego służba zdro­wia tak zgrab­nie naciąga nie zna­ją­cych się na medy­cy­nie i reha­bi­li­ta­cji rodzi­ców na dodat­kowe wizyty, które jak się potem oka­zuje nie były niezbędne?)
  • sporo czasu stra­co­nego na kory­ta­rzach przy­chod­nia­nych, bo leka­rze to prze­cież zajęci ludzie, nie muszą być punk­tu­alni, zwłasz­cza, jeśli pacjen­tem jest kilu­na­sto­mie­sięczne dziecko
  • kil­ku­krotne sta­nie nad ranem w kolejce do reje­stra­cji, by dostać się do spe­cja­li­sty, bo miejsc fun­du­szo­wych jak na lekarstwo
  • spore sumki wydane na wizyty pry­watne u spe­cja­li­stów, mimo że było skie­ro­wa­nie na fun­dusz, ale prze­wi­dy­wany ter­min wizyty refun­do­wa­nej naj­wcze­śniej za pół roku
  • pew­nie jesz­cze coś by się tu dało dodać, ale po co wię­cej? :)

No ale spra­wie­dli­wość musi być — coś jed­nak zyskaliśmy:

  • reha­bi­li­ta­cja wycią­gnęła Miśka z poważ­nej asy­me­trii i krę­czu szyi
  • dość wcze­śnie roz­po­znano opóź­nie­nie psy­cho­ru­chowe, więc można było wcze­śnie zacząć tera­pię nie tylko ruchową ale też psy­cho­lo­giczną i logopedyczną
  • prze­ko­na­li­śmy się, że nie jeste­śmy jedyni z takim pro­ble­mem, i że opóź­nie­nie Miśka nie jest aż takie wiel­kie, a co naj­waż­niej­sze — nie pogłę­bia się i nasze dzie­cię zaczyna nad­ra­biać straty

Tyle zysków na pierw­szy rzut oka. Co by nie mówić, mimo ogrom­nej ilo­ści zmar­no­wa­nego nie­kiedy czasu (sta­nie 50 minut w kor­kach zamiast uczci­wego spa­ceru z dziec­kiem), spo­rej sumy pie­nię­dzy i nie­kiedy ogól­nej fru­stra­cji, dzięki reha­bi­li­ta­cji Misiek sta­nął na nogach i zaczął wycho­dzić na pro­stą. A to jest bar­dzo wielki suk­ces. I z tego się cieszmy :)

Nie­stety, co by dobrego nie mówić o tera­peu­tach z Pro­myka (naprawdę tra­fia­li­śmy na samych świet­nych spe­cja­li­stów), to jed­nak ujeż­dża­nie przez pół­tora roku pra­wie dzień w dzień zmę­czyło nas total­nie. No, ale coś za coś.

Gene­ral­nie dzi­siej­szy dzień ogła­szam Dniem Bez Reha­bi­li­ta­cji! A co!